O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

czwartek, 17 maja 2012

Mała wyprawa do ZOO

Razem z Ciocią wybraliśmy się do krakowskiego ZOO, gdzie - wiem, wstyd się tak chwalić, ale nie mogę się powstrzymać! - Brzdące zachowywały się genialnie! Wiktor już nie bał się tych zwierząt, które były większe od Niego (czyli prawie wszystkich:)), nie płakał, nie marudzili, co więcej - prawie 4 godziny grasowali po ZOO na własnych nóżkach! I wszystko Ich interesowało! Najpierw nie mogli wzroków swych oderwać od ptaków "ćwir ćwir" (bo te zaraz przy wejściu się znajdują), potem były wilki "auuu", wielbłądy "mmm"(?!), a przy nich...małe gąsienice, które Brzdące wypatrzyły na chodniku...i od razu te gąsieniczki i kamienie leżące przy drodze stały się bardziej interesujące niż wielbłądy! Pisałam już, że nową pasją stało się zbieranie kamieni?!-tak więc Brzdące zbierały, zbierały i zbierały, ale że mieliśmy czas i piękną pogodę, zbierać spokojnie mogły. Prawdziwą furorę zrobiło krakowskie Mini ZOO, w którym spędziliśmy najwięcej czasu - polecam wszystkim z małymi dziećmi:) Bezpieczne miejsce, w którym można pospacerować, pobiegać i obcować z małymi zwierzątkami (ulubionymi przez Brzdąców żółwiami, świnkami morskimi), z oswojonymi osiołkami, konikami i wieloma innymi...Przyznaję, trochę Ich w Mini ZOO poniosło - na widok kur zaczęli wołać: "Am am, koko!" (czyżby chcieli je pożreć żywcem;)?) i biegać za kurami, ale te spokojnie to przyjęły. W międzyczasie Brzdące bawiły się na "kulkach", omijając szerokim łukiem plac zabaw, który okupowała grupa przedszkolaków. Później Juniory pierwszy raz na żywo zobaczyły kozy "beee" (do tej pory pojawiały się one tylko w książeczkach). Mówię więc: Patrzcie, koza! To jest koza! Antoś, lekko zdziwiony, natychmiast włożył paluszek do noska i odpowiedział: "To jeee (czyt.:jest) mała koza, to jeee duzia koza" (wskazując na kozę z ZOO) :) Drugi Brzdąc, także lekko zdziwiony, rzucił kozie, która nam się przez cały czas przyglądała, swój kapelusz z Langkawi (dobrze, że nie wrzucił go do klatki tygrysa, który też później na nas spoglądał podczas swej kąpieli)! Uratowanie czapki wymagało interwencji miłego pana - pracownika ZOO, który w odpowiedzi na moje przeprosiny, powiedział: "Nic się nie stało, niech się dzieci bawią!" Dzieci były też obecne przy karmieniu małp ("monkey, a-a") i słoni "mmm"(?!).
I to był bardzo dobry dzień :)