W niedzielne popołudnie zafundowaliśmy sobie wycieczkę do Petrosains - Discovery Centre, mieszczące się pod Petronas Towers. Zarezerwowaliśmy nawet wcześniej bilety, żeby jak najsprawniej dostać się z Brzdącami do środka. Nie wiedzieliśmy, że aby dojechać do "centrum nauki" musimy wsiąść do gondoli i popłynąć kika chwil w ciemności...Dark Ride przyprawił nas o lekki zawrót głowy, bo Juniory tak się przestraszyły, że wyć zaczęły jak psy do księżyca! Co prawda raz po raz pojawiały się w ciemnościach na monitorach rybki, drzewka i im podobne, ale to tylko na chwilę koiło Juniorowe nerwy. Na szczęście dla Nich, wkrótce wysiedliśmy z gondolki (dla nas mimo wszystko było to bardzo przyjemne doświadczenie) i naszym oczom ukazało się mnóstwo "zabawek" dla małych i dużych (no dobra, nie aż tak małych...ale o tym za chwilę). Był park Jurajski z Dinozaurem, którego wielkim fanem okazał się Antoni; mogliśmy zostać operatorami koparki, kierowcami Formuły 1, pilotem helikoptera...Brzdące tak były wszystkim zafascynowane, wokół było tyle bodźców, interesujących rzeczy do dotknięcia i spróbowania, że nasz pobyt w Petrosains był głównie podążaniem za dziećmi, a One z kolei biegły przed siebie, zatrzymując się głównie przy różnego rodzaju rurkach, kierownicach, autkach, kulkach...Świetnie się bawili!!! Oczywiście, troszkę i my skorzystaliśmy z pobytu, Tata spotkał się z Kubicą ;) i pobawił klockami dla dużych chłopców podczas kiedy mali mężczyźni bawili się na placyku zabaw w środku centrum. Całej naszej Czwórce udało się usiąść na ławeczce, na której można było przeżyć trzęsienie ziemi! Atrakcji było bardzo wiele i bardzo chętnie skorzystalibyśmy z nich jeszcze raz, z wielu z nich - pierwszy raz, ale będzie to możliwe dopiero wówczas, jak Juniory trochę podrosną, abyśmy wszyscy razem mogli w pełni cieszyć się ze zdobywania wiedzy i zabaw manipulacyjno-konstrukcyjnych :)
Z pewnością Petrosains jest miejscem godnym polecenia wszystkim przybywającym do Kuala Lumpur, w którym każdy znajdzie coś dla siebie!
Wieczorową porą udaliśmy się ze znajomymi z Indii na kolację do naszej ulubionej knajpki, zobaczyć wyścig F1...
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)
poniedziałek, 26 września 2011
A miało być tak pięknie!
W słoneczne, sobotnie popołudnie wybraliśmy się do Lake Gardens, naszego ulubionego miejsca - spacerownika na mapie Kuala Lumpur. Tym razem jednak chcieliśmy zobaczyć jeszcze Bird lub Butterfly Park, dlatego też, aby nie taszczyć kawałka drogi Brzdąców w wózkach, wsiedliśmy w autko...I miało być tak pięknie...Po 1,5h jazdy w masakrycznych, jak na sobotę, korkach i gubieniu się na drodze, która to kompletnie nie oznakowana, nie dawała nam szans na szczęśliwe dotarcie do celu. Użyliśmy więc chińskiego gps kolegi Taty, który to od razu zastrzegł, że chińskiemu wynalazkowi nie ma co wierzyć;) Zgodnie z oczekiwaniami, gps zawiódł. Kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do Lake Gardens i już, już widzieliśmy park i plac zabaw z lotu ptaka, okazało się, że nie możemy tam zaparkować. Tata zapytał więc pana strażnika, gdzie możemy zostawić samochód, chcemy iść do Lake Gardens, do Bird Park! Pan z wyraźnie zaskoczoną miną, stwierdził, że jak do Lake Gardens, to on nie wie...Zresztą, pierwszym razem, kiedy wybraliśmy się tutaj, metrem, wysiedliśmy ładnie na stacji KL Sentral, wyszliśmy z dworca i zapytaliśmy pana strażnika, jak możemy dojść do Lake Gardens i...też nie wiedział, chociaż byliśmy 5 min drogi od parku! Zaskakujące dla nas jest to, że termin "Lake Gardens" widnieje w przewodnikach, w wikipedii, a tubylcy go nie używają (ci dwaj strażnicy nie są odosobnieni). Na głównej drodze, tuż przy zjeździe do parku był znak na Taman Tasik Perdana, gdzie zresztą skręciliśmy, aby przejechać się wąską dróżką z widokiem na park...Udaliśmy się w dalszą drogę. W końcu zatrzymaliśmy się pod Muzeum Narodowym, Tata zapytał kolejnego pana strażnika, czy mówi po angielsku: Yeah - odpowiedział pan, po czym na migi próbował nam wytłumaczyć, jak możemy dotrzeć do celu. Tym razem Tata nie pytał o Lake Gardens, ale o Bird Park, uznając, że pan na pewno nas zrozumie! Spróbowaliśmy pojechać trasą zaproponowaną przez niego, ale po kilku minutach znaleźliśmy się w tym samym miejscu...Na szczęście pod Muzeum spotkaliśmy pana taksówkarza, który za nie-symboliczną kwotę 10RM zaproponował, że pokaże nam drogę - będziemy za nim podążać. Uff...Ale że pan taksówkarz jechał jak szalony, dostał tylko 8RM, a my znaleźliśmy się pod Bird Park, zmęczeni drogą, ale i zadowoleni z widoku małpek, które szalały przy drodze, skakały po drzewach, a jedne nawet, zupełnie jak Brzdące, biły się o butelkę ;) Oczywiście, podniecone widokiem małpek Juniory od razu zaczęły wołać chórem: "Aaa-aaa" i gestykulując, bo przecież tak robią małpki ;) Okazało się, że wstęp do Bird Park kosztuje 50RM/os., co wydało nam się stanowczo za dużo jak na spacer wśród ptactwa, w związku z czym postanowiliśmy jeszcze zgłębić wiedzę na jego temat i szczegółowych atrakcji parku, udając się tymczasem do Butterfly Park. Niestety, było już za późno, aby wejść i musieliśmy obejść się smakiem motylków...
W końcu, po tak długiej i dziwnej małej podróży, udaliśmy się na upragniony przez Juniory plac zabaw i aktywny wypoczynek (czytaj: bieganie za szalejącymi jak pijane zające Brzdącami)!
Ps. Wczoraj dowiedzieliśmy się od znajomej pary Hindusów, którzy byli ze swoją córeczką w Bird Park, że bilety dla nas nie są w cenie 48RM (jak dla turystów), ale 20RM (jak dla Malezyjczyków), wystarczy tylko okazać dokument, że Tata pracuje w tym pięknym kraju. A przynajmniej Oni tak z powodzeniem zrobili! W takim razie, za 20RM ptactwo będzie nasze:)
W końcu, po tak długiej i dziwnej małej podróży, udaliśmy się na upragniony przez Juniory plac zabaw i aktywny wypoczynek (czytaj: bieganie za szalejącymi jak pijane zające Brzdącami)!
Ps. Wczoraj dowiedzieliśmy się od znajomej pary Hindusów, którzy byli ze swoją córeczką w Bird Park, że bilety dla nas nie są w cenie 48RM (jak dla turystów), ale 20RM (jak dla Malezyjczyków), wystarczy tylko okazać dokument, że Tata pracuje w tym pięknym kraju. A przynajmniej Oni tak z powodzeniem zrobili! W takim razie, za 20RM ptactwo będzie nasze:)
środa, 21 września 2011
To, co Brzdące lubią najbardziej...
MOTORYZACJA!!! To jest właśnie to, co Brzdące lubią najbardziej:) Zrobiłyby wszystko, żeby zobaczyć autko, autobus, motor, pociąg, a samolot...samolot, to już w ogóle! Z pasją "czytają na głos" książeczki o pojazdach, tak w języku polskim, jak i angielskim;) Ostatnio zaczytują się z Tatą w Top Gear. Włażą Mu na kolana i namiętnie oglądają przewracane przez Tatę strony. Z radością też "odpowiadają" na pytania dotyczące ilustracji w magazynie - oczywiście poprzez wskazanie odpowiedniego obrazka lub jego części ("Gdzie jest kierownica bip bip?", "Gdzie autko ma koło?") paluszkiem. Wczoraj jednak Wiktor wyjątkowo ucieszył Rodziców, a było to tak: Tata po raz pierwszy pokazał Mu stronę, na której byli kierowcy rajdowi i pyta:
"Gdzie jest pan Lewis Hamilton?" - Wiki wskazał paluszkiem na Hamiltona. Tata podniecony, chwali Brzdąca i pyta dalej:
"Gdzie jest pan Jenson Button?" - i znowu pada poprawna odpowiedź (tj. prawidłowe wskazanie paluszkiem).
Tata dumny z siebie, swojego oddziaływania, no i Syna swego rzekł: "A widzisz, od 2 miesiąca życia oglądał ze mną Formułę 1 i już wszystko wie" :)
"Gdzie jest pan Lewis Hamilton?" - Wiki wskazał paluszkiem na Hamiltona. Tata podniecony, chwali Brzdąca i pyta dalej:
"Gdzie jest pan Jenson Button?" - i znowu pada poprawna odpowiedź (tj. prawidłowe wskazanie paluszkiem).
Tata dumny z siebie, swojego oddziaływania, no i Syna swego rzekł: "A widzisz, od 2 miesiąca życia oglądał ze mną Formułę 1 i już wszystko wie" :)
Prawie jak Gwiazdy ;)
Znowu się zagapiłam, nie wiedzieć kiedy minął nam 10 malezyjski weekend!!! Przyznam szczerze, że choć na początku pobytu czas płynął mi jak szalony i sama nawet nie wiem, kiedy upływał; tak od pewnego czasu "dłuży" się - dni tak podobne do siebie wloką się niemiłosiernie, tym bardziej, że codziennie pada obfity deszcz, jest szaro-buro, aż chciałoby się powiedzieć: JESIEŃ! Oczywiście, wieczory pędzą jak szalone, weekendy podobnie - to się niestety nie zmieniło!
Tymczasem miniony weekend po raz kolejny spędziliśmy w Kuala Lumpur. W sobotę w parku KLCC spotkała nas miła niespodzianka - ni stąd, ni zowąd pojawiły się trzy szalone Malajki, które przez dobrą godzinę bawiły się z naszą Gadziną na placu zabaw, a nasze kręgosłupy, ręce i nogi mogły chwilę odpocząć:) Gdy tylko Brzdące oddalały się na moment (oczywiście mieliśmy Ich cały czas na oku), dziewczynki biegły za Nimi i transportowały Ich bliżej nas...Piękna sprawa! Po wspólnej zabawie i pożegnaniu, kiedy szliśmy w kierunku metra, Malajki raz po raz do nas podbiegały, ściskały Brzdące, machały...czułam się jak Matka Polka Gwiazd - dziewczynki pojawiały się ni stąd, ni zowąd, za każdym razem tak samo uśmiechnięte i tak samo zainteresowane Brzdącami! Musimy tam jeździć częściej:)
W niedzielę zapakowaliśmy cały majdan do autka "brum brum", miało być tak pięknie - słońce, wycieczka do Lake Gardens, Park Motyli...ale jak szybko wyjechaliśmy, tak szybko wróciliśmy, ponieważ w drodze złapała nas burza...I tak trwała aż do późnego popołudnia! Byliśmy więc w pokoju zabaw, a wieczorkiem na pobliskim placu, gdzie z trudem udało nam się znaleźć wolne miejsce do zabawy! A jak już znaleźliśmy...zabawa była przednia, poznaliśmy też nowe koleżanki, które pozowały do zdjęć jak prawdziwe modelki, lekko onieśmielając Juniory (tak tak, nawet Wiktorka!).
Tymczasem miniony weekend po raz kolejny spędziliśmy w Kuala Lumpur. W sobotę w parku KLCC spotkała nas miła niespodzianka - ni stąd, ni zowąd pojawiły się trzy szalone Malajki, które przez dobrą godzinę bawiły się z naszą Gadziną na placu zabaw, a nasze kręgosłupy, ręce i nogi mogły chwilę odpocząć:) Gdy tylko Brzdące oddalały się na moment (oczywiście mieliśmy Ich cały czas na oku), dziewczynki biegły za Nimi i transportowały Ich bliżej nas...Piękna sprawa! Po wspólnej zabawie i pożegnaniu, kiedy szliśmy w kierunku metra, Malajki raz po raz do nas podbiegały, ściskały Brzdące, machały...czułam się jak Matka Polka Gwiazd - dziewczynki pojawiały się ni stąd, ni zowąd, za każdym razem tak samo uśmiechnięte i tak samo zainteresowane Brzdącami! Musimy tam jeździć częściej:)
W niedzielę zapakowaliśmy cały majdan do autka "brum brum", miało być tak pięknie - słońce, wycieczka do Lake Gardens, Park Motyli...ale jak szybko wyjechaliśmy, tak szybko wróciliśmy, ponieważ w drodze złapała nas burza...I tak trwała aż do późnego popołudnia! Byliśmy więc w pokoju zabaw, a wieczorkiem na pobliskim placu, gdzie z trudem udało nam się znaleźć wolne miejsce do zabawy! A jak już znaleźliśmy...zabawa była przednia, poznaliśmy też nowe koleżanki, które pozowały do zdjęć jak prawdziwe modelki, lekko onieśmielając Juniory (tak tak, nawet Wiktorka!).
czwartek, 15 września 2011
Excuse me!
"Excuse me" powiedziała Mama i to było takie śmieszne ;)
Po raz pierwszy publicznie Mama powiedziała "Excuse me" podczas sobotnich zakupów, przepychając wózek z marudnymi już Brzdącami, pomiędzy tabunem Azjatów, którzy, jak na spacer, wybrali się tłumnie do marketu. Wiki i Antoś usłyszawszy te słowa tak bardzo się rozbawili, że pozostała część zakupów była już przyjemnością. Oczywiście, później Mama nadużywała tego zwrotu w sklepie - dumna z siebie i tego, że potrafiła jeszcze czymś zaskoczyć Juniory, i aby Ich stan zadowolenia trwał aż do końca zakupów. Kilka dni później, w domu, kiedy Brzdące bawiły się swobodnie, Mama powtórzyła "Excuse me" i Ich reakcja była taka, jak na załączonym obrazku;)
Coś chyba jest na rzeczy z tym Mamy angielskim, skoro nawet Oni uważają, iż wypowiadane przez Nią zwroty brzmią zabawnie (z Taty się nie śmieją!). Podobna reakcja występuje u Juniorów na dźwięk słów "Oh my God" :)
Jeśli chodzi o kurs językowy, to Mama się już zdecydowała, teraz tylko czeka na termin egzaminu i już nie może się doczekać, kiedy uiści kwotę 100RM za test:( zajęcia ruszają 26.09 i ma nadzieję, że ruszy razem z nimi! Pani Ong (ta od żłobka) ostatecznie zgodziła się, abyśmy płacili 400RM/5h/Junior. Brzdące są już powoli uświadamiane w tym zakresie, ale zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie...
Po raz pierwszy publicznie Mama powiedziała "Excuse me" podczas sobotnich zakupów, przepychając wózek z marudnymi już Brzdącami, pomiędzy tabunem Azjatów, którzy, jak na spacer, wybrali się tłumnie do marketu. Wiki i Antoś usłyszawszy te słowa tak bardzo się rozbawili, że pozostała część zakupów była już przyjemnością. Oczywiście, później Mama nadużywała tego zwrotu w sklepie - dumna z siebie i tego, że potrafiła jeszcze czymś zaskoczyć Juniory, i aby Ich stan zadowolenia trwał aż do końca zakupów. Kilka dni później, w domu, kiedy Brzdące bawiły się swobodnie, Mama powtórzyła "Excuse me" i Ich reakcja była taka, jak na załączonym obrazku;)
Coś chyba jest na rzeczy z tym Mamy angielskim, skoro nawet Oni uważają, iż wypowiadane przez Nią zwroty brzmią zabawnie (z Taty się nie śmieją!). Podobna reakcja występuje u Juniorów na dźwięk słów "Oh my God" :)
Jeśli chodzi o kurs językowy, to Mama się już zdecydowała, teraz tylko czeka na termin egzaminu i już nie może się doczekać, kiedy uiści kwotę 100RM za test:( zajęcia ruszają 26.09 i ma nadzieję, że ruszy razem z nimi! Pani Ong (ta od żłobka) ostatecznie zgodziła się, abyśmy płacili 400RM/5h/Junior. Brzdące są już powoli uświadamiane w tym zakresie, ale zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie...
Maniek i Dorotka nas odwiedzają :)
Jako, że wszystkie dotychczasowe posty piszę z lekkim opóźnieniem, obiecuję (samej sobie) poprawę i odtąd postaram się pisać w miarę regularnie, aby uchwycić ulotne chwile, póki pamięć moja świeża dopisuje!
Spieszę z wiadomością, że przedwczoraj nastał ten radosny dzień, w którym to mogłam po raz pierwszy od ponad 2 miesięcy "na żywo" porozmawiać z kimś w jęz. polskim - z kimś, kto nie jest ani moim własnym mężem, ani nie ma 16 czy 17 miesięcy (apropos, repertuar dźwięków obu Brzdąców wzbogacił się o "io io" na określenie pojazdu uprzywilejowanego i - nie wiedzieć, czemu - samochodu typu van oraz "ko ko" (kura) i charakterystyczne gardłowe "grrr hrrr" (bo przecież tak robi tygrys, nie;)?)). Otóż odwiedzili nas Maniek i Dorotka z dziećmi :) Poznaliśmy się przez internet, przylecieli do nas prosto z Anglii, gdzie obecnie mieszkają, na azjatyckie wakacje. Spędziliśmy bardzo miłe popołudnie i nawet tropikalne ulewy nie popsuły nam nastrojów - chociaż planowaliśmy poszaleć na placu zabaw pod Petronas Towers, skończyło się na zabawach w "naszym" pokoju zabaw. Później poszliśmy na pyszną kolację:)
Gdyby nie to, że Tata wyjechał w podróż służbową do Indonezji, chętnie wybralibyśmy się z Mańkiem i Dorotką na Tioman, tym bardziej, że jutro (16.09) jest Malaysia Day - dzień wolny od pracy i długi weekend!
Tubylcy zgodnym głosem twierdzą, że najpiękniejsze malezyjskie wyspy, to: Langkawi, Redang i Tioman. Myślę, że wiedzą, co mówią...Naszym nowym znajomym życzymy więc szczęśliwej podróży na wyspę i radosnego odpoczynku, a nam pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś uda nam się wybrać na jedną z tych wysp...
Spieszę z wiadomością, że przedwczoraj nastał ten radosny dzień, w którym to mogłam po raz pierwszy od ponad 2 miesięcy "na żywo" porozmawiać z kimś w jęz. polskim - z kimś, kto nie jest ani moim własnym mężem, ani nie ma 16 czy 17 miesięcy (apropos, repertuar dźwięków obu Brzdąców wzbogacił się o "io io" na określenie pojazdu uprzywilejowanego i - nie wiedzieć, czemu - samochodu typu van oraz "ko ko" (kura) i charakterystyczne gardłowe "grrr hrrr" (bo przecież tak robi tygrys, nie;)?)). Otóż odwiedzili nas Maniek i Dorotka z dziećmi :) Poznaliśmy się przez internet, przylecieli do nas prosto z Anglii, gdzie obecnie mieszkają, na azjatyckie wakacje. Spędziliśmy bardzo miłe popołudnie i nawet tropikalne ulewy nie popsuły nam nastrojów - chociaż planowaliśmy poszaleć na placu zabaw pod Petronas Towers, skończyło się na zabawach w "naszym" pokoju zabaw. Później poszliśmy na pyszną kolację:)
Gdyby nie to, że Tata wyjechał w podróż służbową do Indonezji, chętnie wybralibyśmy się z Mańkiem i Dorotką na Tioman, tym bardziej, że jutro (16.09) jest Malaysia Day - dzień wolny od pracy i długi weekend!
Tubylcy zgodnym głosem twierdzą, że najpiękniejsze malezyjskie wyspy, to: Langkawi, Redang i Tioman. Myślę, że wiedzą, co mówią...Naszym nowym znajomym życzymy więc szczęśliwej podróży na wyspę i radosnego odpoczynku, a nam pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś uda nam się wybrać na jedną z tych wysp...
Langkawi Images
Rzadka chwila Juniorowej drzemki uwieczniona!
White Lodge, polecamy :)
Zachód słońca na Pantai Cenang
Oriental Village
Pantai Cenang
Iranki - Juniorowe fanki ;)
Ups, małpka się do nas przysiadła ;)
Cable Car
Bo strach ma wielkie oczy ;)
Uff, już jesteśmy na górze!
Black Sand Beach
Z powrotem na lądzie. THE END :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)