O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

czwartek, 15 września 2011

We ♥ LANGKAWI

Końcem sierpnia wybraliśmy się na krótkie wakacje na Langkawi. Z racji tego, że w Malezji świętowano, a Dzień Niepodległości zbiegł się z końcem Ramadanu, mogliśmy wykorzystać ten wolny od pracy czas na wyjazd! Po przeanalizowaniu wszystkich możliwych sposobów dojazdu i środków transportu, jak również po namyśle, jak to zrobić, aby było nam jak najsprawniej przemieszczać się z bliźniakami, dwoma wózkami i bagażami, a przy tym maksymalnie wykorzystać czas urlopu Taty, zdecydowaliśmy, że wybierzemy się w podróż firmowym autkiem do Kuala Kedah, tam zaparkujemy i udamy się promem na wyspę. Na Langkawi zaś wynajmiemy samochód, aby bez problemu móc się przemieszczać do miejsc, które chcemy zobaczyć...A że mieliśmy apetyt na eksplorowanie wyspy, taka opcja była najlepsza:)

Podróż z Kuala Lumpur do Kuala Kedah zajęła nam 6h (zaliczając korki w KL i w okolicy Ipoh). W KK spotkaliśmy się z naganiaczami na motorkach, którzy proponowali nam zaparkowanie samochodu w "najlepszym miejscu w mieście", oczywiście ze specjalnym nadzorem, obiecując, że będą "very special" traktować auto...Jako, że nie mieliśmy większego pojęcia, jak poruszać się po mieście, nie mieliśmy gps, ani zarezerwowanego promu, a pozostały nam jeszcze tylko trzy (kursowały co godzinę, od 17-19h jeszcze), nie chcieliśmy też dotrzeć na Langkawi zbyt późno i że ruch turystów w okolicy portu był bardzo duży, postanowiliśmy skorzystać z oferty panów "parkingowych". Ci skierowali nas na publiczne miejsce parkingowe, pod lokalną restaurację, zażądali 10zł/dobę za "parking", podnieśli przednie wycieraczki auta i stwierdzili, że jest "ok"...cóż, pozostało nam mieć nadzieję, że po 5 dniach samochód nadal będzie stał w tym samym miejscu. Szybko zapomnieliśmy jednak o jego "miejscu spoczynku" i udaliśmy się na prom - płynął 1,5h, koszt 23RM/osobę, Brzdące gratis (bardzo się cieszymy, że nie skończyli jeszcze 2 roku życia, bo jak wiadomo dzięki temu wszędzie póki co wpuszczani są za free! Ach, gdyby jeszcze tak za free się Nimi chwilkę zajęto, żeby Rodzicom odpoczęły troszkę ręcę i kręgosłup...marzenia!) Na promie był kolorowy zawrót głowy, Juniory były tak podniecone morzem, promami i statkami, że usiedzieć na jednym miejscu spokojnie nie chciały! Do tego próbowały - zafascynowane wszelkimi pojazdami mechanicznymi - oglądać film, który nam puszczono...ktoś dokonał "świetnego" wyboru i na małym ekranie co chwila lała się "krew", co rusz ktoś miał wypadek samochodowy lub podczas wyścigu motocykli...Dodam, że większość turystów (głównie Chińczyków) ambitnie oglądała film, było wśród nich kilkoro dzieci w wieku szkolnym...

Tuż po tym, jak dopłynęliśmy na Langkawi, wynajęliśmy w jednym z licznych biur mieszczących się koło portu, samochód (120RM/dobę, ale można było wziąć mniejszy i tańszy, jednak mieliśmy na uwadze nasze dwa wózki). Autko bardzo dobrze się sprawdziło, chociaż dla mnie osobiście niezłym hardcorem była jazda z Juniorami bez fotelików...Z racji tego, że i tak byliśmy obładowani jak osły, dwoje maluchów, dwa wózki, jedna walizka na kółeczkach dla całej familii, ale jeszcze jakieś torby i torebeczki z pampersami, chusteczkami, ubrankami na zmianę (na wypadek promowego pawia - Mama słynie ze swej przezorności i pamięta, jak sama kiedyś pawia puściła na Czarnogórze czy Chorwacji...a teraz myślała, że może to "genetycznie uwarunkowane"!), zabawkami, pożywieniem i przekąskami dla Juniorów...nie wzięliśmy ze sobą fotelików - żywcem nie było jak ich upchnąć, a panowie na promie i tak już na nas lekko dziwnie patrzyli, że tyle mamy bagażu! W każdym razie, jazda po wyspie z dwoma Brzdącami z pewnością na długo pozostanie mi w pamięci:) Oczywiście, tutaj to standard, dzieci jeżdżą "samopas", nawet na Langkawi widzieliśmy w samochodzie czwórkę maluchów z tyłu, same chłopaki, tak samo ubrane (przynajmniej od pasa w górę) i tak samo bujające się po całym tyle samochodu!!! Udało nam się też zobaczyć dwójkę maluchów (z czego jeden był młodszy od Wiktorka&Antosia, a drugi myślę, że mógł mieć 3 latka) z rodzicami na motorze...oczywiście, tylko ojciec stadka miał kask;) Tutaj to bardzo częsty widok, dzieciaki tak na motorze, jak i w samochodzie, bez żadnych środków bezpieczeństwa, jednak dla mnie nowością było opanowanie Gadziny, która bardzo aktywna, chciała jednocześnie siedzieć na kolanach Mamy (opcja najrzadziej spotykana, ale wymieniam jako pierwszą, gdyż najbardziej pożądana i znacząca), stać przy oknie, siedzieć pod nogami Mamy, zaglądać, co u Taty słychać i jak Mu się prowadzi nasze "wesołe autko brrrum brrrum", włażąc do przodu między fotelami, wdrapywać się na półkę pod tylną szybą, aby lepiej zobaczyć to, co już za nami...Dzielnie jednak daliśmy radę i było to bardzo ciekawe doświadczenie - ku pamięci je tutaj opisuję - jeśli czas przykurzy nieco to wspomnienie, przeczytam i obiecam sobie: "nigdy więcej!" :) Jeśli chodzi o podróżowanie, skoro przy tym jestem, to przejechaliśmy całą wyspę wzdłuż i wszerz:) Nie dotarliśmy tylko do Farmy Krokodyli, chociaż mijaliśmy ją w drodze na jeden z "cypelków"...cóż, Tata stchórzył i stwierdził, że już widział krokodyle w ZOO. Co fakt, to fakt;)

Langkawi jest rajskie i anielskie, i grzechem byłoby się tutaj rozpisywać na jego temat...Po prostu trzeba zobaczyć, albo chociaż wrzucić w google i sobie obejrzeć, bo niestety jakość naszych zdjęć nie do końca oddaje jego piękno i klimat (chociaż bardzo się starałam i zdjęć kilka tutaj zamieszczam!). To najpiękniejsze miejsce, jakie w życiu widziałam...Jeśli wyobrażałabym sobie, jak wygląda raj, to właśnie tak: białe, piaszczyste plaże (choć nie wszędzie, byliśmy też na Black Sand Beach), palmy kokosowe i piękne, turkusowe morze...do tego bardzo mili tubylcy i sympatyczni turyści - w naszym sąsiedztwie mieszkali sami Chińczycy, ale spotkaliśmy też inne nacje, wielu białych. Za wyjątkiem pierwszej nocy, którą spędziliśmy w CD Motel (nikomu nie polecam, tym bardziej, że zapłaciliśmy 100RM, a nie wart nawet połowy tej ceny! Jedynym plusem było położenie motelu - nad samym brzegiem morza, o co jednak nie trudno na Pantai Cenang). Z samego rana udaliśmy się na poszukiwania nowego lokum i od razu trafiliśmy do White Lodge - po drugiej stronie drogi, a więc bez dostępu do morza, ale za to z własnym ogródkiem i miejscem do hasania dla dzieci. Na plażę były dosłownie 3 minuty drogi, a było cicho i spokojnie, mieszkaliśmy w małym, bardzo zadbanym i komfortowym domku, za sąsiadów mając właśnie chińskie rodziny, które bardzo przypadły do gustu Antoniemu i kiedy tylko byliśmy na terenie White Lodge, non stop chciał przesiadywać na ganku z chińskimi dziećmi, a kiedy ich nie było - zbierał kamyczki i inne "skarby" sprzed chińskich domków;)

Bardzo miłym akcentem było spotykanie prawie na każdym kroku (czytaj: zakręcie, bo przecież podróżowaliśmy samochodem) małp...Wiki i Antoś nauczyli się, jak robi małpka ("a a a", gdyby ktoś miał wątpliwości:) a gdyby ktoś nadal nie wierzył, że tak właśnie robi małpka, to gdyby zobaczył ekspresję ciała Antosiowego, nie miałby już żadnych wątpliwości:)), obserwując krowy nauczyli się też robić "muuu". Poza tym byli bardzo dzielnymi małymi Podróżnikami, których wszystko, podobnie jak i Rodziców, zachwycało!!! Z kolei Cable Car nie wzbudziło takiej jak u Rodziców grozy, chociaż oczywiście warto było wjechać na szczyt, aby móc podziwiać wyspę z lotu ptaka...było tym piękniej, że dotarliśmy na górę na zachód słońca...Zjeżdżanie kolejką na dół było nie lada przygodą, wszędzie ciemno, w oddali światła miast, żadnych, poza odgłosami płynącymi z dżungli i kaskady wodospadów, dźwięków. Niesamowite!!! Warto było stać w ponad godzinnej kolejce do Cable Car i zapłacić, zdaje się, 35RM/osobę (Brzdące za free). Mama chciała pojeździć na słoniu w Oriental Village (bo chociaż zawsze była przeciwna ujeżdżaniu tego niewinnego zwierzęcia, to jednak nigdy słoń nie był na wyciągnięcie ręki), ale szybko Jej przeszło i wróciła do swych ideałów po tym, jak "pan od słonia" powiedział, że 5-minutowa jazda kosztuje 100RM (oczywiście, były też i 20-minutowe jazdy...nie pytaliśmy jednak o ich cenę). Żałowaliśmy, że Brzdące przespały naszą wizytę w Oriental Village, bo był tam - między innymi - Animals Garden, a nawet dwa gardeny - nie dość, że za darmo, to jeszcze pełne małych, przyjaznych dzieciom zwierzątek (Mama zrobiła zdjęcie królików dla cioci S., która na pewno bardzo żałuje, że nie mogła wejść wśród nie i się zrealizować;) Wiki też na pewno żałuje;)). Poza tym to właśnie w Oriental Village zjedliśmy najlepszy obiad na wyspie, w zawrotnej cenie 13zł/wszystko!

Reasumując, cały pobyt na Langkawi bardzo nam się udał i z wielką chęcią wrócilibyśmy na wyspę raz jeszcze...Pomimo sezonu turystycznego, plaże, za wyjątkiej tej za Sunset Beach Resort, mniej więcej w centrum Pantai Cenang, świeciły pustkami...na jakąkolwiek plażę w różnych częściach wyspy nie docieraliśmy, była pusta lub niemal pusta...Co tylko podkreślało egzotyczny charakter wyspy i można było poczuć się jak we własnym, prywatnym kawałku raju:) A, zapomniałabym napisać o przepięknym ogrodzie, mieszczącym się tuż koło drogi do "Wielkiego Orła" (nie specjalnego, zresztą) - doskonałym miejscu do wypoczynku, z widokiem na morze, góry, z cudowną tropikalną roślinnością, gdzie...nie spotkaliśmy żywej duszy!

W drodze powrotnej już tak cudownie nie było...najpierw płynęliśmy lekko zdezelowanym promem, ściśnięci jak sardynki w puszce, z podskakującymi na naszych kolanach Juniorami, następnie znaleźliśmy nasz samochód (stał nienaruszony) i udaliśmy się nim w długą drogę "do domu"...Podróż (włącznie z promem i korkami) zajęła nam ponad 10h...Ale byle do przodu i do następnego wolnego:)!