Tak sobotni, jak i niedzielny, i poniedziałkowy wieczór spędziliśmy z naszymi hinduskimi przyjaciółmi. W sobotę wybraliśmy się do Ikei, na...kolację (tak nam posmakowała europejska kuchnia w Azji!), poza tym Oni chcieli zrobić małe zakupy, a przy tej okazji Brzdące z koleżanką pobawili się w sklepie. Przyjaciele są zachwyceni Ikeą i bardzo żałują, że szwedzki sklep nie zadomowił się jeszcze w Indiach (a myślałam, że Ikea jest wszędzie...). Widujemy się ostatnio tak często, bo planujemy wspólną podróż w nadchodzący długi weekend (kolejny! Już trzeci w tym roku! Malezja to piękny kraj!). Apropos, ostatnio obliczyłam, że w 2012r. jest tutaj 19 dni wolnych od pracy (16 dni to święta "publiczne", pozostałe obchodzone są tylko w Selangor, czyli stanie, w którym żyjemy...aż miałoby się ochotę pomieszkać tu dłużej!). W najbliższy poniedziałek Malezja świętuje urodziny Prophet Muhammad`a (ktokolwiek to jest...), a we wtorek obchodzi jedno z najważniejszych hinduistycznych świąt, Thaipusam. Już żałuję, że nie pojedziemy tego dnia do Batu Caves, ale z drugiej strony - spędzimy go w towarzystwie hindusów i bardzo się z tego cieszymy!).
Ikea
Odwiedziny
Wczoraj, tuż przed zaśnięciem, kiedy myślami byłam jeszcze przy naszych hinduskich znajomych i Indiach, zagadnęłam w pół śpiącego Tatę:
- Szkoda, że nie umiem bardzo dobrze mówić po angielsku, mam do Nich tyle pytań...Ciekawe, czy w przyszłości będą chcieli dla Warshini arranged marriage (zajechałam niepoprawną gramatyką, acz po angielsku)...?
- Ależ Jej małżeństwo już jest zaaranżowane! Z Antonim przecież! - odpowiedział Tata :)
Brzdąc Antosiowy także sprawia wrażenie, jakby koleżanka bardzo przypadła Mu do gustu. Widać to zwłaszcza na tle Brata, który bardziej niż Warshini interesuje się Jej zabawkami, a nawet...ubrankami! Antoś z kolei namiętnie posyła dziewczynce całuski i bardzo lubi spędzać z Nią czas. Zawsze kiedy Mu o Niej mówimy, ożywia się i woła "Da!" co w Jego języku oznacza chęci spotkania lub odpowiada "Tak", gdy pytamy, czy chce się z Nią zobaczyć...
Pierwsza dziewczynka Brzdąca
Mamy nadzieję, że wspólne spędzenie 4 dni tylko pogłębi Ich "uczucie", że nie będą walczyć ze sobą o uwagę Brzdąca Wiktorkowego, naszą, zabawki czy o 1001 rzeczy, o których my, dorośli nawet byśmy nie pomyśleli :)
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Meksykańska kolacja i chińsko-polska zabawa!
Chińscy koledzy z firmy Taty zaprosili nas na meksykańską kolację. W ten sposób w "firmowy" sposób świętowali nadejście Nowego Roku. Od razu poproszono, aby z tej okazji Brzdące ubrały się w chińskie stroje - znajomi widzieli nasze zdjęcia z obchodów Chińskiego Roku Smoka i Brzdące w charakterze małych Chińczyków bardzo przypadły Im do gustu :)
W piątkowy wieczór udaliśmy się więc na pyszną kolację, z burrito w roli głównej. Jeden z Taty najbliższych kolegów, a zarazem jedyny w tym towarzystwie, który posiada dzieci, przyprowadził ze sobą 2/3 swojej gromadki, mianowicie dwie z trzech córek: 8- i 6-letnią, którym to Brzdące niewiele ustępowały wzrostem...Zapytałam, dlaczego nie ma najmłodszej pociechy - znajomi odpowiedział, że ta dwójka wystarczy, z trójką nie daliby sobie tutaj z żoną rady...Chińskie koleżanki zakochały się w Juniorach od pierwszego wejrzenia, a że do dziecięcej zabawy i śmiechu niepotrzebne są umiejętności językowe, wspólnej zabawie nie było końca :) Na szczęście meksykańska restauracja wychodziła na patio, więc po tym, jak dzieciaki zjadły kolację, szalały tam jak pijane zające! Radość była tym większa, że Brzdące dostały noworoczny prezent - czerwone koperty z pieniążkami w środku, tzw. "ang pow", które według chińskiej tradycji mają przynieść szczęście i powodzenie finansowe na cały rok! Od razu poczuliśmy się szczęśliwsi ;)
Kiedy w końcu cała czwórka, z czerwonymi policzkami i ociekającymi od potu włosami wpadła do restauracji i kiedy Brzdące zaczęły głośno protestować przeciwko naszym próbom zakończenia Ich radosnej działalności, tata dziewczynek powiedział: "Już rozumiecie, dlaczego tą trzecią zostawiłem w domu". Ta trzecia jest rówieśniczką Juniorów i mamy nadzieję, że jeszcze się z nią spotkamy! Tymczasem udało nam się szybko spacyfikować Brzdące i za rączkę do samochodu Je wyprowadzić. Po powrocie, gdy tylko przekroczyliśmy próg mieszkania zaczęły chórem wołać: "Dom, dom!" i razem padły jak muchy :)
W piątkowy wieczór udaliśmy się więc na pyszną kolację, z burrito w roli głównej. Jeden z Taty najbliższych kolegów, a zarazem jedyny w tym towarzystwie, który posiada dzieci, przyprowadził ze sobą 2/3 swojej gromadki, mianowicie dwie z trzech córek: 8- i 6-letnią, którym to Brzdące niewiele ustępowały wzrostem...Zapytałam, dlaczego nie ma najmłodszej pociechy - znajomi odpowiedział, że ta dwójka wystarczy, z trójką nie daliby sobie tutaj z żoną rady...Chińskie koleżanki zakochały się w Juniorach od pierwszego wejrzenia, a że do dziecięcej zabawy i śmiechu niepotrzebne są umiejętności językowe, wspólnej zabawie nie było końca :) Na szczęście meksykańska restauracja wychodziła na patio, więc po tym, jak dzieciaki zjadły kolację, szalały tam jak pijane zające! Radość była tym większa, że Brzdące dostały noworoczny prezent - czerwone koperty z pieniążkami w środku, tzw. "ang pow", które według chińskiej tradycji mają przynieść szczęście i powodzenie finansowe na cały rok! Od razu poczuliśmy się szczęśliwsi ;)
Kiedy w końcu cała czwórka, z czerwonymi policzkami i ociekającymi od potu włosami wpadła do restauracji i kiedy Brzdące zaczęły głośno protestować przeciwko naszym próbom zakończenia Ich radosnej działalności, tata dziewczynek powiedział: "Już rozumiecie, dlaczego tą trzecią zostawiłem w domu". Ta trzecia jest rówieśniczką Juniorów i mamy nadzieję, że jeszcze się z nią spotkamy! Tymczasem udało nam się szybko spacyfikować Brzdące i za rączkę do samochodu Je wyprowadzić. Po powrocie, gdy tylko przekroczyliśmy próg mieszkania zaczęły chórem wołać: "Dom, dom!" i razem padły jak muchy :)
sobota, 28 stycznia 2012
W obronie pająka
Zwycięstwo! Dziś nadszedł ten dzień, kiedy udało nam się odebrać życie "naszemu" wielkiemu karaluchowi kuchennemu...A przynajmniej mamy nadzieję, że to był on, a nie jego żona/dziecko/brat czy siostra, lub - o zgrozo! - rodzic, bo to by mogło nawet sugerować, że gdzieś w naszym mieszkaniu ma rodzeństwo...
Tymczasem wczoraj, nagle i nieoczekiwanie zagościł u nas pająk-gigant...Zobaczyłam go pomykającego nad Brzdącowymi mebelkami. Niewiele myśląc, wzięłam do ręki to, co znalazło się w jej zasięgu (przewijak) i...no, wiadomo, co zrobiłam, w każdym razie nie obyło się bez wydania przy tym dźwięku (nie przez pająka, rzecz jasna...tylko takie charakterystyczne "bach", kiedy uderza się czymś o ścianę). Niestety, całe zdarzenie widziały Brzdące, które zaczęły histerycznie płakać, wołać "Nieee! Psss psss!", a jeden nawet rzucił się na mnie (!) w obronie zmarłego już, pająka. Zszokowana, tłumaczyć się zaczęłam, że pająk był niegrzeczny i Mama zrobiła bach (?), ale że nic mu się nie stało, odpoczywa sobie teraz za mebelkiem...Gadzina moja nie uwierzyła i w pośpiechu starała się odsunąć mebelek, co okazało się niemożliwe. Zaczęli więc krzyczeć, chórem: "Come, mama!" co oznaczało, żebym lepiej się ruszyła, mebelek przesunęła, bo Oni chcą zobaczyć odpoczywającego pająka..."Psss!"...Koniec końców udało mi się odwrócić uwagę Brzdąców od tematu śmierci pająka, pokazując, gdzie były ostatnio widziane jaszczurki...Zaczęliśmy ich nawet szukać, dzięki czemu zapomnieli o tym niemiłym zdarzeniu :)
Tymczasem wczoraj, nagle i nieoczekiwanie zagościł u nas pająk-gigant...Zobaczyłam go pomykającego nad Brzdącowymi mebelkami. Niewiele myśląc, wzięłam do ręki to, co znalazło się w jej zasięgu (przewijak) i...no, wiadomo, co zrobiłam, w każdym razie nie obyło się bez wydania przy tym dźwięku (nie przez pająka, rzecz jasna...tylko takie charakterystyczne "bach", kiedy uderza się czymś o ścianę). Niestety, całe zdarzenie widziały Brzdące, które zaczęły histerycznie płakać, wołać "Nieee! Psss psss!", a jeden nawet rzucił się na mnie (!) w obronie zmarłego już, pająka. Zszokowana, tłumaczyć się zaczęłam, że pająk był niegrzeczny i Mama zrobiła bach (?), ale że nic mu się nie stało, odpoczywa sobie teraz za mebelkiem...Gadzina moja nie uwierzyła i w pośpiechu starała się odsunąć mebelek, co okazało się niemożliwe. Zaczęli więc krzyczeć, chórem: "Come, mama!" co oznaczało, żebym lepiej się ruszyła, mebelek przesunęła, bo Oni chcą zobaczyć odpoczywającego pająka..."Psss!"...Koniec końców udało mi się odwrócić uwagę Brzdąców od tematu śmierci pająka, pokazując, gdzie były ostatnio widziane jaszczurki...Zaczęliśmy ich nawet szukać, dzięki czemu zapomnieli o tym niemiłym zdarzeniu :)
czwartek, 26 stycznia 2012
Hello, Twin Towers!
Nasz pierwszy malezyjski weekend w nowym roku spędziliśmy na małych, rodzinnych zakupach w Ikei (i pysznym europejskim obiedzie...za europejską cenę, niestety!) oraz na spacerze i zabawie w parku KLCC. Nie mogliśmy nie przywitać się z dwoma wieżami, które, ku naszemu zaskoczeniu, Brzdące pamiętały! - jesteśmy o tym przekonani dlatego, że gdy tylko oglądaliśmy w Krakowie zdjęcia z Kuala Lumpur i pojawiały się na nich Petronas Twin Towers, nasze twinsy piały z zachwytu :) Tak więc w niedzielne popołudnie byliśmy w Surii KLCC, podziwialiśmy dekoracje związane z nadchodzącym Chińskim Nowym Rokiem, powiedzieliśmy "hello" wieżom i bawiliśmy się na placu zabaw (ulubionym, tak przez Juniorów, jak i przez nas). W drodze do Surii spotkaliśmy przypadkiem naszych hinduskich przyjaciół, którym zaproponowaliśmy wspólne wyjście na ten plac. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zapytali nas, gdzie dokładnie mieści się plac zabaw, czy jest na świeżym powietrzu, czy zamknięty...Powolniaki są w Malezji ciut dłużej, niż my, a jeszcze pod wieżami w biały dzień nie były! Kiedy zaskoczeni odpowiedzieliśmy, że oczywiście, że plac zabaw jest odkryty, że jest świetny i z pewnością spodoba się Małej, popatrzyli po sobie i zgodnie stwierdzili, że nie...Bo przecież słońce mocno grzeje, a Oni nie lubią słońca, nie znoszą się opalać i muszą dbać o swoją skórę...To właśnie wtedy zaproponowali małą wyprawę do dżungli, radośnie stwierdzając, że nawet jak będzie upalnie, to pogoda Im nie będzie przeszkadzać :) Wybraliśmy się więc we czwórkę i było świetnie! W Surii spotkaliśmy tylko jedną Chinkę (rzuciła nam się w oczy pośród innych mieszkańców Azji Południowo-Wschodniej), a na placu zabaw - tylko jedną chińską rodzinę. Zwykle jest przeciwnie - to na inne narodowości można zwrócić uwagę pośród tłumu Chińczyków!
Suria KLCC
W sobotnie popołudnie, w Ikea, spotkaliśmy nie tylko Chińczyków (a z okazji zbliżającego się Nowego Roku jedno z pomieszczeń sklepu udekorowane było na styl chiński, a w całej Ikei wisiały lampiony i czerwono-złote poduszki ze smokiem), ale też inne narodowości i rasy. Ba! Spotkaliśmy nawet miłego Pana Polaka, który to sam się z nami przywitał słysząc, jak rozmawiamy z Brzdącami. Okazało się, że PP mieszka od pół roku w bliskim sąsiedztwie - proszę, jaki ten świat mały! Umówiliśmy się wstępnie do knajpki, do której wszyscy chętnie zaglądamy...
Tego wieczoru również do niej zajrzeliśmy, żeby przywitać się z naszym ulubionym kelnerem prosto z Filipin i zjeść pyszną indyjsko-malajską kolację. Kelnerzy, jak tylko nas zobaczyli, zaczęli się nawoływać, biec do Brzdąców, podnosić Ich na ręce, przybijać Im "piątki"...Naprawdę bardzo miło nas przywitali, nie spodziewaliśmy się takiej reakcji z Ich strony...Widok uśmiechniętych panów kelnerów i zadowolonych Juniorów w Ich ramionach - bezcenny :)
Suria KLCC
W sobotnie popołudnie, w Ikea, spotkaliśmy nie tylko Chińczyków (a z okazji zbliżającego się Nowego Roku jedno z pomieszczeń sklepu udekorowane było na styl chiński, a w całej Ikei wisiały lampiony i czerwono-złote poduszki ze smokiem), ale też inne narodowości i rasy. Ba! Spotkaliśmy nawet miłego Pana Polaka, który to sam się z nami przywitał słysząc, jak rozmawiamy z Brzdącami. Okazało się, że PP mieszka od pół roku w bliskim sąsiedztwie - proszę, jaki ten świat mały! Umówiliśmy się wstępnie do knajpki, do której wszyscy chętnie zaglądamy...
Tego wieczoru również do niej zajrzeliśmy, żeby przywitać się z naszym ulubionym kelnerem prosto z Filipin i zjeść pyszną indyjsko-malajską kolację. Kelnerzy, jak tylko nas zobaczyli, zaczęli się nawoływać, biec do Brzdąców, podnosić Ich na ręce, przybijać Im "piątki"...Naprawdę bardzo miło nas przywitali, nie spodziewaliśmy się takiej reakcji z Ich strony...Widok uśmiechniętych panów kelnerów i zadowolonych Juniorów w Ich ramionach - bezcenny :)
środa, 25 stycznia 2012
CNY w hinduistycznej świątyni
Przemierzając w Nowy Rok wzdłuż i wszerz chińską dzielnicę, odwiedziliśmy znajdującą się w bliskim sąsiedztwie buddyjskiej świątyni - świątynię hinduistyczną. W Sri Mahamariamman Indian Temple spędziliśmy niemal godzinę, podziwiając jej piękno i skrywając się w jej cieniu. Brzdąc Wiktorkowy uciął sobie w niej drzemkę, a Antosiowy ambitnie zwiedzał świątynię, łapał w niej gołębie i...tańczył, ku radości zgromadzonych Hindusów!
Gong Xi Fa Cai
Drugi dzień Chińskiego Nowego Roku "świętowaliśmy" z nawiązką, spacerując całe popołudnie uliczkami dzielnicy Chinatown w Kuala Lumpur, odwiedzając buddyjskie świątynie, uczestnicząc w pokazie tańca smoka, obserwując to, co dzieje się dookoła nas oraz podziwiając atmosferę, jaka towarzyszy obchodom tego dnia...
Nasi mali Chińczycy ;)
PS. Do późnych godzin nocnych, tak w wigilię Nowego Roku, jak i pierwszego i drugiego dnia, podziwialiśmy pokazy sztucznych ogni!
Nasi mali Chińczycy ;)
PS. Do późnych godzin nocnych, tak w wigilię Nowego Roku, jak i pierwszego i drugiego dnia, podziwialiśmy pokazy sztucznych ogni!
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Chiński Nowy Rok...w dżungli!
Dzisiaj nastał Rok Smoka! Z tej okazji, a właściwie korzystając z kolejnego długiego weekendu, jaki został nam tutaj dany, wybraliśmy się z naszymi hinduskimi przyjaciółmi na wycieczkę. I miało być tak pięknie...Jeszcze wczoraj, w Wigilię Nowego Roku podziwialiśmy z balkonu pokazy sztucznych ogni, które nieco nas zaskoczyły...tak one, jak i petardy, puszczane były od późnych godzin popołudniowych do 2h nad ranem! Prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się o północy, z każdej strony byliśmy bombardowani;) i zaskoczeni, że jak to?!- sztuczne ognie przed Sylwestrem;)?!
Postanowiliśmy, że z okazji Chińskiego Nowego Roku wybierzemy się do Chinatown i do jednej z buddyjskich świątyń, której bramy, mamy nadzieję, będą dla nas otwarte! Nasi przyjaciele z Indii nie byli zainteresowani takim sposobem spędzenia czasu, ale zaproponowali małą wyprawę na łono natury...do dżungli, podziwiać dziką przyrodę i piękne wodospady, a to wszystko niecałe 30km od nas! Pogoda wyjątkowo dopisała, a kiedy dwie godziny po umówionej porze przyjaciele, zwani dalej (nie od dziś) Powolniakami, niespiesznie się z nami spotkali, ruszyliśmy w drogę. Nie byliśmy jednak zdenerwowani - po pierwsze dlatego, że miło jest mieć świadomość, że ktoś spóźnia się bardziej, niż my; a po drugie - czas oczekiwania spędziliśmy na "osiedlowym" placu zabaw, więc Brzdące były w siódmym niebie! Szybko okazało się jednak, że pierwszym postojem będzie stacja paliw (Powolniaki się nie przygotowały) i że to oni za nami, a nie my za nimi, będą podążać (chociaż już tam raz były). Tata nie mógł wyjść z podziwu, jaki z tej Malezji piękny kraj jest...kiedy Chińczycy świętują w swych domach (nie to, żebyśmy mieli coś przeciwko chińskiemu narodowi), na drodze jest pusto! Wszędzie, gdzie się rozejrzeliśmy, było pusto! Drugim przystankiem na naszej drodze do dżungli było Batu Caves - hinduistyczna świątynia, przy której było tak kolorowo, tłumnie i głośno, że można było dostać zawrotu głowy...czyli, ponoć, jak to w Indiach:) Lubię to! Ruszyliśmy dalej, a kiedy dojechaliśmy na miejsce, Powolniaki stwierdziły, że nie...jednak nie...tutaj jest fajnie, ale były w fajniejszym miejscu, które chcą nam pokazać..."Pożyczcie nam gps i jedźcie za nami" - stwierdzili, co też uczyniliśmy. Po pół godzinnej jeździe w strugach deszczu znaleźliśmy się na parkingu Tesco, bo nie...jednak wpisali zły adres, a właściwie to nie wpisali go wcale, bo przecież wydawało Im się, że pamiętają, ale jednak nie...nie pamiętają, jak tam dojechać..."Sorry" - powiedzieli z promiennym uśmiechem na ustach. A właściwie On się uśmiechał, Ona była zdenerwowana i szybko zrozumieliśmy, że przyjaciółka głodna jest po prostu, a w Jej hinduskim brzuszku kiszki marsza grają...ten grymas...ta pora dnia...to już przecież czas na obiad! Nikt się nie spodziewał, że tyle czasu zajmie nam niespełna 30 km podróż, a że nie mieli ze sobą nic do jedzenia...Przyznała, że jest głodna, ale spokojnie - na miejscu można coś zjeść! Tylko...gdzie jest TO miejsce?! Z pomocą przyszła malajska rodzina, która wytłumaczyła, jak trafić do celu. Po kolejnej, prawie pół godzinnej jeździe w ulewie, dojechaliśmy na miejsce...O dziwo, nie byliśmy zdenerwowani, raczej rozbawieni całą sytuacją, aż Tata słusznie zaczął podejrzewać, że "to może być jedna z tych wycieczek, do której nie dojedziemy" (już raz kiedyś Powolniaki zaprosiły nas na małą wyprawę...miało być tak pięknie...rejs statkiem po jeziorze, gdzieś w Putrajaya, no ale niestety, nie udało się tam trafić!). Tym razem udało się jednak dotrzeć, a na miejscu najpierw naszym oczom ukazał się dziki tłum i małpki na drzewach, przy drodze, biegające między ludźmi...słowem, były wszędzie, ku wielkiej radości Brzdąców, które podniecone wołały "a-a-a, a-a-a" (bo przecież tak robią małpki;)). Stanęliśmy w kolejce na parking, kiedy to pan parkingowy zażądał od nas 8RM (8zł) za wjazd. Powiedziałam Tacie, że pewnie chce nas "oszyć", widzi przecież, że biali jesteśmy, że pewnie turyści...ale nie wyglądał na takiego, z kim się dyskutuje, a że Tata zawsze taki uczciwy i pokornego serca...daliśmy więc panu magiczne 8RM, kiedy to po chwili okazało się, że hinduscy przyjaciele zapłacili 5RM. Skandal! Oczywiście, ja się chciałam kłócić o zwrot należnej nam reszty, ale Tata stwierdził, że nie warto, więc ruszyliśmy przed siebie! Bardzo szybko zauważyliśmy, że miejsce, które miało być dzikie, czyste i nieskażone cywilizacją, zamieniono na tani park, pełen komercji, fast foodów i różnych "souvenirów" od hinduistycznych bożków, przez breloczki z Petronas Twin Towers, na mieniącym się kolorami tęczy portrecie Michaela Jacksona skończywszy...Powolniaki błyskawicznie zainstalowały się w ulicznym fast foodzie, dumne z siebie, że w szybkim tempie kupiły i sobie, i nam, hamburgery (bardzo miło z Ich strony!). Tymczasem zewsząd płynęła głośna muzyka, a zgromadzone towarzystwo, poza nieliczymi Malajami, stanowili Tajowie, Filipińczycy, Indonezyjczycy i Hindusi...Znaczna część bawiących nad wodospadami i kąpiących się w rzece ludzi była pijana, śpiewano, tańczono, a dzieci i dorośli biegali boso, pomiędzy nimi małpy...Naprawdę! Szczerze pisząc, takiego obrazu Malezji spodziewałam się przed naszym przyjazdem tutaj. Może trochę/bardzo przerysowanego, ale jednak...I cieszymy się, że zobaczyliśmy takie miejsce...zupełnie inne od tych, które dotąd widzieliśmy na malezyjskiej ziemi...Za namową Powolniaków zaczęliśmy iść długą drogą ku górze, aby dojść na jej szczyt i zobaczyć ten magiczny wodospad, te piękne kaskady, o których słyszeliśmy...Sami byliśmy ciekawi, jak to wygląda, bo też wierzyliśmy, że na górze jest spokojniej i ciszej...W między czasie pogoda zaczęła się psuć, by w końcu, jak dotarliśmy na szczyt, zaczęło padać. To, co zobaczyliśmy na górze, naprawdę nas zszokowało: prawdziwe tłumy pół nagich mężczyzn, pod wpływem alkoholu, śpiewających i pląsających w wodach, nieliczne hinduskie rodziny z dziećmi, jedna altana z -uwaga!- wc (wydawać by się mogło, kulturka...), poza tym piękna, choć skażona i zanieczyszczona, bujna przyroda...Po szybkim rekonesansie otoczenia podjęliśmy decyzję o natychmiastowej ewakuacji, tym bardziej, że zaczynało grzmieć i wyobraziliśmy sobie, że na wypadek burzy, całe to towarzystwo, które jeszcze jest świadome swojego położenia, rzuci się w kierunki altany, a my przemokniemy do suchej nitki...z całą naszą wyprawką i juniorowym prowiantem, a że Brzdące były głodne i zaczynały się już denerwować...Tym razem za naszą namową Powolniaki niespiesznie udały się w drogę powrotną, a kiedy rozpętała się burza, dodałam gazu i w trymiga znalazłam się z Brzdącem Antosiowym na parkingu ("skakałaś jak młoda kózka po tej dżungli, nie mogliśmy Cię z Wiktorkiem dogonić" - powiedział później Tata, co było największym komplementem!). Właściwie, to nasz wyczyn nie był zbyt bezpieczny, ale postanowiliśmy zaufać sobie i naszym siłom witalnym (w końcu bieg z 14kg dzieckiem pod pachą i z torebką w ręce nie jest bułką z masłem!) i jak najszybciej znaleźć się w samochodzie. Brzdąc cały czas dzielnie trzymał się mnie mocno i powtarzał: "kap kap" (bo przecież deszczyk robi "kap kap kap";)).
Czy było warto wchodzić na górę przy tak szybko zmieniającej się pogodzie?! Hmm...Wszystko dobrze się skończyło, więc nie mamy na co narzekać. Musimy jednak przyznać, że było to doświadczenie dość ekstremalne (i bardzo interesujące!) i że gdybyśmy wiedzieli, co zobaczymy na szczycie, gdybyśmy wiedzieli, że w środku dżungli zastanie nas burza, oczywiście, że byśmy nawet nosa z samochodu nie wychylili! Na szczęście, byliśmy tego nieświadomi i przeżyliśmy niezłą przygodę, z której śmialiśmy się już w samochodzie, kiedy to przemoczeni do suchej nitki obserwowaliśmy, jaką Brzdące zorganizowały sobie zabawę! Oporządziliśmy Ich i w oczekiwaniu na hinduskich przyjaciół rozpoczęliśmy w samochodzie piknik. Pół godziny później, podszedł do naszego samochodu kompletnie przemoczony Powolniak, z mokrymi hamburgerami w rękach i rozkosznym "Sorry for the trip" :)
Postanowiliśmy, że z okazji Chińskiego Nowego Roku wybierzemy się do Chinatown i do jednej z buddyjskich świątyń, której bramy, mamy nadzieję, będą dla nas otwarte! Nasi przyjaciele z Indii nie byli zainteresowani takim sposobem spędzenia czasu, ale zaproponowali małą wyprawę na łono natury...do dżungli, podziwiać dziką przyrodę i piękne wodospady, a to wszystko niecałe 30km od nas! Pogoda wyjątkowo dopisała, a kiedy dwie godziny po umówionej porze przyjaciele, zwani dalej (nie od dziś) Powolniakami, niespiesznie się z nami spotkali, ruszyliśmy w drogę. Nie byliśmy jednak zdenerwowani - po pierwsze dlatego, że miło jest mieć świadomość, że ktoś spóźnia się bardziej, niż my; a po drugie - czas oczekiwania spędziliśmy na "osiedlowym" placu zabaw, więc Brzdące były w siódmym niebie! Szybko okazało się jednak, że pierwszym postojem będzie stacja paliw (Powolniaki się nie przygotowały) i że to oni za nami, a nie my za nimi, będą podążać (chociaż już tam raz były). Tata nie mógł wyjść z podziwu, jaki z tej Malezji piękny kraj jest...kiedy Chińczycy świętują w swych domach (nie to, żebyśmy mieli coś przeciwko chińskiemu narodowi), na drodze jest pusto! Wszędzie, gdzie się rozejrzeliśmy, było pusto! Drugim przystankiem na naszej drodze do dżungli było Batu Caves - hinduistyczna świątynia, przy której było tak kolorowo, tłumnie i głośno, że można było dostać zawrotu głowy...czyli, ponoć, jak to w Indiach:) Lubię to! Ruszyliśmy dalej, a kiedy dojechaliśmy na miejsce, Powolniaki stwierdziły, że nie...jednak nie...tutaj jest fajnie, ale były w fajniejszym miejscu, które chcą nam pokazać..."Pożyczcie nam gps i jedźcie za nami" - stwierdzili, co też uczyniliśmy. Po pół godzinnej jeździe w strugach deszczu znaleźliśmy się na parkingu Tesco, bo nie...jednak wpisali zły adres, a właściwie to nie wpisali go wcale, bo przecież wydawało Im się, że pamiętają, ale jednak nie...nie pamiętają, jak tam dojechać..."Sorry" - powiedzieli z promiennym uśmiechem na ustach. A właściwie On się uśmiechał, Ona była zdenerwowana i szybko zrozumieliśmy, że przyjaciółka głodna jest po prostu, a w Jej hinduskim brzuszku kiszki marsza grają...ten grymas...ta pora dnia...to już przecież czas na obiad! Nikt się nie spodziewał, że tyle czasu zajmie nam niespełna 30 km podróż, a że nie mieli ze sobą nic do jedzenia...Przyznała, że jest głodna, ale spokojnie - na miejscu można coś zjeść! Tylko...gdzie jest TO miejsce?! Z pomocą przyszła malajska rodzina, która wytłumaczyła, jak trafić do celu. Po kolejnej, prawie pół godzinnej jeździe w ulewie, dojechaliśmy na miejsce...O dziwo, nie byliśmy zdenerwowani, raczej rozbawieni całą sytuacją, aż Tata słusznie zaczął podejrzewać, że "to może być jedna z tych wycieczek, do której nie dojedziemy" (już raz kiedyś Powolniaki zaprosiły nas na małą wyprawę...miało być tak pięknie...rejs statkiem po jeziorze, gdzieś w Putrajaya, no ale niestety, nie udało się tam trafić!). Tym razem udało się jednak dotrzeć, a na miejscu najpierw naszym oczom ukazał się dziki tłum i małpki na drzewach, przy drodze, biegające między ludźmi...słowem, były wszędzie, ku wielkiej radości Brzdąców, które podniecone wołały "a-a-a, a-a-a" (bo przecież tak robią małpki;)). Stanęliśmy w kolejce na parking, kiedy to pan parkingowy zażądał od nas 8RM (8zł) za wjazd. Powiedziałam Tacie, że pewnie chce nas "oszyć", widzi przecież, że biali jesteśmy, że pewnie turyści...ale nie wyglądał na takiego, z kim się dyskutuje, a że Tata zawsze taki uczciwy i pokornego serca...daliśmy więc panu magiczne 8RM, kiedy to po chwili okazało się, że hinduscy przyjaciele zapłacili 5RM. Skandal! Oczywiście, ja się chciałam kłócić o zwrot należnej nam reszty, ale Tata stwierdził, że nie warto, więc ruszyliśmy przed siebie! Bardzo szybko zauważyliśmy, że miejsce, które miało być dzikie, czyste i nieskażone cywilizacją, zamieniono na tani park, pełen komercji, fast foodów i różnych "souvenirów" od hinduistycznych bożków, przez breloczki z Petronas Twin Towers, na mieniącym się kolorami tęczy portrecie Michaela Jacksona skończywszy...Powolniaki błyskawicznie zainstalowały się w ulicznym fast foodzie, dumne z siebie, że w szybkim tempie kupiły i sobie, i nam, hamburgery (bardzo miło z Ich strony!). Tymczasem zewsząd płynęła głośna muzyka, a zgromadzone towarzystwo, poza nieliczymi Malajami, stanowili Tajowie, Filipińczycy, Indonezyjczycy i Hindusi...Znaczna część bawiących nad wodospadami i kąpiących się w rzece ludzi była pijana, śpiewano, tańczono, a dzieci i dorośli biegali boso, pomiędzy nimi małpy...Naprawdę! Szczerze pisząc, takiego obrazu Malezji spodziewałam się przed naszym przyjazdem tutaj. Może trochę/bardzo przerysowanego, ale jednak...I cieszymy się, że zobaczyliśmy takie miejsce...zupełnie inne od tych, które dotąd widzieliśmy na malezyjskiej ziemi...Za namową Powolniaków zaczęliśmy iść długą drogą ku górze, aby dojść na jej szczyt i zobaczyć ten magiczny wodospad, te piękne kaskady, o których słyszeliśmy...Sami byliśmy ciekawi, jak to wygląda, bo też wierzyliśmy, że na górze jest spokojniej i ciszej...W między czasie pogoda zaczęła się psuć, by w końcu, jak dotarliśmy na szczyt, zaczęło padać. To, co zobaczyliśmy na górze, naprawdę nas zszokowało: prawdziwe tłumy pół nagich mężczyzn, pod wpływem alkoholu, śpiewających i pląsających w wodach, nieliczne hinduskie rodziny z dziećmi, jedna altana z -uwaga!- wc (wydawać by się mogło, kulturka...), poza tym piękna, choć skażona i zanieczyszczona, bujna przyroda...Po szybkim rekonesansie otoczenia podjęliśmy decyzję o natychmiastowej ewakuacji, tym bardziej, że zaczynało grzmieć i wyobraziliśmy sobie, że na wypadek burzy, całe to towarzystwo, które jeszcze jest świadome swojego położenia, rzuci się w kierunki altany, a my przemokniemy do suchej nitki...z całą naszą wyprawką i juniorowym prowiantem, a że Brzdące były głodne i zaczynały się już denerwować...Tym razem za naszą namową Powolniaki niespiesznie udały się w drogę powrotną, a kiedy rozpętała się burza, dodałam gazu i w trymiga znalazłam się z Brzdącem Antosiowym na parkingu ("skakałaś jak młoda kózka po tej dżungli, nie mogliśmy Cię z Wiktorkiem dogonić" - powiedział później Tata, co było największym komplementem!). Właściwie, to nasz wyczyn nie był zbyt bezpieczny, ale postanowiliśmy zaufać sobie i naszym siłom witalnym (w końcu bieg z 14kg dzieckiem pod pachą i z torebką w ręce nie jest bułką z masłem!) i jak najszybciej znaleźć się w samochodzie. Brzdąc cały czas dzielnie trzymał się mnie mocno i powtarzał: "kap kap" (bo przecież deszczyk robi "kap kap kap";)).
Czy było warto wchodzić na górę przy tak szybko zmieniającej się pogodzie?! Hmm...Wszystko dobrze się skończyło, więc nie mamy na co narzekać. Musimy jednak przyznać, że było to doświadczenie dość ekstremalne (i bardzo interesujące!) i że gdybyśmy wiedzieli, co zobaczymy na szczycie, gdybyśmy wiedzieli, że w środku dżungli zastanie nas burza, oczywiście, że byśmy nawet nosa z samochodu nie wychylili! Na szczęście, byliśmy tego nieświadomi i przeżyliśmy niezłą przygodę, z której śmialiśmy się już w samochodzie, kiedy to przemoczeni do suchej nitki obserwowaliśmy, jaką Brzdące zorganizowały sobie zabawę! Oporządziliśmy Ich i w oczekiwaniu na hinduskich przyjaciół rozpoczęliśmy w samochodzie piknik. Pół godziny później, podszedł do naszego samochodu kompletnie przemoczony Powolniak, z mokrymi hamburgerami w rękach i rozkosznym "Sorry for the trip" :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)