O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

wtorek, 17 kwietnia 2012

Bye bye, Malaysia!

Po 9 miesiącach spędzonych w tropikalnej Malezji, wróciliśmy do kraju. Kontrakt Taty, który mógł zostać przedłużony, z przyczyn osobistych, nie został. A właściwie z mojej przyczyny - od września chcę wrócić do pracy, co w Kuala Lumpur nie byłoby takie łatwe i oczywiste. Zresztą, wizja pracy zawodowej i życie w mieście pełnym korków od świtu do nocy, mnie lekko przeraża. Oznaczałaby, że Brzdące muszą spędzać całe dnie w placówce, że spędzalibyśmy razem czas tylko wieczorami. I w weekendy. To właśnie te malezyjskie weekendy pozostaną nam w pamięci najdłużej. Przemierzyliśmy Malezję wzdłuż i (prawie) wszerz, poznaliśmy po drodze mnóstwo przyjaznych osób i tylko kilku naciągaczy, którzy próbowali nas oszukać chyba tylko dlatego, że nasz kolor skóry różni się od skóry Malezyjczyków. Z pewnością dalibyśmy tam radę pogodzić naszą pracę zawodową z edukacją Juniorów i po prostu żyć, ale że od początku nie wiązaliśmy z Azją dalekosiężnych planów, lepiej było w tym momencie wrócić. Oczywiście, bardzo chętnie zostalibyśmy w Kuala Lumpur ciut dłużej...ale nie dwa lata ani nawet rok, jak zapowiadał kontrakt. Pracy zawodowej, pracy zarobkowej mi trzeba!!! Przylecieliśmy do Polski na dzień przed 2 urodzinami Brzdąców, a do Malezji i krajów regionu Azji Południowo-Wschodniej z pewnością kiedyś wrócimy! Już tęsknimy za naszymi przyjaciółmi, którzy żyją pod malezyjskim niebem, ale w niedalekiej przyszłości również planują przenieść się do Ameryki, Australii czy nawet Europy! Mamy nadzieję, że jeszcze się z Nimi nie raz spotkamy!

Antoni, ostatnie chwile w żłobku:( kilka godzin przed wylotem
Ze świetnymi opiekunkami i panią dyrektor placówki
Tymczasem po spakowaniu całego naszego starego i nowego (tego zakupionego w Malezji za grosze, a właściwie drobne ringgity) dobytku okazało się, że waga naszych bagaży przekracza tą dozwoloną. Jako, że nie mieliśmy wagi, dopiero na lotnisku okazało się, że zamiast przepisowych 60kg mamy 79kg! Za 19kg nadbagażu musielibyśmy zapłacić aż 3500zł! Oczywiście, od razu stwierdziliśmy, że dziękujemy, rozpakujemy jedną z walizek i zostawimy część rzeczy (zresztą, pod tym kątem właśnie przygotowaliśmy jeden bagaż - żeby w razie czego wyjąć z niego to, z czym możemy się rozstać i to, co najcięższe). Miły pan zapytał jednak: Kto pakował bagaże? - Żona? Tak, pewnie żona - sam sobie odpowiedział - i na pewno wszystko jest niezbędne i wszystko musicie ze sobą zabrać, tak? W takim razie, I`ll do my best! A wszystko mówił z szerokim, rozbrajającym uśmiechem, po drodze nazywając Wiktorka "old sister". Liczył koszt naszego nadbagażu, wyliczał, odliczał, wziął "Wiktorię" na ręce, po czym oznaczył nasze bagaże jako "priorytet" i powiedział, że polecą za darmo! To się nazywa mieć szczęście!!! Szczęście w nieszczęściu, bo jak Tata zobaczył w Krakowie, co znajdowało się w torbie, z letnimi ubrankami i sandałkami na czele, które w lecie z pewnością będą już na Brzdące za małe, o mało mnie nie zamordował;) Ale cóż...żal przecież było zostawić te wszystkie rzeczy, mam nadzieję, że komuś tutaj się przydadzą! W Malezji oddaliśmy w dobre ręce wózki, łóżeczka, krzesełka do karmienia...poza tym z 15kg innych rzeczy, ale ubranek nawet nie proponowaliśmy...nasi hinduscy znajomi z reguły tak stroją swoje pociechy, jak w Polsce małe dzieci ubierane są od święta, więc nie wychylaliśmy się z naszą super europejską garderobą;) A wracając do lotu, który tym razem był dla mnie wyjątkowo stresujący. biorąc pod uwagę ilość turbulencji...Po szczęśliwym wylądowaniu, w Paryżu kontrolą paszportową zajmowało się dwóch czarnych panów, którzy widząc, że jesteśmy Polakami, po "Bonjour" natychmiast dodali: Dzień dobry. Dziękuję. Dobrze?! Do widzenia! Proszę, jaki miły akcent:) Po kolejnych pięciu godzinach spędzonych na Charles de Gaulle, po Brzdącowych zabawach bez końca, znaleźliśmy się na pokładzie LOTu, gdzie całą podróż Juniory słodko przespały! Prawdziwy cud: zasnęły jeszcze przed startem, obudziły się już po wylądowaniu...takich szczęśliwych lotów sobie i wszystkim życzymy!!!

Na lotnisku w KL
Na lotnisku w Paryżu
Korzystając z gościnności Gustava ;)

Jak Juniory z malezyjskiej dżungli do Paryża przyleciały ;)

czwartek, 12 kwietnia 2012

Z wizytami u malezyjskich medyków

Jednym słowem mówiąc, jesteśmy zadowoleni z tutejszej opieki medycznej. Niestety, parę razy byliśmy już u pediatry, u internisty, ja nawet zaliczyłam specjalistów w szpitalu okulistycznym (ponoć najlepszym i najbardziej nowoczesnym w Malezji, jak twierdzą koledzy Taty z firmy). Do malezyjskich lekarzy nigdy nie czekaliśmy w kolejce dłużej niż 10 minut (za wyjątkiem ostatniej wizyty), wizyta przebiegała sprawnie i...różnie, w zależności od lekarza, do którego przychodziliśmy. Najbardziej zadowoleni byliśmy z kontaktu, porad i leczenia hinduskiej lekarki, w dalszej kolejności - z chińskiej, a na końcu - z malajskich lekarzy (ale to ponoć też powszechna opinia - lekarze rodem z Malezji nie cieszą się zbytnim uznaniem. Choć myślę, że to zależy od specjalizacji i samego człowieka). Właściwie, to nic nigdy poważnego nam się nie przytrafiło, szliśmy z wizytą jednak zawsze wówczas, gdy coś dolegało Brzdącom pierwszy raz w życiu i nie przechodziło zbyt łatwo lub wcale (obawialiśmy się jakiegoś wirusa czy choroby tropikalnej) i tak np. byliśmy u pediatry, kiedy nagle i nieoczekiwanie Antoni dostał wysokiej gorączki, ponad 40 st., która nie ustępowała dobę, potem dwie...A temperaturze tej nie towarzyszyły żadne inne objawy. Kiedy za tydzień Wiktorowi przytrafiła się ta sama dolegliwość, już nie zgłaszaliśmy się do lekarza. Wiedzieliśmy, że to wirus, że często tutaj występuje i że wystarczy stosować paracetamol, podawać dziecku dużo wody, a gorączka ustąpi po 3 dobach. Tak też się stało, w przypadku obu Brzdąców. Ostatnim razem jednak, przez 5 dni mieli ostrą biegunkę, wymioty (żeby nie napisać, że rzygali jak małe kotki), wysoką temperaturę...Oczywiście, udaliśmy się z Nimi do lekarza już w drugiej dobie, kiedy nie mogliśmy uporać się z choróbskiem. Niestety, trafiliśmy po raz kolejny na malajskiego "specjalistę", który stwierdził, że to normalne w tym klimacie, żeby nic nie stosować, tylko poić dużą ilością wody, do jedzenia podawać wyłącznie mleko, a przy bardzo wysokiej gorączce - paracetamol. W razie, jak nie przejdzie, wrócić (miałam już dosyć tutejszych pediatrów i internistów, którzy stwierdzali: nic się nie dzieje, to normalne, pić dużo wody/poić dużą ilością wody, do oczu aplikować dużą ilość kropelek, a samo przejdzie. Na pewno. Jeśli zaś nie, wrócić, a zrobimy badania. No i wracaliśmy...). Tym razem jednak, powróciwszy, trafiliśmy na panią G., hinduskę, z którą poznaliśmy się prawie na samym początku pobytu w Malezji. Pamiętała nas, pochwaliła mnie za postępy w jęz. angielskim (jak miło!), wytłumaczyła, co jest prawdopodobną przyczyną Brzdącowych dolegliwości i jak temu zaradzić. Jak zwykle, po każdej wizycie lekarskiej, udaliśmy się z receptami do "magicznego okienka", gdzie pani Chinka w błyskawicznym tempie realizowała nasze medyczne zamówienie, objaśniała sposoby dawkowania, ładnie lekarstwa pakowała, o podpis prosiła i tak oto, staliśmy się szczęśliwymi nabywcami kilku nowych buteleczek i proszków, a wszystko to gratis (czyli na koszt firmowego ubezpieczenia). Podobnie rzecz miała się w szpitalu okulistycznym, do którego raz trafiłam na szczegółowe badania. Po trwających godzinę oględzinach i kontakcie z kilkoma lekarzami, odesłano mnie do "magicznego okienka", gdzie w ciągu sekundy zrealizowano moją receptę, na koszt firmowego ubezpieczenia Taty. Poza nielicznymi wirusami i problemem okulistycznym, żadne poważniejsze dolegliwości w Malezji nas nie dopadły. Z czystym sumieniem mogę polecić tutejszą służbę zdrowia (panuje przeświadczenie, że Malezja to "trzeci świat", z ryzykiem zachorowania na dengę i inne zagrażające życiu choroby, z kiepską opieką medyczną, a tymczasem to polska służba zdrowia powinna brać przykład z organizacji opieki w Malezji!) - chociaż mam nadzieję, że nikomu nie będzie potrzebna!