O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

niedziela, 30 października 2011

Plażowanie w Port Dickson

W niedzielne przedpołudnie wybraliśmy się do Port Dickson. Była piękna pogoda, więc postanowiliśmy z niej skorzystać i wypocząć nad morzem. Po drodze mijaliśmy kolumnę samochodów, wszystkie jechały lewym pasem, wszystkie na światłach awaryjnych. Na początku nie widzieliśmy, ile jest samochodów i nie wiedzieliśmy, dlaczego te, które są w zasięgu naszego wzroku jadą z włączonymi światłami awaryjnymi. Tata wpadł na pomysł, że pewnie jadą na wesele, ale mijając je zauważyliśmy, że pierwszy samochód, piękny i przyozdobionymi kwiatami, miał przyklejone zdjęcie pewnego mężczyzny. Przed nim jechała karawana i wszystko stało się jasne - kolumna jechała na pogrzeb pana z fotografii. Nie wiem, czy tak tutaj wyglądają wszystkie drogi na pogrzeb, ale tę, której byliśmy świadkami, mocno nas zaskoczyła.

W Port Dickson postanowiliśmy udać się na inną niż zwykle plażę. Na pierwszej, którą znaleźliśmy, kąpały się same Muzułmanki i nie wiedzieliśmy, czy można się zatrzymać, czy nie, a że Brzdące słodko spały, nie chcieliśmy Ich budzić wychodząc z samochodu (na Langkawi też kiedyś trafiliśmy na plażę dla wyznawców islamu i przegoniono nas stamtąd:)). Na drugiej kąpali się już wszyscy - i Muzułmanie, i inni, roznegliżowani plażowicze. Fajnie było, ale tłumnie, więc stwierdziliśmy, że owszem, będzie bardzo fajna zabawa, było sporo dzieci, ale mniej fajny wypoczynek. Na codzień, wszędzie, gdzie zmierzamy, jest pełno ludzi. "Nasza" plaża w Port Dickson zawsze świeci pustkami i jest idealnym miejscem do odpoczynku od zgiełku miasta i tłumu Azjatów. Co więc zrobiliśmy? Wróciliśmy na dobrze już znaną nam plażę i bardzo miło spędziliśmy czas, aż do momentu, w którym przegoniła nas burza! Wówczas szybciutko się zebraliśmy (mamy już wprawę w plażowaniu z Brzdącami i ogarnianiu Ich po morskiej zabawie, i wszystko przebiega bardzo sprawnie) i...przywieźliśmy ze sobą burzę do Kuala Lumpur, która szalała tu do wieczora!





W chmurach: Genting Highlands

O Genting Highlands wiedzieliśmy tyle, że mieści się tam największy park rozrywki w Malezji (i od razu wiedzieliśmy, że z niego nie skorzystamy), największe kasyno w całej Azji (cóż...też byliśmy pewni, że do niego nie wejdziemy) i...farma truskawek, też ponoć największa w Malezji (hmm, ciekawe, jak w takim razie wygląda ta najmniejsza!). Postanowiliśmy pojechać do Genting Highlands, aby zaserwować sobie aperitif przed planowaną wycieczką do Cameron Highlands i - oczywiście - aby zobaczyć piękną przyrodę i doświadczyć odrobiny ciszy i spokoju. Droga była krótka, bo wzgórza znajdują się zaledwie 45 min. jazdy samochodem od Kuala Lumpur, pod koniec droga była kręta, ale nadal, ku naszemu zaskoczeniu, dwupasmowa, doskonale oznakowana. Tak jak się spodziewaliśmy, było chłodno...Cóż, nie przewidzieliśmy jednak, że będzie aż tak zimno (odczuwalna temperatura to ok 10-15st) i niestety jedynie śpiące z tyłu samochodu Brzdące miały przygotowaną do tych warunków pogodowych odpowiednią garderobę! Dojechawszy na samą górę Genting nie wyszliśmy nawet z samochodu:) Było zimno i przeraźliwie wiało, znajdowaliśmy się w chmurach, była bardzo słaba widoczność i przez chwilę pożałowałam nawet, że się tam znaleźliśmy! Na szczęście Juniory nieświadome naszego położenia nadal smacznie spały, a we mnie przebudziła się dusza podróżnika i stwierdziłam, że jak już tak daleko zajechaliśmy, to wyskoczę tylko z samochodu zobaczyć okazale wyglądającą i widoczną już ze stóp wzgórza chińską świątynię Chin Swee Caves Temple, do której wiodła tajemniczo wyglądająca brama - wyglądała tym bardziej mistycznie, że spowita była gęstą mgłą. Zatrzymaliśmy się więc, naprędce ubrałam sweter i...myślałam, że zaraz zwariuję od tego zimna! Masakra, co niemal 4 miesiące spędzone w tropikach potrafią zdziałać!-człowiek zapomina na chwilę, jak zimno może być! Doznałam też cudownego uczucia - po raz pierwszy w życiu poczułam się lekka jak piórko i naprawdę miałam wrażenie, że zaraz zostanę zdmuchnięta:)-dlatego też, wchodząc do wysokiej Pagody wyszłam z niej szybko, doszedłszy zaledwie na drugie piętro! Wiało tak, że aż wiatr dźwięczał w uszach, a wszystkie świeczki zostały zdmuchnięte, prawie jak w filmie;) Udałam się na szybki spacer po okolicy, podziwiając niesamowite widoki i robiąc kilka pamiątkowych zdjęć. Byłam pod wrażeniem tego miejsca, tym większym, że oglądałam je po raz pierwszy i to jeszcze w taką pogodę, która dodawała mu aury mistyczności. Powiedziałam Tacie, aby wyszedł z samochodu i zobaczył, gdzie dotarliśmy i cóż...jak szybko wyszedł, tak szybko wrócił umierając z zimna (Tata, jak zwykle wyluzowany, na naszą wycieczkę ubrał sobie koszulkę, krótkie spodenki i klapeczki...turysta;)). Postanowiliśmy, że jeszcze tam wrócimy...












W drodze powrotnej ze szczytu wzgórz udaliśmy się na słynną farmę truskawek. Pogoda wybitnie dopisała, świeciło piękne słońce. Zadowoleni, weszliśmy na nią za darmo, odrobiliśmy z Brzdącami lekcję edukacji przyrodniczej pokazując i opowiadając Im o truskawkach i sposobie ich zbierania, Juniory podniecone zbierały truskawki do koszyczka i...kiedy był on prawie pełny podeszłam do kasy...z ciężkim sercem zapłaciłam prawie 50RM (50zł) za niecałe 0,5kg truskawek i były to najdroższe truskawki w naszym życiu! Następnie udaliśmy się do kawiarni, Strawberry Coffee, gdzie wypiliśmy pysznego truskawkowego shake za 10RM (a w kawiarni nawet stoły i krzesła były w kształcie truskawek!). Dalej droga poprowadziła nas do sklepu, Strawberry House, gdzie oczywiście wszystko było truskawkowe...następnie droga wiodła przez stragany, gdzie można było kupić różne gadżety, począwszy od klapek-japonek, przez plecaki, zabawki, po czapki z wszechobecnym w Malezji Angry Bird`em i Smerfami, no i oczywiście można było dostać truskawkowego zawrotu głowy! Dalej droga poprowadziła nas przez farmę grzybów do wyjścia...Uff:) Ale warto było, polecamy! Niesamowite jest jednak to, jak przy niezbyt dużej - naszym zdaniem - farmie truskawek można zbudować cały ośrodek i zarabiać niezłe pieniądze na tym truskawkowym biznesie! W drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się jeszcze trzy razy, podziwiać widoki wzgórz...Na jednym z przystanków spotkaliśmy też stado małp, a w samochodzie rozległo się głośne Juniorowe: "A-a-a, a-a-a" (bo przecież tak robią małpki;)).



















PS. Po powrocie do domu postanowiliśmy oddać się lekturze na temat chińskiej świątyni...Otóż budowa uznawanej za "cultural heritage" Chin Swee Cave Temple zaczęła się w 1976r., a po 18 latach, czyli zaledwie 17 lat temu ją otworzono...No i czar prysł! Nie spodziewałam się co prawda, że świątynia jest średniowieczna, ale żeby tak nie była nawet pełnoletnia!

piątek, 28 października 2011

Happy Deepavali!

Po minionym weekendzie i po 3,5 miesiącach spędzonych w Malezji zauważyliśmy, że nasze "brzuszki łakomczuszki" zmieniły rozmiar i ambitnie postanowiliśmy, że wkrótce wrócą do rozmiaru europejskiego! Ale...ledwie zaczął się tydzień, w którym mieliśmy oszczędzać nieco nasze żołądki i nie rozpieszczać ich azjatyckim jedzeniem, a już środa była dniem wolnym od pracy i już trzeciego dnia plan spalił na panewce!

Przedwczoraj obchodziliśmy Deepavali, jedno z największych i najważniejszych hinduskich świąt, a wraz z nim świętowały nasze brzuszki...Ale od początku. Deepavali jest świętem światła, trwającym w Indiach, w zależności od regionu, od trzech do pięciu dni. W Malezji z tej okazji jest jeden dzień wolny od pracy, choć Hinduska opiekunka Brzdąców z chińskiego żłobka wzięła wolne cztery dni. Sanskryckie słowo dipawali oznacza rząd lamp i odnosi się do lampek oliwnych z wypalanej gliny, które są zapalane przed każdym domem w Indiach na powitanie Lakszmi, bogini szczęścia. Deepevali jest świętem na pamiątkę zwycięstwa światła nad ciemnością i dobra nad złem. Jego oprawę wzbogacają sztuczne ognie i dekoracje kwiatowe. Wszyscy nasi Hinduscy sąsiedzi, przed drzwiami do swoich mieszkań ustawili zapalone świeczki, część udekorowała drzwi kwiatami. Już kilka tygodni wcześniej widzieliśmy w galeriach handlowych pięknie udekorowane Rangoli, czyli artystycznie ułożony wzór z kolorowych ziarenek ryżu lub piasku symbolizujący nietrwałość świata; który ma również przynosić domowi szczęście poprzez powitanie w nim gości. Takie Rangoli ułożyli też nasi sąsiedzi z naprzeciwka, ku uciesze Brzdąców, które gdy tylko wychodzimy z mieszkania, ustawiają się koło niego i podziwiają:) Na drzwiach naszych sąsiadów od 26 października widnieje też kolorowy napis: "Happy Deepevali!" Rangoli namalowali także na podłodze swojego salonu nasi Hinduscy znajomi, którzy zaprosili nas do siebie na wspólne świętowanie. Wcześniej jednak mieliśmy ambitny plan wyruszyć na wycieczkę do dzielnicy Little India, aby poczuć atmosferę święta, ale niestety pogoda pokrzyżowała nam plany. Udaliśmy się więc na obiad do naszej ulubionej restauracji, gdzie Tata świętował Deepavali zamawiając pyszne indyjskie jedzenie, które dla mnie i Brzdąców, rzecz jasna, jest zbyt pikantne. Wieczorem odwiedziliśmy naszych Hinduskich przyjaciół, u których byli również inni znajomi z Indii wraz z dziećmi. Bardzo miło spędziliśmy czas, paliliśmy sztuczne ognie i obdarowywaliśmy się wzajemnie słodyczami. Niestety, wróciliśmy do domu przed planowaną kolacją - Brzdące były już bardzo zmęczone, oszołomione chyba nadmiarem wrażeń wzrokowo-słuchowych i ilością zjedzonych słodkości (no ale mieli dyspensę, w końcu jak wszyscy, to wszyscy! Ich starsza o dwa miesiące hinduska koleżanka też!), a i my mieliśmy pełne brzuszki. Znajomi dali nam jednak do skosztowania parę dań "w pigułce", a po powrocie do domu do późnej nocy słyszeliśmy i mogliśmy podziwiać pokazy sztucznych ogni.
 A do Little India z pewnością jeszcze pojedziemy!

 Rangoli w Surii KLCC
 Świąteczne przygotowania!
 Lekko oszołomiony Antoni
 Koleżanka Brzdąców ze żłobkowego krzesełka;)
 Żeńska część imprezki z dziećmi...
 i męska:)

czwartek, 27 października 2011

Weekend polsko-hinduski pod flagą Malezji

Zanim się obejrzałam, minął weekend i wielkimi krokami nadchodzi kolejny...Minioną sobotę i niedzielę spędziliśmy stacjonarnie, za to w doborowym towarzystwie! Spotkaliśmy się z nowo poznaną Polką i Jej dzieciakami, z którymi Brzdące pohasały na placu zabaw pod Petronas Towers. Pomimo miło spędzonego czasu wiem już, że z koleżanką lepiej spotkać się na jakiejś bardziej ograniczonej przestrzeni, gdzie dzieci będą mogły bezpiecznie się bawić - szaleństwa czwórki i próby Ich utrzymania w ryzach, co by bawiły się razem lub przynajmniej niedaleko siebie, co by nie nabawić się oczopląsu i zapewnić Latorośli poczucie bezpieczeństwa, nie sprzyjały rozmowie. Także, do następnego:) Wprost z placu zabaw udaliśmy się na kolację z naszymi znajomymi z Indii (którzy zaprosili nas wówczas na wspólne świętowanie zbliżającego się Deepavali) i jak zwykle, było pysznie!

W niedzielne, pochmurne popołudnie spotkaliśmy się z Mańkiem i Dorotką z dzieciakami, którzy dopiero co wrócili z Singapuru. Udaliśmy się razem do jednej z ulicznych restauracji w Chinatown, gdzie znowu było bardzo smacznie! Następnie na spacer uliczkami chińskiej dzielnicy i na wielką "łąkę" przed pałacem Sułtana, z której rozpościerał się piękny widok na dwie wieże. Tym piękniejszy, że zastał nas wieczór i wszystko było oświetlone. Nie spodziewaliśmy się jednak, że na "łące", na telebimie będzie transmisja meczu (ligi angielskiej) i że spotkamy tam widzów, kibiców i bardzo przyjazną atmosferę! Brzdące z kolegą zaczęli grać w piłkę i szaleć jak pijane zające, a my mieliśmy chwilę dla siebie :)






piątek, 21 października 2011

Polki w British Council

Wczoraj, po wizycie u lekarza, lekko spóźniona dotarłam do British Council, aby zapisać się na kurs jęz. angielskiego. W gwoli ścisłości - przybyłam o godzinie 10, a zapisy były od 9. Nie sądziłam, że dzikie tłumy z samego rana opanują BC, myślałam, że będą jeszcze wolne miejsca. Otóż, myliłam się. Okazało się, że nie ma już miejsc na kurs w godzinach przedpołudniowych (na który chciałam się zapisać), za to jest 8 wolnych miejsc na zajęcia popołudniowe, ale...proszę wziąć numerek, poczekać i dowiedzieć się, czy będą jeszcze wolne miejsca w momencie, gdy na ekranie wyświetli się pani numer. Wówczas proszę podejść do wybranego okienka (były czasem dwa, czasem jedno, więc nie dość, że panie pracowały w żółwim tempie, to jeszcze wszystko się przeciągało, kiedy potencjalnych kursantów przyjmowała jedna Malajka) i zasięgnąć informacji. Dostałam magiczny numerek 2044, przede mną było jeszcze 25 osób...Panie z okienek niespiesznie informowały o dostępności kursów, a ja prawie przegapiłam spotkanie z nowo poznaną koleżanką, Polką (jupi!), z którą nawiązałyśmy kontakt przez internet. Koleżanka okazała się być bardzo cierpliwą i ciepłą osobą, która nie dość, że wypiła umówioną kawę samotnie, to jeszcze wysłuchała na dzień dobry i (nie)miły początek naszej znajomości moje narzekania na obsługę BC, aż w końcu towarzyszyła mi w długim oczekiwaniu na moją kolej do magicznego okienka!

Koniec końców okazało się, że przyjęto mnie na kurs (hurra!), rozmowa z Koleżanką była bardzo interesująca i umówiłyśmy się już na następne spotkanie! Tym razem z całym Dzieciakowem, co by Brzdące poznały starszych kolegów!

PS. Dziękuję Ci, Aga!

No no, czyli gorączka i inne bolączki

Minął pierwszy tydzień pobytu Brzdąców w chińskim żłobku, a wraz z nim pojawił się też wirus, wizyta u lekarza (trzecia już zresztą w Malezji, ale o tym innym razem) i pierwsze pół dnia wolnego Taty ("opieka"). 1 dzień i 2 noce męczyła Antosia ponad 40st. gorączka, aż samoistnie (czytaj: po kuracji Paracetamolem) ustała. W związku z powyższym, wczoraj Wiktor do placówki pomaszerował sam, po raz pierwszy też w swym krótkim życiu miał rozstać się z Braciszkiem (na całe 4h, ale zawsze to rozłąka!). Martwiliśmy się nieco i nawet paniom w żłobku powiedzieliśmy, żeby w razie potrzeby specjalną opieką otoczyły Brzdąca, bo smutno Mu być może, bo pierwszy raz rozstaje się z Bratem, a na dodatek to dopiero 4 dzień w żłobku...Wiktorkowi powtarzaliśmy, że jest już "dużym chłopczykiem" i że sam pójdzie do żłobka, że będą miłe dzieci i fajna zabawa; a Antoś pójdzie do pani doktor i zaraz się spotkają...Antosiowi było przykro, że nie może pobawić się z dziećmi, co wyrażał głębokim żalem i zawodził w gorączce: "aaa, aaa". Łączyliśmy się z Nim w bólu, a na dodatek nie wiedzieliśmy, cóż to za dolegliwość Go dopadła, bo oprócz wysokiej gorączki nie miał żadnych innych objawów choroby. Lekarka, starsza Chinka powiedziała, że panuje tutaj wirus objawiający się wysoką gorączką, która zwykle trwa 3 doby, po czym najczęściej ustępuje. W przeciwnym razie mamy do Niej wrócić na badania krwi. Ponadto była zadowolona, że z Europy przybyliśmy, bo Jej dzieci mieszkają w Anglii. Jeszcze bardziej ucieszyła się, że jesteśmy Polakami - nauczycielka Jej wnuczki w angielskiej szkole jest Polką. Proszę, jaki ten świat jest mały;)

Tymczasem Antoś był ledwie przytomny, a Wiktorka, cóż, "przeceniliśmy", a może raczej nie docenialiśmy...Wrócił ze żłobka zadowolony, wzmocniony, że jest przecież "dużym chłopczykiem" i próbował się wykazać usiłując roznieść dom, Braciszka (nie rozumiejąc, dlaczego On nie chce się z Nim bawić) i wystawić cierpliwość Mamy na próbę! Oto też okazało się, że nabył nową umiejętność, mianowicie robi coś, czego wie, że robić nie wolno, podbiega do Mamy i woła "nioł nioł" machając przy tym paluszkiem wskazującym...Domyślam się więc, że chociaż chwalony jest przez panie w żłobku, to pewnie nieźle Im też w kość daje i zapewne zwracają Mu uwagę mówiąc "no no" i machając przy tym palcem. I tak oto, wczoraj i dziś, nasz "duży chłopczyk" Wiki dziesiątki razy prezentuje z dumą swoje "nioł nioł" ku uciesze Braciszka!

wtorek, 18 października 2011

Był sobie weekend...

Tuż po przylocie do Malezji i ogarnięciu nowej sytuacji mieliśmy ambitne plany, że oto w każdy weekend będziemy podróżować, pakować do samochodu torby, wózki i ruszać z Brzdącami ku przygodzie! Dość szybko zorientowaliśmy się jednak, że nasze życie tutaj dalekie jest od wakacyjnej egzystencji (abstrahując oczywiście od faktu posiadania bliźniaków i tego, że przy Nich za bardzo odpocząć nie można) i że na codzień, po powrocie Taty z pracy nie ma czasu na tak prozaiczne czynności, jak na przykład zakupy. W związku z tym trzeba je zrobić w weekend, co też czynimy i co zajmuje sporo czasu, bo po pierwsze - dojazd do sklepu wiąże się zwykle ze staniem w korkach, po drugie - w galeriach najczęściej panują dzikie tłumy i po trzecie - zwykle sprzedawcy czy kasjerzy tak powoli wykonują swoją pracę, że wszędzie tworzą się kolejki! Tak było i w tą sobotę...

Pogoda jak codzień zmienną była, ale szczęśliwie wykorzystaliśmy słoneczny czas na wspólną kąpiel w basenie i zabawy na placu; by potem, kiedy padał już deszcz, udać się do galerii. Najpierw bardzo długo szukaliśmy miejsca w garażu podziemnym, by następnie kroczyć wśród tłumu Azjatów alejkami wśród dziesiątek sklepów. Brzdące zostały chwilę pod opieką Taty w "Molly Fantasy", czyli mini parku rozrywki, w którym co wrażliwszym głowa pęknąć może od nadmiaru bodźców wzrokowych i słuchowych! Juniory nawet polubiły to miejsce, ale szału nie zrobiło. Przeciwnie wśród zapalonych Chińczyków, którzy z pasją zajmowali się grami, uderzali w monitory pałkami, byli w symulatorze motorniczymi pociągu, kierowcami formuły czy tancerzami. Niezwykłą rzeczą była obserwacja około 12-letniej dziewczynki przy znacznej kości, w dresie, jak tańcowała skakając na odpowiednie klawisze przy przeboju Sabriny "Boys" z czasów naszej podstawówki...Tata się nieco zrealizował i pstryknął zdjęcie Brzdącom okupującym autko (tylko "nieco", bo nikomu innemu zdjęcia nie zrobił)! Później, kiedy Mama zdecydowała, że Juniory będą się uczyć angielskiego z płytą dvd "Bee Smart Baby" i z "Elmo`s World", i posłała z nimi Tatę do kasy, wtedy się zaczęło...Widok pracujących w żółwim tempie kasjerów, którzy niemal celebrowali każdą nabywaną przez klientów rzecz, którzy ze stoickim spokojem dotykali, wręcz głaskali każdy kolejny produkt, aby następnie włożyć go do reklamówki, budził irytację, złość, aż w końcu, zanim zdążyliśmy dojść do kasy - wściekłość! Bo oto większość rozpływała się nad widokiem bliźniaczych Brzdąców, ale nikt (przepraszam, poza starszą panią, Malajką) nie wpadł na to, żeby może nas przepuścić...tym bardziej, że - obok naszej - ustawiła się, nie wiedzieć skąd, druga kolejka ludzi oczekujących do tej samej co my kasy! Słowem, nie było lekko, ale daliśmy radę:) Teraz Juniory uczą się angielskich słów przy dźwiękach Mozarta, Vivaldiego i Beethovena oraz oglądają ich wizualizację, tak więc było warto!

Niedzielne przedpołudnie również spędziliśmy na basenie i na placu zabaw, a że pogoda nas tu szczególnie nie rozpieszcza i po południu znowu padał deszcz - pojechaliśmy do naszej ulubionej knajpki na małe co nieco:)

New Life...?!

Brzdące zaliczyły dziś drugi dzień w żłobku, pani pochwaliła Ich przy odbiorze, że super się spisali, grzeczni byli, chętnie się z dziećmi bawili, ze sobą nawzajem, nawet zdrzemnęli się po godzince (widok zadowolenia i satysfakcji malujących się na twarzy jednej z pań, kiedy mówiła, że mieli długą drzemkę, "1 hour" i pokazywanie przez Nią kciuka - bezcenny:) Ech, pewnie zaznała godzinki spokoju i nie posiadała się z radości, pomyślałam sobie wówczas), tylko znów mieli strajk głodowy, no ale to już trudno. Powoli do przodu i jedzenie w żłobku (przynoszone przez Rodziców) podawane przez panie też będzie Im smakować!

Tymczasem rano, kiedy odtransportowaliśmy Brzdące do placówki, kiedy wybiła "barbarzyńska" godzina 7.40 popatrzyłam na Tatę i zapytałam całkiem poważnie, lekko nawet zmartwiona, ku Jego wielkiemu zaskoczeniu:
- No to co ja teraz będę robić?!
...Jest tyle rzeczy do zrobienia - dla domu, dla siebie...Ale prawdę powiedziawszy zapomniałam już nieco, jak to jest, kiedy jestem SAMA. Sama ze sobą, mam wolny czas i mogę robić, co zechcę...Po powrocie do domu zaczęłam więc od porządków domowych, a potem...basen, lektura przy basenie, kiedy słonko pięknie świeciło; prysznic bez pośpiechu...Czas płynął jakoś szybciej niż zwykle, ale to nieważne, bo MIAŁAM CZAS...
I szybko zrozumiałam, co mogła mieć na myśli chińska właścicielka żłobka nazywając go "NEW LIFE"...:)

Oby tak dalej toczyło się nasze malezyjskie życie!

poniedziałek, 17 października 2011

Hej ho, hej ho, do żłobka by się szło!

Pierwszy dzień Brzdąców w chińskim żłobku już za nami :) Uff! Jak się okazuje, "nie taki diabeł straszny, jak go malują", a jak Tata odbierał Juniory z placówki, to panie Ich pochwaliły - że jak na pierwszy dzień to radziły sobie całkiem nieźle:) Na nic więc nieprzespana noc Mamy i myślenice, jak sobie poradzą z nową sytuacją, miejscem, paniami, dziećmi, a przede wszystkim - z otaczającym Ich językiem angielskim i chińskim, których jeszcze nie rozumieją...Pocieszałam się w myślach, że przecież i tak nie będą zupełnie sami, bo przecież jeden będzie miał Braciszka i drugi będzie miał Braciszka, więc będą RAZEM, no i w razie czego do siebie wzajemnie w języku polskim czy w Im tylko znanym języku buzię otworzą, ale...Kiedy punktualnie o godzinie 8 zapukaliśmy do bram żłobka, przywitały nas uśmiechnięte panie, kilkoro dzieci i tony zabawek, na które od razu rzuciły się Brzdące! Z każdą chwilą dzieci przybywało i tak oto Juniory mają kilkunastu kolegów i koleżanek z Malezji, Chin, Indii i Pakistanu. Powoli zaczęli wchodzić w relacje z innymi dziećmi, ku mojej radości:) A poza potyczką małego chińskiego chłopca z Brzdącem Antosiowym nic złego się nie wydarzyło. Opuściłam żłobek po prawie 2h, Antoni zanosił się od płaczu, kiedy wychodziłam i wołał mnie, aż mi się serce krajało...Po Wiktorku moje odejście spłynęło jak po kaczce, no i też mi się serce zaczęło krajać, ale po chwili pomyślałam, że to dobrze, równowaga zachowana, a spokój starszego Braciszka z pewnością udzieli się młodszemu!

Oczywiście, całe przedpołudnie moje myśli krążyły wokół żłobkowego życia Brzdąców i na niczym skoncentrować się nie mogłam! Ale kiedy zobaczyłam Ich zmęczone, acz zadowolone buzie po powrocie ze żłobka, od razu poczułam spokój...I już się nie mogę doczekać żeby zobaczyć, co przyniesie jutrzejszy dzień!

czwartek, 13 października 2011

Mała wielka podróż do żłobka!

Zanim zdążyliśmy się skontaktować z Elmą, filipińską maid, która jeszcze 2 dni temu pragnęła opiekować się Brzdącami, dostaliśmy od Niej smsa. Wiadomość pełna błędów donosiła, że nie może się ona zająć dwójką dzieci. To za duża odpowiedzialność. Przykro Jej i dziękuje. Właściwie dobrze się złożyło, nie musieliśmy pierwsi dziękować. Chociaż przyznam, że jestem zaskoczona (że jednak nie przyjęła potencjalnej oferty pracy, w końcu nie mogła wiedzieć jeszcze, że nie chcemy Jej zatrudnić) i...doceniamy, że otwarcie napisała, że boi się wziąć odpowiedzialność za bliźnięta.

Tymczasem wczoraj w porze lunchu Tata zadzwonił do pani Ong i umówił nas z Nią na spotkanie. Tuż po powrocie Taty z pracy udaliśmy się do żłobka, gdzie po przywitaniu zostawiliśmy Brzdące na placyku przed placówką - sami weszliśmy do środka, obgadać raz jeszcze szczegóły. Tak oto minęło pół godziny, a po wyjściu ze żłobka z radością zobaczyliśmy, jak Juniory bawią się ładnie przy stoliku. Inne dzieci co prawda zdążyły już zostać odebrane przez swoich rodziców, na "placu boju" zostały tylko Brzdące i dwie panie, które powiedziały, że teraz jest "time table" :) Ach, mała rzecz, a cieszy! Martwiliśmy się troszkę o przebieg tej wizyty - ostatnim razem co prawda Antoni dzielnie się spisał, ale Wiktor...obawialiśmy się, że i tym razem może płakać jak najęty. Pękaliśmy z dumy przez tą chwilę, kiedy obserwowaliśmy Ich podczas zabawy, z nowymi paniami...Z pewnością jeszcze trudne chwile związane z procesem adaptacji Brzdąców do żłobka jeszcze przed nami, ale powoli do przodu! Grunt, że wczoraj było bardzo dobrze! Przed nami weekend, będą więc przypowieści o żłobku, co by Brzdące wiedziały, co Ich czeka od poniedziałku; no i kompletowanie wyprawki! Pani Ong ostatecznie zgodziła się na moją obecność w żłobku podczas pierwszej godziny-dwóch. Zobaczę więc, jak to wygląda "od środka", a moje uczestniczenie w pierwszych chwilach żłobkowego życia z pewnością pomoże Brzdącom! A przynajmniej taką mam nadzieję...Jestem tak samo podniecona, jak i przejęta, i zestresowana! Cóż, zobaczymy...

KL Bird Park

Nauczeni doświadczeniem, przed wyjściem z domu w słoneczne, niedzielne przedpołudnie, sprawdziliśmy na google maps, jak dojechać do Bird Park. Tata odpisał drogę (bo drukarki w domu brak) i ruszyliśmy! A ruszając, nawet nie oczekiwaliśmy, że po raz pierwszy od 3 miesięcy przyjdzie nam mknąć swobodnie przez miasto, nie wpadając w żaden korek...W parku znaleźliśmy się po 10 minutach, bilety wstępu kosztowały nas 40RM, słońce pięknie świeciło, słowem - żyć nie umierać!

KL Bird Park reklamuje się jako "World`s LARGEST Free-flight Walk-in Aviary", a jako, że za ptactwem nie przepadamy, to nawet słowo NAJWIĘKSZY nas jakoś specjalnie nie pokusiło. Wybraliśmy się tam aby pokazać Brzdącom "ptaszki fru fru" z bliska, bo lubią i chętnie za nimi biegają:) no i żeby miło spędzić niedzielny, wolny czas. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, Bird Park bardzo przypadł nam do gustu! Miło było zobaczyć swobodnie spacerujące koło nas pawie i inne wielkie ptaki, i posłuchać dźwięków przyrody. Bo choć park mieści się niedaleko centrum miasta, to słychać w nim tylko odgłosy natury. Pomyślano także o najmłodszych odwiedzających - na terenie Parku jest plac zabaw, z którego oczywiście Brzdące chętnie skorzystały, dla młodszych i starszych jest Bird Show, a sześć razy dziennie - karmienie ptaktów, które każdy może obserwować. Jest też wodospad cieszący oko, jeziorka z flamingami; a dla głodnych i spragnionych - restauracja i sklep. Zdaje się nam, że Brzdącom najbardziej podobały się pawie, rybki i...małpki, przechadzające się po parku! Po ponad 3 godzinach spaceru, odwiedzin i zabawy, z lekko znudzonym Tatą udaliśmy się do domu. W każdym razie - Bird Park polecamy :)



 Amfiteatr
 Bird Show







PS. Za "jedyne" 10RM można było pstryknąć sobie zdjęcie z papugami, z czego bardzo chętnie i tłumnie korzystano...