Tuż po przylocie do Malezji i ogarnięciu nowej sytuacji mieliśmy ambitne plany, że oto w każdy weekend będziemy podróżować, pakować do samochodu torby, wózki i ruszać z Brzdącami ku przygodzie! Dość szybko zorientowaliśmy się jednak, że nasze życie tutaj dalekie jest od wakacyjnej egzystencji (abstrahując oczywiście od faktu posiadania bliźniaków i tego, że przy Nich za bardzo odpocząć nie można) i że na codzień, po powrocie Taty z pracy nie ma czasu na tak prozaiczne czynności, jak na przykład zakupy. W związku z tym trzeba je zrobić w weekend, co też czynimy i co zajmuje sporo czasu, bo po pierwsze - dojazd do sklepu wiąże się zwykle ze staniem w korkach, po drugie - w galeriach najczęściej panują dzikie tłumy i po trzecie - zwykle sprzedawcy czy kasjerzy tak powoli wykonują swoją pracę, że wszędzie tworzą się kolejki! Tak było i w tą sobotę...
Pogoda jak codzień zmienną była, ale szczęśliwie wykorzystaliśmy słoneczny czas na wspólną kąpiel w basenie i zabawy na placu; by potem, kiedy padał już deszcz, udać się do galerii. Najpierw bardzo długo szukaliśmy miejsca w garażu podziemnym, by następnie kroczyć wśród tłumu Azjatów alejkami wśród dziesiątek sklepów. Brzdące zostały chwilę pod opieką Taty w "Molly Fantasy", czyli mini parku rozrywki, w którym co wrażliwszym głowa pęknąć może od nadmiaru bodźców wzrokowych i słuchowych! Juniory nawet polubiły to miejsce, ale szału nie zrobiło. Przeciwnie wśród zapalonych Chińczyków, którzy z pasją zajmowali się grami, uderzali w monitory pałkami, byli w symulatorze motorniczymi pociągu, kierowcami formuły czy tancerzami. Niezwykłą rzeczą była obserwacja około 12-letniej dziewczynki przy znacznej kości, w dresie, jak tańcowała skakając na odpowiednie klawisze przy przeboju Sabriny "Boys" z czasów naszej podstawówki...Tata się nieco zrealizował i pstryknął zdjęcie Brzdącom okupującym autko (tylko "nieco", bo nikomu innemu zdjęcia nie zrobił)! Później, kiedy Mama zdecydowała, że Juniory będą się uczyć angielskiego z płytą dvd "Bee Smart Baby" i z "Elmo`s World", i posłała z nimi Tatę do kasy, wtedy się zaczęło...Widok pracujących w żółwim tempie kasjerów, którzy niemal celebrowali każdą nabywaną przez klientów rzecz, którzy ze stoickim spokojem dotykali, wręcz głaskali każdy kolejny produkt, aby następnie włożyć go do reklamówki, budził irytację, złość, aż w końcu, zanim zdążyliśmy dojść do kasy - wściekłość! Bo oto większość rozpływała się nad widokiem bliźniaczych Brzdąców, ale nikt (przepraszam, poza starszą panią, Malajką) nie wpadł na to, żeby może nas przepuścić...tym bardziej, że - obok naszej - ustawiła się, nie wiedzieć skąd, druga kolejka ludzi oczekujących do tej samej co my kasy! Słowem, nie było lekko, ale daliśmy radę:) Teraz Juniory uczą się angielskich słów przy dźwiękach Mozarta, Vivaldiego i Beethovena oraz oglądają ich wizualizację, tak więc było warto!
Niedzielne przedpołudnie również spędziliśmy na basenie i na placu zabaw, a że pogoda nas tu szczególnie nie rozpieszcza i po południu znowu padał deszcz - pojechaliśmy do naszej ulubionej knajpki na małe co nieco:)
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)