O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

niedziela, 30 października 2011

W chmurach: Genting Highlands

O Genting Highlands wiedzieliśmy tyle, że mieści się tam największy park rozrywki w Malezji (i od razu wiedzieliśmy, że z niego nie skorzystamy), największe kasyno w całej Azji (cóż...też byliśmy pewni, że do niego nie wejdziemy) i...farma truskawek, też ponoć największa w Malezji (hmm, ciekawe, jak w takim razie wygląda ta najmniejsza!). Postanowiliśmy pojechać do Genting Highlands, aby zaserwować sobie aperitif przed planowaną wycieczką do Cameron Highlands i - oczywiście - aby zobaczyć piękną przyrodę i doświadczyć odrobiny ciszy i spokoju. Droga była krótka, bo wzgórza znajdują się zaledwie 45 min. jazdy samochodem od Kuala Lumpur, pod koniec droga była kręta, ale nadal, ku naszemu zaskoczeniu, dwupasmowa, doskonale oznakowana. Tak jak się spodziewaliśmy, było chłodno...Cóż, nie przewidzieliśmy jednak, że będzie aż tak zimno (odczuwalna temperatura to ok 10-15st) i niestety jedynie śpiące z tyłu samochodu Brzdące miały przygotowaną do tych warunków pogodowych odpowiednią garderobę! Dojechawszy na samą górę Genting nie wyszliśmy nawet z samochodu:) Było zimno i przeraźliwie wiało, znajdowaliśmy się w chmurach, była bardzo słaba widoczność i przez chwilę pożałowałam nawet, że się tam znaleźliśmy! Na szczęście Juniory nieświadome naszego położenia nadal smacznie spały, a we mnie przebudziła się dusza podróżnika i stwierdziłam, że jak już tak daleko zajechaliśmy, to wyskoczę tylko z samochodu zobaczyć okazale wyglądającą i widoczną już ze stóp wzgórza chińską świątynię Chin Swee Caves Temple, do której wiodła tajemniczo wyglądająca brama - wyglądała tym bardziej mistycznie, że spowita była gęstą mgłą. Zatrzymaliśmy się więc, naprędce ubrałam sweter i...myślałam, że zaraz zwariuję od tego zimna! Masakra, co niemal 4 miesiące spędzone w tropikach potrafią zdziałać!-człowiek zapomina na chwilę, jak zimno może być! Doznałam też cudownego uczucia - po raz pierwszy w życiu poczułam się lekka jak piórko i naprawdę miałam wrażenie, że zaraz zostanę zdmuchnięta:)-dlatego też, wchodząc do wysokiej Pagody wyszłam z niej szybko, doszedłszy zaledwie na drugie piętro! Wiało tak, że aż wiatr dźwięczał w uszach, a wszystkie świeczki zostały zdmuchnięte, prawie jak w filmie;) Udałam się na szybki spacer po okolicy, podziwiając niesamowite widoki i robiąc kilka pamiątkowych zdjęć. Byłam pod wrażeniem tego miejsca, tym większym, że oglądałam je po raz pierwszy i to jeszcze w taką pogodę, która dodawała mu aury mistyczności. Powiedziałam Tacie, aby wyszedł z samochodu i zobaczył, gdzie dotarliśmy i cóż...jak szybko wyszedł, tak szybko wrócił umierając z zimna (Tata, jak zwykle wyluzowany, na naszą wycieczkę ubrał sobie koszulkę, krótkie spodenki i klapeczki...turysta;)). Postanowiliśmy, że jeszcze tam wrócimy...












W drodze powrotnej ze szczytu wzgórz udaliśmy się na słynną farmę truskawek. Pogoda wybitnie dopisała, świeciło piękne słońce. Zadowoleni, weszliśmy na nią za darmo, odrobiliśmy z Brzdącami lekcję edukacji przyrodniczej pokazując i opowiadając Im o truskawkach i sposobie ich zbierania, Juniory podniecone zbierały truskawki do koszyczka i...kiedy był on prawie pełny podeszłam do kasy...z ciężkim sercem zapłaciłam prawie 50RM (50zł) za niecałe 0,5kg truskawek i były to najdroższe truskawki w naszym życiu! Następnie udaliśmy się do kawiarni, Strawberry Coffee, gdzie wypiliśmy pysznego truskawkowego shake za 10RM (a w kawiarni nawet stoły i krzesła były w kształcie truskawek!). Dalej droga poprowadziła nas do sklepu, Strawberry House, gdzie oczywiście wszystko było truskawkowe...następnie droga wiodła przez stragany, gdzie można było kupić różne gadżety, począwszy od klapek-japonek, przez plecaki, zabawki, po czapki z wszechobecnym w Malezji Angry Bird`em i Smerfami, no i oczywiście można było dostać truskawkowego zawrotu głowy! Dalej droga poprowadziła nas przez farmę grzybów do wyjścia...Uff:) Ale warto było, polecamy! Niesamowite jest jednak to, jak przy niezbyt dużej - naszym zdaniem - farmie truskawek można zbudować cały ośrodek i zarabiać niezłe pieniądze na tym truskawkowym biznesie! W drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się jeszcze trzy razy, podziwiać widoki wzgórz...Na jednym z przystanków spotkaliśmy też stado małp, a w samochodzie rozległo się głośne Juniorowe: "A-a-a, a-a-a" (bo przecież tak robią małpki;)).



















PS. Po powrocie do domu postanowiliśmy oddać się lekturze na temat chińskiej świątyni...Otóż budowa uznawanej za "cultural heritage" Chin Swee Cave Temple zaczęła się w 1976r., a po 18 latach, czyli zaledwie 17 lat temu ją otworzono...No i czar prysł! Nie spodziewałam się co prawda, że świątynia jest średniowieczna, ale żeby tak nie była nawet pełnoletnia!