O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

wtorek, 27 grudnia 2011

Przy wigilijnym stole

Niemal wszyscy w kraju naszym pięknym ojczystym zachwycają się brzdącowymi blond loczętami i twierdzą, że Brzdące wyglądają jak małe Aniołki...Ale jak to zwykle bywa, pozory mylą :)

Przy wigilijnym stole, łamiąc opłatek święty, zapytałam jednego z Juniorów:
- Wiki, chcesz ciało Jezuska?
- Noł - błyskawicznie odpowiedziało Dziecię.
- No, to rośnie Wam mały ateista! - skwitowała Babcia :)

wtorek, 20 grudnia 2011

Podniebne przypowieści

Home, sweet home...Dotarliśmy do domku szczęśliwie po 25-godzinnej podróży, podczas której Brzdące bardzo pozytywnie nas zaskoczyły...w najśmielszych marzeniach nie mogliśmy oczekiwać tak genialnego Ich zachowania podczas lotu i w ciągu 5-godzinnej przerwy na lotnisku w Paryżu! Ale po kolei...

Pierwszy lot prawie cały przespały, świetnie, że w ciągu całego lotu za oknami było ciemno, kiedy się przebudzili, bawili się w ciemności, obejrzeli z Tatą fragment bajki Cars (bardzo niepedagogicznie) by znowu uciąć komara :) Tata spał z Nimi, jak dziecko, przez 8 godzin, z otwartą jak Antoni buzią :) ja tam oka nie zmrużyłam, zbyt zestresowana lotem, podobnie jak nic nie przełknęłam (Tata z kolei z radością budził się tylko na dokarmianie). W lotnisku Charles-de-Gaulle Brzdące bardzo dobrze się bawiły, oglądały lądujące samoloty, wydając przy tym mnóstwo dźwięków i Ich ekscytacji nie było końca! "Czytaliśmy" też nabytą w Paryżu gazetkę o Panu Złotej Rączce (obecnie przeżywają nim fascynację), bawili się autkami, słowem - rewelacja! Mieliśmy też zabawną sytuację podczas kontroli paszportowej - pan rodem z jakiejś francuskiej komedii uniósł wysoko brew ujrzawszy Brzdące i powiedział uśmiechnięty, do swojego kolegi po fachu: Ooo, les memes! Za chwilę podniecony znów zagadał do swojego kolegi, sprawdzającego paszport komuś innemu: O, bliźniaki urodzone 1 kwietnia! Dobre ;) i życzył nam powodzenia!












Kolejny lot również przebiegł bez problemów, choć Brzdące wykazywały już zmęczenie i znudzenie podróżą samolotem. Na szczęście dostały od pani stewardessy książeczki i kredki, więc chwilę zajęły się tworzeniem! Ja z kolei niezmiennie się stresowałam i modliłam o to, aby jak najszybciej wylądować na Balicach!



Kiedy w końcu dotarliśmy do domku, zadowoleni z przebiegu podróży i  dumni z zachowania małych Podróżników - Brzdące bawiły się zgodnie (!) aż do wieczora. Nic nie zapowiadało jeszcze nocnej katastrofy...otóż obudziły się szczęśliwe, wyspane i gotowe do zabawy o 3 nad ranem (czyli o 10 czasu malezyjskiego - w Malezji budziły się zwykle ok 7)...no i tak grasowały aż do 8 rano, na zmianę zajmując się zabawkami, biciem się o rzeczy, płaczem...Dodatkowo jeden z Brzdąców nie mógł zaakceptować, że Jego łóżeczko nie jest po prawej stronie, tylko po lewej...i właził non stop Bratu do łóżeczka, a że przywiązanie do własności jest silne, właściciel łóżeczka starał się Go wykopać, wyrywał Mu włosy z głowy...Tata przy tym spał jak niemowlę, chrapał i nic sobie nie robił z zachowania Brzdąców. A kiedy razu jednego się przebudził, stwierdził zaspany: Pierwszy raz współczuję sąsiadom...ale że nikt nie przyjdzie z pomocą?- zażartował.
Ale że nikt nie wezwie policji?!-odpowiedziałam całkiem poważnie. Słyszałam, że zdarza się, że złośliwi sąsiedzi wzywają policję, kiedy dzieci "zakłócają im ciszę nocną". Nasi sąsiedzi do najmilszych nie należą, więc tylko czekałam, kiedy ktoś zapuka do naszych drzwi! Nikt się jednak nie odważył :) Brzdące wyszalały się jak pijane zające do 8 rano i ucięły sobie godzinną drzemkę...I od tego czasu, przez 11 godzin nie zmrużyły oka! I tak oto, nastał pierwszy dzień bez Juniorowej popołudniowej drzemki! Mam nadzieję, że ten nowy trend się nie utrzyma! Toż to byłaby prawdziwa katastrofa, gdyby tak nagle i nieoczekiwanie zmieniły swoje zwyczaje nie dając od siebie chwilki wytchnienia w ciągu całego Bożego dnia!

niedziela, 18 grudnia 2011

Shoe, shoe...no to lecimy!

Już za trzy godziny po raz pierwszy od 5,5 miesiąca założę buty inne niż sandały. Ba! Nawet skarpetki założę! Dwie pary skarpetek dla Brzdąców już przygotowane i prawie wszystko czeka już...na nasz lot do Polski! Wróbelki lecą na święta do domu!!!

Antoni wypowiedział dziś pierwsze zdanie w swoim 20 miesięcznym życiu: This is shoe. Powtarzał je w nieskończoność, tak się Brzdąc ucieszył! A Braciszek Mu wtórował głośnym: Shoe! Shoe!

Na pożegnalny obiad wybraliśmy się do ulubionej knajpki, zamawiając pyszne, malajskie i indyjskie jedzenie. Panowie kelnerzy jak zwykle bawili się z Juniorami, a jeden z Nich (nasz ulubieniec), kiedy to podrzucał Wikiego do góry, wyznał w końcu, po tych kilku miesiącach, wskazując na Antosia: This one is heavy. I prefer this one!

Wypiliśmy pożegnalną herbatkę u hinduskich przyjaciół, a Brzdące najadły się indyjskich, pikantnych chipsów (wiem wiem, bardzo niezdrowo! Jak Im to w ogóle przez usteczka i przez gardła przeszło? Mi nie przechodzi...). Antoni (heavy one;)) zjadł więcej - w końcu czuł chyba potrzebę pokazania swojej małej dziewczynce z Indii, jakim jest twardzielem :)

I oto lecimy! Mam nadzieję, że za "jedyne" 20 godzin szczęśliwie dolecimy do Krakowa, a Brzdące wykażą się podczas lotu wyjątkową odwagą, męstwem i wyrozumiałością wobec Rodziców!!!

sobota, 17 grudnia 2011

Metro: scenka rodzajowa i obrazki

Pierwszy dzień pobytu w mieście Lwa, pierwsze metro. Wsiadamy, siadamy, a obok nas chińska, około 8-letnia dziewczynka z matką. Słuchamy ich rozmowy (nie podsłuchujemy - matka mówi na tyle głośno, wyraźnie i dobitnie, że chyba cały wagon ją słyszy!) - ona zdarzyła się naprawdę...

Matka: (...) Musisz być w klasie liderem!
Dziecko: Ale nie potrafię!
M: Potrafisz! Musisz być najlepsza!
Dz:Nie potrafię!
M: Dlaczego nie potrafisz? Dasz radę być liderem!
Dz: Nie potrafię się tak dużo uczyć. Jestem już bardzo zmęczona!
M: Kiedy jesteś zmęczona?
Dz: Teraz jestem zmęczona.
M: OK. Będziesz uczyć się wieczorem.
Dz: Później też będę zmęczona.
M: Musisz być liderem! Będziesz wstawać wcześnie rano i się uczyć! Dopóki będziesz tak robić i starać się być najlepszą w klasie, mamusia (!) będzie zadowolona!

Zapadło krępujące milczenie.
Spojrzeliśmy z Tatą na siebie, nie wierząc, że byliśmy świadkami sceny, rodem z jakiegoś kiepskiego dramatu. Między matką a córką nie było widać żadnych głębszych więzi, słychać było tylko władczy ton matki i rezygnację córki. Panie, rozmawiając, a właściwie kierując do siebie te proste komunikaty, nawet na siebie nie patrzyły. Masakra jakaś! Ale to może przez to zmęczenie...swoją drogą, ciekawe, skąd dziewczynka wracała ze szkolnym plecakiem w wakacje i czym się tak bardzo zmęczyła? I co podkusiło matkę do takiej "rozmowy"w metrze...w wakacyjny czas?!

Kura i Przychówek opowiadali nam, że w wakacje dzieci często chodzą do szkoły, gdzie uczestniczą w różnych zajęciach. W roku szkolnym zdarza się, że dzieci uczą się ponad miarę swoich możliwości i oczywiście, prymusami są dzieci chińskie. Z kurzych opowieści jasno wynika, że system szkolnictwa w Singapurze i podejście do edukacji dzieci, do ich wychowania, sposób w jaki informuje się dziecko i jego rodziców o postępach czy ich braku, jest bardzo daleki od znanego mi systemu polskiego czy francuskiego (i w ogóle europejskiego, a pewnie i...azjatyckiego!?). Przy okazji polecam książkę Amy Chua Bojowa pieśń tygrysicy, przeczytaną na początku naszego życia w Malezji...A teraz sama, bogatsza o doświadczenie, obserwację i opowieści znajomych Chińczyków czy Malajów chińskiego pochodzenia, chętnie przeczytam ją raz jeszcze!

Obrazki z singapurskiego metra:






I z malezyjskiego...czyli czego w metrze robić nie można :)


piątek, 16 grudnia 2011

Singapurskie wędrowanie - dzień drugi

Następnego dnia wybraliśmy się na sławetną wyspę Sentosa i...cóż, spodziewaliśmy się po niej czegoś więcej. Znacznie więcej. Oczywiście, nie weszliśmy z Brzdącami do Universal Studios (uznaliśmy, że są na to za mali), nie skorzystaliśmy też z innych atrakcji (uznając, że np. Butterfly Park czy Underwater World odwiedziliśmy już w Malezji, więc po co - w tak krótkim odstępie czasu - się powtarzać?) - spacerowaliśmywięc po wyspie w towarzystwie Kury i Przychówka, słuchając singapurskich opowieści. Wypiliśmy pyszną kawę z widokiem na kolejkę linową, przechadzaliśmy się brzegiem morza (z widokiem na port) i obserwowaliśmy mijających nas, nielicznych, jak na azjatycką ziemię, ludzi; a Brzdące zanurzyły nóżki w morzu i były przeszczęśliwe robiąc "tap tap tap":) Oczywiście, w swym osądzie nie możemy być do końca wiarygodni - z pewnością wszystkie płatne atrakcje na wyspie są świetne, ale sama Sentosa nie urzekła nas. Udaliśmy się więc kolejką do jednej z chińskich restauracji, a następnie na Boat Quai i długi spacer przy zachodzie słońca. Było pięknie, cicho i spokojnie, i można było naprawdę odpocząć! Na swojej drodze spotkaliśmy tylko kilka osób uprawiających jogging (w Malezji takiego widoku jeszcze nie uświadczyłam) i jeżdżących na rowerze (na malezyjskiej ziemi dokładnie dwa razy widziałam rowerzystów - nie licząc, oczywiście 2,5-letniego hinduskiego kolegi Brzdąców i Ich 5-letniej koleżanki z Indii - starszego pana Malaja na Langkawi i starszą panią hinduskę w Kuala Lumpur). W Singapurze nie dość, że widzieliśmy rowerzystów, to jeszcze dostrzegliśmy parkingi dla rowerów - takie rodem z Holandii :)





















Mieliśmy wrażenie, że w mieście Lwa wszystko jest dokładnie zaplanowane, uporządkowane, nie ma miejsca na improwizację czy jakiekolwiek zaniechania lub odstępstwa od obowiązujących reguł...Oczywiście, wiedzieliśmy, że w Singapurze nie wolno rzuć gumy. Nie wolno jej nawet przewieźć przez granicę, posiadać ani kupić w żadnym singapurskim sklepie. Nauczeni doświadczeniem życia w Malezji podejrzewaliśmy, że w metrze (w pojeździe, ale i na stacjach) nie wolno pić ani jeść. Nie wiedzieliśmy jednak, że kiedy podamy na stacji butelkę wody spragnionemu Brzdącowi (w końcu jedna z naszych podróży metrem trwała ponad 45 minut!), w mgnieniu oka pojawi się przy nas strażnik...Moje serce zamarło, już przed oczami miałam wizję zapłacenia 500 Dolarowej kary, ale na szczęście pan okazał się wyrozumiały, podniecił się widokiem białych bliźniaków, zaczekał z nami na kolejne metro, a po otworzeniu się drzwi pojazdu zaprosił nas do jego środka...Dosłownie! W singapurskim metrze, w pojeździe, możemy usłyszeć, że jeśli widzimy kogoś podejrzanego, jesteśmy proszeni o natychmiastową informację i wskazanie delikwenta. Na drzwiach do pojazdów widnieje napis, że należy ustąpić pierwszeństwa wychodzącym, a na chodnikach na stacji namalowane są znaki - strzałki wskazujące, gdzie należy się ustawić, aby skutecznie ustąpić pierwszeństwa osobom wysiadającym z pojazdu. W malezyjskim metrze (w Kuala Lumpur) już na stacji informują przez megafon, że należy ustąpić pierwszeństwa wysiadającym z pojazdu...większość ludzi pozostaje jednak głucha na te komunikaty i kiedy tylko pojazd się zatrzyma, napierają ze wszystkich sił, aby jak najszybciej dostać się do środka. Nie twierdzę, że w Singapurze zawsze jest tak pięknie i kolorowo, a zachowanie osób w metrze zawsze idealne - spędziliśmy tam tylko 2 dni, na dodatek cały czas poruszając się z wózkami, więc może gdybyśmy byli bez dzieci, Azjaci zachowywaliby się inaczej? Z drugiej strony, w Malezji nierzadko zdarzało się, że ludzie chcieli nas stratować (najczęściej na stacji KLCC), aby tylko jak najszybciej wejść do środka pojazdu....a kiedy jeździłam sama metrem do British Council, zachowywali się podobnie. Niestety, podobnie ma się rzecz z wsiadaniem do windy - już nie wspomnę, że teoretycznie jest ona przeznaczona tylko dla osób niepełnosprawnych...Malajowie są leniwym narodem, zresztą - zabiegani Chińczycy czy powolni Hindusi też często wsiadają do windy nie bacząc na to, że czekamy, byliśmy pierwsi i pierwsi chcemy wjechać wózkami! Ale mniejsza o to, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Może w Singapurze windy były "nasze" dlatego, że pasażerowie mają do dyspozycji większą ilość ruchomych schodów na stacjach?!

W mieście Lwa spędziliśmy 2 dni - to zdecydowanie za mało, aby zobaczyć wszystko (nie licząc, oczywiście parków rozrywki na Sentosie - na samo ich odwiedzenie pewnie tydzień by nie wystarczył!). Nie zdążyliśmy na przykład dotrzeć do Little India czy Chinatown. Zobaczyliśmy jednak to, czym byliśmy najbardziej zainteresowani, a przede wszystkim - spędziliśmy 2 cudowne dni, podczas których odpoczęliśmy i przede wszystkim - poczuliśmy atmosferę Singapuru i niepowtarzalny klimat miasta Lwa, spotkaliśmy też na swojej drodze mnóstwo życzliwych osób. Bardzo się cieszymy, że Juniory widzą tą różnorodność - mieszankę ras, narodowości, kultur, są otaczone dźwiękami wielu języków, czują zapachy kuchni chińskiej, hinduskiej, malajskiej i widzą różne kolory Azji. Żałujemy tylko, że są zbyt mali, aby to wszystko zapamiętać...mamy jednak nadzieję, że zawsze będą tak dzielnymi i zainteresowanymi światem Podróżnikami!!!

czwartek, 15 grudnia 2011

Singapurem zauroczenie

Miniony weekend znów okazał się długi, a to dzięki Sułtanowi Selangoru - stanu, który obecnie zamieszkujemy, który obchodzi swoje urodziny 11 grudnia (dzień po mnie:))! W Malezji, jeśli święto przypada w niedzielę, automatycznie poniedziałek jest dniem wolnym od pracy! Tak więc my również świętowaliśmy...w Singapurze!

Wybraliśmy się samochodem do Johor Bahru, malezyjskiego miasta położonego przy singapurskiej granicy i tam też zatrzymaliśmy się na nocleg (Citrus Hotel, polecamy!-genialna lokalizacja, bardzo dobre warunki mieszkaniowe, bardzo miła obsługa, a to wszystko w rozsądnej cenie). Sobotnie, słoneczne popołudnie upłynęło nam na zwiedzaniu miasta, wieczorową porą udaliśmy się do restauracji na pyszną, malajską kolację i spacerowaliśmy po uliczkach Little India. O ile w dzień Johor Bahru zachwyciło nas egzotyką, klimatem nadmorskiego miasta, zapachami ulicznych restauracji, kolorami ras i narodowości, o tyle wieczorową porą zrobiło się lekko nieprzyjemnie - nie czuliśmy się super bezpieczni, choć oczywiście nie byliśmy też niczym zagrożeni. Niestety, wszyscy zwracali na nas uwagę, a po ulicach tłumnie szwędali się Azjaci, nie brakowało też bardzo widocznych i zachęcających Tatę do skorzystania z usług prostytutek...A to nowość w Malezji, pierwszy raz widziana! W każdym razie cieszymy się, że zobaczyliśmy Johor Bahru wieczorową porą, by następnie wrócić do hotelu i zjeść, bardzo nieprzyzwoicie, pyszny torcik!

 Widok z okna



SINGAPUR, Singapur...Następnego dnia od samego rana padał deszcz, więc niespiesznie zebraliśmy się na podbój miasta Lwa dopiero przed południem. Myśleliśmy co prawda, że przejście przez granicę okaże się sprawniejsze i zajmie mniej czasu, a tymczasem trochę zajęło przeprawienie się przez granicę malezyjską, po której przejściu udaliśmy się do jednego z licznych autobusów, które zawiozły nas wprost na granicę singapurską. Tam znowu staliśmy w kolejce, wypełnialiśmy "white carte" (na szczęście Polacy mogą przebywać na terytorium Singapuru 90 dni bez wizy), a po przekroczeniu granicy znów udaliśmy się do jednego z autobusów, które dowożą do miasta. Po długim oczekiwaniu w kolejce udało nam się w końcu wsiąść w ciemno do jednego z pojazdów, by następnie wysiąść z niego na drugim przystanku, kiedy to naszym oczom ukazało się metro! Brzdące okazały się być bardzo dzielnymi podróżnikami i przez cały ten czas nie usłyszeliśmy z Ich usteczek żadnego dźwięku zniecierpliwienia czy narzekania, nawet - o dziwo!- ani raz nie wypowiedzieli słowa "nie" tudzież "bye bye!", które mówią, kiedy coś Im się nie podoba i chcą natychmiast zakończyć z czymś przygodę! Będąc w metrze (które ma świetnie rozwiniętą sieć, kilka linii i oznakowane jest tak, że niewidomy by trafił!) skontaktowaliśmy się z pewną Polką...i za niespełna godzinę spotkaliśmy się z Kurą i Przychówkiem w Botanic Gardens! Bardzo miło spędziliśmy czas spacerując alejkami Ogrodu i słuchając singapurskich opowieści towarzystwa! Później Przychówek dzielnie bawił się z Brzdącami na placu zabaw pokrytym piaskiem - piszę "dzielnie", gdyż dzieciaki dzieli 8 lat różnicy...nikomu to jednak nie przeszkadzało, a Juniory były zachwycone zabawą i wydawały się być zaskoczone, że Przychówek mówi w Ich ojczystym języku! Podczas rozmów z Kurą poznaliśmy nieco Singapur od kuchni, Przychówek wraz z mamą ambitnie odpowiadali na nurtujące nas pytania dotyczące życia w mieście Lwa. Nie będę się tu rozpisywać o naszych rozmowach i kurzych opowieściach - ale jeśli jesteście nimi zainteresowani, zapraszam do lektury bloga http://azjaodkuchni.blogspot.com/ Kurze i Przychówkowi bardzo dziękujemy raz jeszcze za spotkanie! Szkoda, że nie udało nam się poznać Żywiciela...mamy nadzieję, że następnym razem się uda - może w Kuala Lumpur :)?

 Filipińskie maid się bawią ;)

Takie cuda...tylko w singapurskim metrze!

Następnie udaliśmy się metrem na Marina Bay, gdzie ukazały nam się drapacze chmur i...słonie! Tata z wielkim przejęciem próbował dostrzec uliczny tor wyścigowy Formuły 1 i z radością oglądał jego trybuny. Spacerując po Marina Bay nie mogliśmy się napatrzeć na pięknie przystrojone choinki, ciekawie kontrastujące z przydrożnymi palmami, na zachwycające wieżowce (chociaż wcale nie jestem fanką nowoczesnej architektury) i morze...Szkoda tylko, że niebo nie zachwyciło nas swym błękitem i na zdjęciach to wszystko prezentuje się szaro-buro i ponuro - w rzeczywistości było piękniej! Udaliśmy się na Skypark - taras widokowy na jednym z hoteli...i tu dopiero widok zaparł nam dech w piersiach!!! Na szczęście, Brzdąc Wiktorkowy* słodko spał w wózku (nie byliśmy pewni, jak zareaguje po ostatnich ekscesach na punkcie widokowym Menary KL Tower), a Antoś był tak podniecony widokiem Singapuru wieczorową porą, że szalał z radości! My też prawie oszaleliśmy...również dlatego, że stojąc na dachu świata, dzięki choinkom i cicho rozbrzmiewającej tam świątecznej muzyce, zdaliśmy sobie sprawę, że już za tydzień Święta, powrót do domu...A tymczasem palmy, tropikalny klimat i "wielki świat" małego przecież Singapuru...Z błogim poczuciem raz jeszcze udaliśmy się na spacer przetartą już ścieżką w Marina Bay, a później pojechaliśmy na Orchard Road - najdłuższą ulicę, przy której mieszczą się największe galerie, centra handlowe, restauracje...i chyba najbardziej rozświetloną w całym Singapurze!!!









 Orchard Road


W ciągu jednego dnia, na singapurskiej ziemi spotkaliśmy więcej Polaków niż przez 5 miesięcy życia w Malezji (nie licząc, oczywiście, koktajlu w Ambasadzie)! Zmęczeni, ale szczęśliwi i pełni wrażeń wróciliśmy do hotelu...i zasnąć nie mogliśmy, nie mogąc doczekać się jutra :)

*Brzdąc Wiktorkowy wkrótce się obudził i towarzyszył nam do późnych godzin - zasnął ponownie dopiero w swoim hotelowym łóżeczku...z kolei Antoś zasnął wkrótce po przebudzeniu się Brata i spał aż do dnia następnego!