Wybraliśmy się więc w niedzielne popołudnie metrem do KLCC, następnie spacerkiem prawie pod Menarę. Spacer nie należał do najprzyjemniejszych i najłatwiejszych, bo w okolicy Surii KLCC chodniki wcale nie są dostosowane do pieszych, nie wspominając o wózkach! Owszem, z drugiej strony Surii w parku wszystko jest idealnie rozwiązane, ale tu...no niekoniecznie. W końcu dotarliśmy prawie pod KL Tower, gdzie zostaliśmy poinformowani przez miłego pana ochroniarza, że do Menary jeszcze 1km drogi pod górę i radzi, aby zaczekać na busik, który kursuje średnio co 15 min.(bezpłatny). Tata oczywiście stanowczo podziękował i już, już mnie przekonał, abym pchała słodki 13kg ciężar Antosiowy w wózku pod górę, kiedy to Antoni głośnym i wyraźnym rykiem zamanifestował swoje zdanie na ten temat! Grzecznie poczekaliśmy więc na busik, by...po dwóch minutach znaleźć się u bram wieży - drzwi busa otworzył nam uśmiechnięty Malaj w nienagannym uniformie, a zewsząd dobiegała głośna muzyka (disco). Ruchomymi schodami udaliśmy się na pięterki, do kasy i tam przeżyliśmy lekki szok :) Tłum białych ludzi z nielicznymi Malajami i Hindusami w tle, a bilet wstępu na Menarę - 45zł/os! Ale - uwaga!- co byśmy nie mieli poczucia, że cena jest ciut wygórowana, do biletu dorzucono nam wątpliwej jakości rozrywkę - mini ZOO, czyli Animal Zone. Można było wybrać również atrakcję w postaci symulatora Formuły 1, ale jako, że nie było nas przy Tacie, kiedy kupował bilety, postawił na mini ZOO (skąd mógł wiedzieć, że Brzdąc pierwszy zaśnie w wielkich rykach na punkcie widokowym wieży, a Brzdąc drugi ryczeć będzie na widok gadów z Animal Zone?!) Przy wejściu do windy wiodącej na punkt widokowy wieży obsługa pstryknęła nam pamiątkowe zdjęcie (po które zresztą, zdenerwowani, zapomnieliśmy się zgłosić), następnie poprowadzono nas do windy, migusiem wjechaliśmy na wysokość 276 metrów, a u góry...wszystko byłoby w porządku, gdyby Wiktor nie zaczął zachowywać się jak...no właśnie, sami nie wiemy, jak, ale takie zachowanie widzieliśmy po raz pierwszy w życiu (a myślałam, że takie pokazy to tylko w cyrku!), pierwszy raz też zupełnie nie widzieliśmy powodu, dla którego zaczął ryczeć i wić się z płaczu, ale to źle rokować może na nasz rychły lot do Polski! W każdym razie, widoki z płaczem stereo w tle (co będzie sam ryczał, pomyślał Antoni i natychmiast dołączył się do Braciszka. Dość szybko został jednak spacyfikowany i oglądał z nami) szybko obejrzeliśmy, zdjęć kilka pstryknęliśmy, zawiedliśmy się pejzażem miasta, które z góry wygląda mniej więcej jak jeden wielki plac budowy, poprzerywany wysokimi biurowcami. Oczywiście, na Petronas Towers miło było popatrzeć! Zgodnie z Tatą stwierdziliśmy, że Kuala Lumpur o wiele lepiej prezentuje się z ziemi:) chociaż z góry widać jak pięknie jest położone i jaką zielenią otoczone!
Następnie udaliśmy się do Animal Zone, czemu towarzyszyła głośna muzyka (pop), w zoo chodnik było kompletnie nie dostosowany do poruszania się po nim wózkami, więc jedno z nas musiało zostać ze śpiącym Brzdącem na zewnątrz. Tata zgłosił się czym prędzej, zniechęcony widokiem gadów: wężów i jaszczurek, które okupowały miejsca przy wejściu. Weszłam więc z Antosiem, który szybko postanowił dołączyć do Taty, nie zainteresował się nawet majaczącymi małpkami, które znajdowały sie na końcu pomieszczenia. W rezultacie Animal Zone odwiedziłam sama, nic interesującego poza małpkami w niej nie znalazłam, nie polecam!!!
Chinatown
W pieszej wędrówce z Menary KL Tower do przystanku busa, mijaliśmy jeszcze takie atrakcje, jak: Pony Ride czy 1 Malaysia Cultural Village, ale nie skorzystaliśmy, zawiedzeni Animal Zone i tłumem turystów. Myślę, że możemy być odosobnieni w swoich odczuciach zw. z "menarowym przemysłem", bo non stop podjeżdżały pod wieżę taksówki i autobusy pełne turystów. Z drugiej strony, jeśli ktoś zatrzymuje się w Kuala Lumpur tylko na chwilę, może nie mieć czasu na obejrzenie innych interesujących miejsc, a widok z KL Tower zapewnia zobaczenie wszystkiego w pigułce :)