Następnego dnia wybraliśmy się na sławetną wyspę Sentosa i...cóż, spodziewaliśmy się po niej czegoś więcej. Znacznie więcej. Oczywiście, nie weszliśmy z Brzdącami do Universal Studios (uznaliśmy, że są na to za mali), nie skorzystaliśmy też z innych atrakcji (uznając, że np. Butterfly Park czy Underwater World odwiedziliśmy już w Malezji, więc po co - w tak krótkim odstępie czasu - się powtarzać?) - spacerowaliśmywięc po wyspie w towarzystwie Kury i Przychówka, słuchając singapurskich opowieści. Wypiliśmy pyszną kawę z widokiem na kolejkę linową, przechadzaliśmy się brzegiem morza (z widokiem na port) i obserwowaliśmy mijających nas, nielicznych, jak na azjatycką ziemię, ludzi; a Brzdące zanurzyły nóżki w morzu i były przeszczęśliwe robiąc "tap tap tap":) Oczywiście, w swym osądzie nie możemy być do końca wiarygodni - z pewnością wszystkie płatne atrakcje na wyspie są świetne, ale sama Sentosa nie urzekła nas. Udaliśmy się więc kolejką do jednej z chińskich restauracji, a następnie na Boat Quai i długi spacer przy zachodzie słońca. Było pięknie, cicho i spokojnie, i można było naprawdę odpocząć! Na swojej drodze spotkaliśmy tylko kilka osób uprawiających jogging (w Malezji takiego widoku jeszcze nie uświadczyłam) i jeżdżących na rowerze (na malezyjskiej ziemi dokładnie dwa razy widziałam rowerzystów - nie licząc, oczywiście 2,5-letniego hinduskiego kolegi Brzdąców i Ich 5-letniej koleżanki z Indii - starszego pana Malaja na Langkawi i starszą panią hinduskę w Kuala Lumpur). W Singapurze nie dość, że widzieliśmy rowerzystów, to jeszcze dostrzegliśmy parkingi dla rowerów - takie rodem z Holandii :)
Mieliśmy wrażenie, że w mieście Lwa wszystko jest dokładnie zaplanowane, uporządkowane, nie ma miejsca na improwizację czy jakiekolwiek zaniechania lub odstępstwa od obowiązujących reguł...Oczywiście, wiedzieliśmy, że w Singapurze nie wolno rzuć gumy. Nie wolno jej nawet przewieźć przez granicę, posiadać ani kupić w żadnym singapurskim sklepie. Nauczeni doświadczeniem życia w Malezji podejrzewaliśmy, że w metrze (w pojeździe, ale i na stacjach) nie wolno pić ani jeść. Nie wiedzieliśmy jednak, że kiedy podamy na stacji butelkę wody spragnionemu Brzdącowi (w końcu jedna z naszych podróży metrem trwała ponad 45 minut!), w mgnieniu oka pojawi się przy nas strażnik...Moje serce zamarło, już przed oczami miałam wizję zapłacenia 500 Dolarowej kary, ale na szczęście pan okazał się wyrozumiały, podniecił się widokiem białych bliźniaków, zaczekał z nami na kolejne metro, a po otworzeniu się drzwi pojazdu zaprosił nas do jego środka...Dosłownie! W singapurskim metrze, w pojeździe, możemy usłyszeć, że jeśli widzimy kogoś podejrzanego, jesteśmy proszeni o natychmiastową informację i wskazanie delikwenta. Na drzwiach do pojazdów widnieje napis, że należy ustąpić pierwszeństwa wychodzącym, a na chodnikach na stacji namalowane są znaki - strzałki wskazujące, gdzie należy się ustawić, aby skutecznie ustąpić pierwszeństwa osobom wysiadającym z pojazdu. W malezyjskim metrze (w Kuala Lumpur) już na stacji informują przez megafon, że należy ustąpić pierwszeństwa wysiadającym z pojazdu...większość ludzi pozostaje jednak głucha na te komunikaty i kiedy tylko pojazd się zatrzyma, napierają ze wszystkich sił, aby jak najszybciej dostać się do środka. Nie twierdzę, że w Singapurze zawsze jest tak pięknie i kolorowo, a zachowanie osób w metrze zawsze idealne - spędziliśmy tam tylko 2 dni, na dodatek cały czas poruszając się z wózkami, więc może gdybyśmy byli bez dzieci, Azjaci zachowywaliby się inaczej? Z drugiej strony, w Malezji nierzadko zdarzało się, że ludzie chcieli nas stratować (najczęściej na stacji KLCC), aby tylko jak najszybciej wejść do środka pojazdu....a kiedy jeździłam sama metrem do British Council, zachowywali się podobnie. Niestety, podobnie ma się rzecz z wsiadaniem do windy - już nie wspomnę, że teoretycznie jest ona przeznaczona tylko dla osób niepełnosprawnych...Malajowie są leniwym narodem, zresztą - zabiegani Chińczycy czy powolni Hindusi też często wsiadają do windy nie bacząc na to, że czekamy, byliśmy pierwsi i pierwsi chcemy wjechać wózkami! Ale mniejsza o to, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Może w Singapurze windy były "nasze" dlatego, że pasażerowie mają do dyspozycji większą ilość ruchomych schodów na stacjach?!
W mieście Lwa spędziliśmy 2 dni - to zdecydowanie za mało, aby zobaczyć wszystko (nie licząc, oczywiście parków rozrywki na Sentosie - na samo ich odwiedzenie pewnie tydzień by nie wystarczył!). Nie zdążyliśmy na przykład dotrzeć do Little India czy Chinatown. Zobaczyliśmy jednak to, czym byliśmy najbardziej zainteresowani, a przede wszystkim - spędziliśmy 2 cudowne dni, podczas których odpoczęliśmy i przede wszystkim - poczuliśmy atmosferę Singapuru i niepowtarzalny klimat miasta Lwa, spotkaliśmy też na swojej drodze mnóstwo życzliwych osób. Bardzo się cieszymy, że Juniory widzą tą różnorodność - mieszankę ras, narodowości, kultur, są otaczone dźwiękami wielu języków, czują zapachy kuchni chińskiej, hinduskiej, malajskiej i widzą różne kolory Azji. Żałujemy tylko, że są zbyt mali, aby to wszystko zapamiętać...mamy jednak nadzieję, że zawsze będą tak dzielnymi i zainteresowanymi światem Podróżnikami!!!
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)