Miniony weekend znów okazał się długi, a to dzięki Sułtanowi Selangoru - stanu, który obecnie zamieszkujemy, który obchodzi swoje urodziny 11 grudnia (dzień po mnie:))! W Malezji, jeśli święto przypada w niedzielę, automatycznie poniedziałek jest dniem wolnym od pracy! Tak więc my również świętowaliśmy...w Singapurze!
Wybraliśmy się samochodem do Johor Bahru, malezyjskiego miasta położonego przy singapurskiej granicy i tam też zatrzymaliśmy się na nocleg (Citrus Hotel, polecamy!-genialna lokalizacja, bardzo dobre warunki mieszkaniowe, bardzo miła obsługa, a to wszystko w rozsądnej cenie). Sobotnie, słoneczne popołudnie upłynęło nam na zwiedzaniu miasta, wieczorową porą udaliśmy się do restauracji na pyszną, malajską kolację i spacerowaliśmy po uliczkach Little India. O ile w dzień Johor Bahru zachwyciło nas egzotyką, klimatem nadmorskiego miasta, zapachami ulicznych restauracji, kolorami ras i narodowości, o tyle wieczorową porą zrobiło się lekko nieprzyjemnie - nie czuliśmy się super bezpieczni, choć oczywiście nie byliśmy też niczym zagrożeni. Niestety, wszyscy zwracali na nas uwagę, a po ulicach tłumnie szwędali się Azjaci, nie brakowało też bardzo widocznych i zachęcających Tatę do skorzystania z usług prostytutek...A to nowość w Malezji, pierwszy raz widziana! W każdym razie cieszymy się, że zobaczyliśmy Johor Bahru wieczorową porą, by następnie wrócić do hotelu i zjeść, bardzo nieprzyzwoicie, pyszny torcik!
Widok z okna
SINGAPUR, Singapur...Następnego dnia od samego rana padał deszcz, więc niespiesznie zebraliśmy się na podbój miasta Lwa dopiero przed południem. Myśleliśmy co prawda, że przejście przez granicę okaże się sprawniejsze i zajmie mniej czasu, a tymczasem trochę zajęło przeprawienie się przez granicę malezyjską, po której przejściu udaliśmy się do jednego z licznych autobusów, które zawiozły nas wprost na granicę singapurską. Tam znowu staliśmy w kolejce, wypełnialiśmy "white carte" (na szczęście Polacy mogą przebywać na terytorium Singapuru 90 dni bez wizy), a po przekroczeniu granicy znów udaliśmy się do jednego z autobusów, które dowożą do miasta. Po długim oczekiwaniu w kolejce udało nam się w końcu wsiąść w ciemno do jednego z pojazdów, by następnie wysiąść z niego na drugim przystanku, kiedy to naszym oczom ukazało się metro! Brzdące okazały się być bardzo dzielnymi podróżnikami i przez cały ten czas nie usłyszeliśmy z Ich usteczek żadnego dźwięku zniecierpliwienia czy narzekania, nawet - o dziwo!- ani raz nie wypowiedzieli słowa "nie" tudzież "bye bye!", które mówią, kiedy coś Im się nie podoba i chcą natychmiast zakończyć z czymś przygodę! Będąc w metrze (które ma świetnie rozwiniętą sieć, kilka linii i oznakowane jest tak, że niewidomy by trafił!) skontaktowaliśmy się z pewną Polką...i za niespełna godzinę spotkaliśmy się z Kurą i Przychówkiem w Botanic Gardens! Bardzo miło spędziliśmy czas spacerując alejkami Ogrodu i słuchając singapurskich opowieści towarzystwa! Później Przychówek dzielnie bawił się z Brzdącami na placu zabaw pokrytym piaskiem - piszę "dzielnie", gdyż dzieciaki dzieli 8 lat różnicy...nikomu to jednak nie przeszkadzało, a Juniory były zachwycone zabawą i wydawały się być zaskoczone, że Przychówek mówi w Ich ojczystym języku! Podczas rozmów z Kurą poznaliśmy nieco Singapur od kuchni, Przychówek wraz z mamą ambitnie odpowiadali na nurtujące nas pytania dotyczące życia w mieście Lwa. Nie będę się tu rozpisywać o naszych rozmowach i kurzych opowieściach - ale jeśli jesteście nimi zainteresowani, zapraszam do lektury bloga http://azjaodkuchni.blogspot.com/ Kurze i Przychówkowi bardzo dziękujemy raz jeszcze za spotkanie! Szkoda, że nie udało nam się poznać Żywiciela...mamy nadzieję, że następnym razem się uda - może w Kuala Lumpur :)?
Filipińskie maid się bawią ;)
Takie cuda...tylko w singapurskim metrze!
Następnie udaliśmy się metrem na Marina Bay, gdzie ukazały nam się drapacze chmur i...słonie! Tata z wielkim przejęciem próbował dostrzec uliczny tor wyścigowy Formuły 1 i z radością oglądał jego trybuny. Spacerując po Marina Bay nie mogliśmy się napatrzeć na pięknie przystrojone choinki, ciekawie kontrastujące z przydrożnymi palmami, na zachwycające wieżowce (chociaż wcale nie jestem fanką nowoczesnej architektury) i morze...Szkoda tylko, że niebo nie zachwyciło nas swym błękitem i na zdjęciach to wszystko prezentuje się szaro-buro i ponuro - w rzeczywistości było piękniej! Udaliśmy się na Skypark - taras widokowy na jednym z hoteli...i tu dopiero widok zaparł nam dech w piersiach!!! Na szczęście, Brzdąc Wiktorkowy* słodko spał w wózku (nie byliśmy pewni, jak zareaguje po ostatnich ekscesach na punkcie widokowym Menary KL Tower), a Antoś był tak podniecony widokiem Singapuru wieczorową porą, że szalał z radości! My też prawie oszaleliśmy...również dlatego, że stojąc na dachu świata, dzięki choinkom i cicho rozbrzmiewającej tam świątecznej muzyce, zdaliśmy sobie sprawę, że już za tydzień Święta, powrót do domu...A tymczasem palmy, tropikalny klimat i "wielki świat" małego przecież Singapuru...Z błogim poczuciem raz jeszcze udaliśmy się na spacer przetartą już ścieżką w Marina Bay, a później pojechaliśmy na Orchard Road - najdłuższą ulicę, przy której mieszczą się największe galerie, centra handlowe, restauracje...i chyba najbardziej rozświetloną w całym Singapurze!!!
Orchard Road
W ciągu jednego dnia, na singapurskiej ziemi spotkaliśmy więcej Polaków niż przez 5 miesięcy życia w Malezji (nie licząc, oczywiście, koktajlu w Ambasadzie)! Zmęczeni, ale szczęśliwi i pełni wrażeń wróciliśmy do hotelu...i zasnąć nie mogliśmy, nie mogąc doczekać się jutra :)
*Brzdąc Wiktorkowy wkrótce się obudził i towarzyszył nam do późnych godzin - zasnął ponownie dopiero w swoim hotelowym łóżeczku...z kolei Antoś zasnął wkrótce po przebudzeniu się Brata i spał aż do dnia następnego!
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)