Już od jakiegoś czasu zastanawialiśmy się, jaki wybrać sposób na rozstanie się Brzdąców z Ich smokami. Co prawda, niemal od urodzenia przyjaciele z Aventu pomagali Brzdącom tylko do snu, ale przyzwyczajenie było silne, a miłość do smoków, okazywana zwłaszcza przed popołudniową drzemką, gorąca! I tak oto razu pewnego, w listopadowe południe Wiki tak bardzo chciał usnąć w swym łóżeczku, że...odgryzł tę część smoka, którą aktualnie miał w buzi! Zdziwił się bardzo i zapłakał, a następnie z wielkim zainteresowaniem się temu przyglądał i bardzo się starał dopasować części smoka. Oczywiście, nie udało się, ku mojej radości, ale i zmartwieniu, bo przecież "to nie tak miało być";) Co ja teraz powiem Brzdącowi na dobranoc, że gdzie jest smok?! Nie żyje, bo przecież go pogryzł?! A poza tym, co dodam, jak zobaczy, że Braciszek wciąż ma smoka (bo przecież nie będę go gryźć niewinnemu dziecku!). Wielce byliśmy zaskoczeni, kiedy wieczorem Brzdąc usnął samodzielnie bez żadnego problemu, a całą noc przespał jak niemowlę (oczywiście, cudze - Brzdące w okresie niemowlęctwa budziły się zwykle po 3-4 razy w nocy, nie licząc ząbkowania, oczywiście, kiedy potrafili budzić się po 20 razy!). Pomyśleliśmy, że pewnie był zmęczony, dlatego padł jak mucha bez "przyjaciela", dlatego tak ładnie przespał noc...Ale drugiego dnia i każdego kolejnego schemat się powtarzał - po smoku zostało tylko wspomnienie:)
Drugiego dnia Tata wyleciał służbowo do Tajlandii, a ja pakowałam rzeczy do żłobka. Kiedy wszystko było już gotowe, pozostało mi tylko obudzić drzemiące Brzdące, ubrać Im buty i wpakować do taksówki. Antoni spał ze smokiem, więc niepedagogicznie, dla większego komfortu i świętego spokoju, po raz pierwszy pozwoliłam Mu z tym smokiem wsiąść do taxi i wejść do żłobka. Ku mojej radości, po pięciu godzinach pobytu w placówce Antoś wyszedł zadowolony, bez smoka - nie było go ani w buzi, ani w torbie, wszelki ślad po nim zaginął. I znów miałam dylemat: co ja powiem dziecku na dobranoc, że gdzie smok? Zagubił się w akcji? Smoka nie ma, Taty nie ma, będą trudności z zasypianiem i ciężka noc...Ale znowu, historia lubi się powtarzać: Brzdąc usnął bez większych problemów, całą noc przespał jak niemowlę (oczywiście, cudze niemowlę) i każdy kolejny dzień był dowodem na to, że po smoku pozostało już tylko wspomnienie!
Często podczas zakupów widzimy dzieci, często starsze od Brzdąców, którzy mają smoczki w buzi. Wówczas zawsze Juniory wskazują ich paluszkami (żeby nie powiedzieć, wytykają palcami;)).
Oczywiście, każde dziecko jest inne, na co najlepszym przykładem są nasze twinsy, tak różne od siebie (za wyjątkiem podobnej historii smokowej). Nie twierdzę, że każde dziecko tak łagodnie zniosłoby rozstanie ze smoczkiem, ale myślę (przyszłościowo), że nic się nie stanie, jeśli pomoże się dziecku z nim rozstać, poprzez delikatne i subtelne nacięcie smoczka. Oczywiście, metoda lekko drastyczna i nie dostosowana do każdego wieku dziecka, ale wiktorkowe doświadczenie wskazuje, że mogłaby być skuteczna:)
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)
środa, 30 listopada 2011
wtorek, 29 listopada 2011
Kółka do kwadratu!
Brzdące kochają auta. Właściwie, to jeszcze nie potrafią po polsku prawidłowo nazwać swojego przedmiotu pożądania, mówią: "brruma" (auto), "tituja" (ciężarówka - nie pytajcie, dlaczego!?), a ze żłobka przynieśli takie angielskie słownictwo, jak: "kar" (car) i "tra" (truck). W każdym razie, tak samo gorącym uczuciem pałają do pojazdów mechanicznych, jak i ich...kółek! Odkąd nauczyli się rozpoznawać kółka (wskazywać na autkach-zabawkach, w książeczkach i w magazynie motoryzacyjnym Taty, a także na naszym "prawdziwym" samochodzie) i je artykułować, robią to namiętnie! Myśleliśmy, że w końcu, wraz z nabyciem umiejętności nazywania innych przedmiotów, przestaną jak papugi dwie powtarzać "kółka, kółka", a tymczasem "problem kółkowy" narasta:)
Brzdące wszędzie widzą kółka (zgodnie zresztą z kształtem danych przedmiotów), co jest dla nas bardzo zabawne, a czasem i zaskakujące, bo Brzdące sięgają wzrokiem tam, gdzie nasz wzrok nie sięga, albo przynajmniej umysł nie rejestruje danego przedmiotu jako "kółko". I tak na ten przykład...przycisk do windy to "kółko", lampa w windzie "kółko", znak "don`t smoke" - "kółko", wizjer w drzwiach "kółko", tarcza na zegarku - "kółko", ba!-nawet na majteczkach w kropeczkach Mamy próbują wskazać "kółka", oliwka na pizzy to też "kółko"! Ostatnio jednak przeszli samych siebie...otóż jeden Brzdąc - podniecony rzucił się na drugiego z szaleńczym "kółko" na ustach, bo dostrzegł, że...głowa Braciszka jest okrągła!!!
Brzdące wszędzie widzą kółka (zgodnie zresztą z kształtem danych przedmiotów), co jest dla nas bardzo zabawne, a czasem i zaskakujące, bo Brzdące sięgają wzrokiem tam, gdzie nasz wzrok nie sięga, albo przynajmniej umysł nie rejestruje danego przedmiotu jako "kółko". I tak na ten przykład...przycisk do windy to "kółko", lampa w windzie "kółko", znak "don`t smoke" - "kółko", wizjer w drzwiach "kółko", tarcza na zegarku - "kółko", ba!-nawet na majteczkach w kropeczkach Mamy próbują wskazać "kółka", oliwka na pizzy to też "kółko"! Ostatnio jednak przeszli samych siebie...otóż jeden Brzdąc - podniecony rzucił się na drugiego z szaleńczym "kółko" na ustach, bo dostrzegł, że...głowa Braciszka jest okrągła!!!
Z kamerą wśród zwierząt
Police is coming, police is coming! - powtarzała 22-miesięczna Washini, kiedy od godziny staliśmy u bram ZOO Negara (uiściliśmy już opłatę za bilet wstępu, weszliśmy przez bramki, na ręce założono nam, dorosłym, stylowe "bransolety"i...rozpętała się burza), a nasze Brzdące i Ich hinduska przyjaciółka ze żłobka byli już znudzeni siedzieniem w wózkach i obserwacją, jak deszczyk robi "kap kap kap". W długim, choć radosnym dla nas oczekiwaniu na pogodę, wypuściliśmy Ich więc "na wolność", gdzie od razu zajęli się szperaniem w wózku koleżanki (Ich wózki oczywiście nie były już atrakcyjne - ani dla Brzdąców, ani dla Washini, która zdenerwowana nagłym zainteresowaniem, jaki wzbudził Jej pojazd, jak mantrę powtarzała,"police is coming":)). Sytuacja szybko została opanowana, cała trójka włożona do swych pojazdów i ruszyliśmy na spotkanie ze zwierzętami!
Najpierw powiedzieliśmy "hello" żyrafom, a w gwoli ścisłości - tylko Antoni się przywitał, Wiktor na sam widok żyrafek zaczął płakać...Pech chciał, że sąsiadami żyrafy były słonie - ich widok tylko spotęgował wiktorkowy płacz, który zdołały ukoić ptaki wylęgujące się przy pobliskim jeziorze. Niestety, wkrótce spotkaliśmy sarny i znów rozległo się głośne wycie (bynajmniej nie saren). Cóż, Wiki, który tak lubi oglądać zwierzęta w książeczkach, na żywo bał się każdego, które było większe od Niego...Dopiero po jakimś czasie przełamał swój strach. Z kolei Antoś od początku z zainteresowaniem oglądał wszystkie zwierzęta, cieszył się na widok każdego z nich, nawet długaśnego węża, którego z pasją naśladował ("pssssss", bo przecież tak robi wąż:)). Po długim spacerze po ZOO dotarliśmy do mini Zoo, gdzie znów wypuściliśmy nasze Gady "na wolność" - tam z zainteresowaniem przyjrzały się jedynie konikowi, a większą od pozostałych zwierzątek atrakcję stanowiła kolorowa ściana, wzdłuż której cała trójka biegała jak szalona:)
Powrót z ZOO był zaskakująco krótki i sprawny, bez żadnych korków (wow!). Oczywiście, mijaliśmy korek samochodów czekających na wjazd do galerii handlowej...ale tylko mijaliśmy!!!
PS. Po niespełna godzinie oczekiwania na przejaśnienie się, podeszliśmy do informacji ZOO z zapytaniem, kiedy przestanie padać;) Pani nie znała odpowiedzi na to pytanie, ale powiedziała, że jeśli nie przestanie, to jutro możemy wejść na tych samych biletach (czyli z tymi samymi "bransoletami"). Oczywiście, nie moglibyśmy przyjechać ze względu na brak czasu (praca Taty), ale był to sprawiedliwy układ!
PS2. Tata zapytał naszą koleżankę, czy w Jej mieście w Indiach jest ZOO. Odpowiedziała, że tak, oczywiście, mają ZOO, ale...nie ma zwierząt, już nie żyją;)
Najpierw powiedzieliśmy "hello" żyrafom, a w gwoli ścisłości - tylko Antoni się przywitał, Wiktor na sam widok żyrafek zaczął płakać...Pech chciał, że sąsiadami żyrafy były słonie - ich widok tylko spotęgował wiktorkowy płacz, który zdołały ukoić ptaki wylęgujące się przy pobliskim jeziorze. Niestety, wkrótce spotkaliśmy sarny i znów rozległo się głośne wycie (bynajmniej nie saren). Cóż, Wiki, który tak lubi oglądać zwierzęta w książeczkach, na żywo bał się każdego, które było większe od Niego...Dopiero po jakimś czasie przełamał swój strach. Z kolei Antoś od początku z zainteresowaniem oglądał wszystkie zwierzęta, cieszył się na widok każdego z nich, nawet długaśnego węża, którego z pasją naśladował ("pssssss", bo przecież tak robi wąż:)). Po długim spacerze po ZOO dotarliśmy do mini Zoo, gdzie znów wypuściliśmy nasze Gady "na wolność" - tam z zainteresowaniem przyjrzały się jedynie konikowi, a większą od pozostałych zwierzątek atrakcję stanowiła kolorowa ściana, wzdłuż której cała trójka biegała jak szalona:)
Powrót z ZOO był zaskakująco krótki i sprawny, bez żadnych korków (wow!). Oczywiście, mijaliśmy korek samochodów czekających na wjazd do galerii handlowej...ale tylko mijaliśmy!!!
PS. Po niespełna godzinie oczekiwania na przejaśnienie się, podeszliśmy do informacji ZOO z zapytaniem, kiedy przestanie padać;) Pani nie znała odpowiedzi na to pytanie, ale powiedziała, że jeśli nie przestanie, to jutro możemy wejść na tych samych biletach (czyli z tymi samymi "bransoletami"). Oczywiście, nie moglibyśmy przyjechać ze względu na brak czasu (praca Taty), ale był to sprawiedliwy układ!
PS2. Tata zapytał naszą koleżankę, czy w Jej mieście w Indiach jest ZOO. Odpowiedziała, że tak, oczywiście, mają ZOO, ale...nie ma zwierząt, już nie żyją;)
niedziela, 27 listopada 2011
Przedświąteczne spacerowanie
Czy pisałam już, że shopping jest narodowym sportem Malezyjczyków? Nie?! To najwyższa pora by o tym wspomnieć, bo dziś, jak już nie jeden raz w deszczowe popołudnie szaleńczy pęd mieszkańców Malezji do robienia zakupów, pokrzyżował nam plany! A było to tak...Niepewni pogody zapobiegawczo zrezygnowaliśmy z przejażdżki metrem i przesiedliśmy się w samochód, aby dojechać do Golden Triangle - chcieliśmy w końcu zdobyć szczyt Menary Tower i rozkoszować się widokiem Kuala Lumpur z lotu ptaka, by następnie wylądować na placu zabaw pod dwoma wieżami. Już w drodze zaczął padać deszcz, więc zdecydowaliśmy się na plan B - wycieczkę do jednej z galerii handlowych, w której mieści się dziecięce centrum rozrywki. Chcieliśmy tylko i wyłącznie po to do niej wejść, aby spędzić z Brzdącami miłe popołudnie w bezpiecznym i przyjaznym miejscu, w którym mogłyby poszaleć! Gdzie tam! Tak z jednej, z drugiej, jak i z trzeciej strony wjazd do galerii był zakorkowany, mało tego - utknęliśmy w korku już na chwilę przed tym, zanim ukazała się ona na horyzoncie...Nie do wiary! Nie dość, że było niedzielne popołudnie, to jeszcze długi weekend (jutro znów jest święto, a jak to zwykle w święta bywa, zwłaszcza w Malezji - dzień wolny od pracy)! Jasne, że rozumiem, że może część kierowców stojących wraz z nami w korku jechała tam po to, aby zorganizować swym dzieciom zabawę, po to, aby zagrać w kręgle, albo po to, aby pójść do kina...Ale z pewnością nie wszyscy!!! Postanowiliśmy spróbować dojechać do Lake Gardens, ale w drodze znowu utknęliśmy w korku, tym razem głównie z autobusami, które jechały na KL Sentral...Zawróciliśmy i tak oto po niespełna godzinie znaleźliśmy się na okolicznym placu zabaw. No i też było fajnie :) przynajmniej przez te pół godzinki, zanim dopadła nas burza...
Ale wracając do shoppingu. Dosłownie zawsze, kiedy jesteśmy w galerii (w której mieści się Carrefour, tej samej, w której jest dziecięca kraina zabawy i kręgielnia), panują w niej dzikie tłumy Azjatów! Wczoraj, na ten przykład, korzystając z pięknego przedpołudnia, wybraliśmy się pod Petronas Towers na relaks w pełnym słonku, pod palmami, kiedy to Brzdące słodko spały na (nie)świeżym powietrzu...Aby wydostać się ze stacji metra do parku, trzeba przejść przez pół galerii Suria KLCC. Zawsze lubimy się tamtędy przechadzać, obserwować kolorowy karawan mijających nas ludzi i poczuć powiew "wielkiego świata":) Zawsze też spotykamy tam tłumy, teraz tym większe, że rozpoczęły się wyprzedaże i to nie byle jakie, bo w wielu sklepach na wybrane produkty od razu -70%! Poza tym myślę sobie, że chyba w muzułmańskim kraju owym rozpoczął się "szał przedświątecznych zakupów", w galeriach słychać dźwięki Jingle Bells, a holle i często sklepy przyozdobione są choinkami! Toż to istne szaleństwo! Dziwnie tak jednak, przyjemnie: w środku ozdoby świąteczne i zima przychodzi na myśl, a na zewnątrz...Sami zobaczcie:)
Petronas Twin Towers step by step...(a dokładniej śladem naszego spaceru)
I świąteczne nastroje w Surii KLCC
Ale wracając do shoppingu. Dosłownie zawsze, kiedy jesteśmy w galerii (w której mieści się Carrefour, tej samej, w której jest dziecięca kraina zabawy i kręgielnia), panują w niej dzikie tłumy Azjatów! Wczoraj, na ten przykład, korzystając z pięknego przedpołudnia, wybraliśmy się pod Petronas Towers na relaks w pełnym słonku, pod palmami, kiedy to Brzdące słodko spały na (nie)świeżym powietrzu...Aby wydostać się ze stacji metra do parku, trzeba przejść przez pół galerii Suria KLCC. Zawsze lubimy się tamtędy przechadzać, obserwować kolorowy karawan mijających nas ludzi i poczuć powiew "wielkiego świata":) Zawsze też spotykamy tam tłumy, teraz tym większe, że rozpoczęły się wyprzedaże i to nie byle jakie, bo w wielu sklepach na wybrane produkty od razu -70%! Poza tym myślę sobie, że chyba w muzułmańskim kraju owym rozpoczął się "szał przedświątecznych zakupów", w galeriach słychać dźwięki Jingle Bells, a holle i często sklepy przyozdobione są choinkami! Toż to istne szaleństwo! Dziwnie tak jednak, przyjemnie: w środku ozdoby świąteczne i zima przychodzi na myśl, a na zewnątrz...Sami zobaczcie:)
Petronas Twin Towers step by step...(a dokładniej śladem naszego spaceru)
I świąteczne nastroje w Surii KLCC
czwartek, 24 listopada 2011
Coraz bliżej święta? A winter break a Kraków...
Wczoraj zakończyła się moja przygoda z British Council, a ściślej rzecz ujmując - postanowiłam zrobić sobie przerwę. Będąc w kiosku przypadkiem trafiłam na najnowszy numer Lonely planet Asia, w którym oprócz obszernego artykułu i pięknych zdjęć Cameron Highlands, jest też...równie obszerny artykuł o Krakowie (i mniej piękne, moim zdaniem, zdjęcia)! Bardzo się ucieszyłam i wzruszyłam jednocześnie, widząc okładkę magazynu z tekstem A winter break in Kraków. Oczywiście, gazetkę zakupiłam, artykuł przeczytałam i obejrzałam zdjęcia zimowego, śnieżnego miasta naszego...Zatęskniłam strasznie, ale od razu sobie przypomniałam, że już za niecały miesiąc znów zobaczę wszystko na własne oczy, poczuję atmosferę Krakowa i świąt...Kiedy jechałam metrem na zajęcia, zagłębiona w lekturze, zaczepiła mnie siedząca obok Japonka, pytając, gdzie jest to piękne miejsce? I co to za miasto? Chwilę porozmawiałyśmy, Japonka zrobiła "pamiątkowe" zdjęcie okładki gazety i zdjęcia zdjęć Krakowa :) i powiedziała, że zakupi gazetkę! Oczywiście, na zajęciach z angielskiego nie omieszkałam jej pokazać :)
Dziś, jak to Tata stwierdził, mam pierwszy dzień wakacji :) Wow, odtąd przez kolejne trzy tygodnie, jeśli nic się nie zmieni i Brzdące się nie pochorują (na razie wszyscy jesteśmy tylko przeziębieni), będę mieć 4h/dziennie tylko dla siebie! Szaleństwo!!! Postanowiłam to uczcić wizytą w ulubionej księgarni, gdzie - poza relaksem wśród książek i nosem w przewodnikach turystycznych - miałam poszukiwać dobrej, niezbyt długiej i niezbyt drogiej książki, takiej, którą czytając będę mogła szlifować angielski. Ale cóż...skończyło się na tym, że przy dźwiękach Jingle bells szperałam w książeczkach i książkach z serii: Santa Claus might be jealous, i zakupiłam książeczki Brzdącom (nie z tego cyklu)! Swoją drogą, podnieciłam się nieco słysząc Jingle bells! A ostatnio, muszę się pochwalić, spotkaliśmy Mikołaja w pewnym sklepie spożywczym, a przy nim choinkę i ozdoby choinkowe. Wow! Nie wiedziałam, że w muzułmańskim kraju dane mi będzie poczuć atmosferę nadchodzących świąt...I rzeczywiście, w Surii KLCC, w księgarni i sklepie spożywczym, który dziś odwiedziłam również są choinki: zielone, srebrne i pięknie ozdobione! Niestety, jakoś nie czuć tutaj zbliżających się świąt, tropikalny klimat i sam fakt pobytu za granicą nie sprzyja przedświątecznym rozmyślaniom, zresztą...hello, do świąt jeszcze miesiąc! Jakie świąteczne przygotowania i rozmyślania?!
W owym dużym sklepie spożywczym, przy kasie zaczepiła mnie pani z pytaniem: "Gdzie są babies? Antoni&Wiktor? Gdzie Oni są?!" Cóż za miła niespodzianka! Byłam tak samo zaskoczona Jej pytaniem, jak Ona moją odpowiedzią :)
British Council, zakończenie zajęć
Dziś, jak to Tata stwierdził, mam pierwszy dzień wakacji :) Wow, odtąd przez kolejne trzy tygodnie, jeśli nic się nie zmieni i Brzdące się nie pochorują (na razie wszyscy jesteśmy tylko przeziębieni), będę mieć 4h/dziennie tylko dla siebie! Szaleństwo!!! Postanowiłam to uczcić wizytą w ulubionej księgarni, gdzie - poza relaksem wśród książek i nosem w przewodnikach turystycznych - miałam poszukiwać dobrej, niezbyt długiej i niezbyt drogiej książki, takiej, którą czytając będę mogła szlifować angielski. Ale cóż...skończyło się na tym, że przy dźwiękach Jingle bells szperałam w książeczkach i książkach z serii: Santa Claus might be jealous, i zakupiłam książeczki Brzdącom (nie z tego cyklu)! Swoją drogą, podnieciłam się nieco słysząc Jingle bells! A ostatnio, muszę się pochwalić, spotkaliśmy Mikołaja w pewnym sklepie spożywczym, a przy nim choinkę i ozdoby choinkowe. Wow! Nie wiedziałam, że w muzułmańskim kraju dane mi będzie poczuć atmosferę nadchodzących świąt...I rzeczywiście, w Surii KLCC, w księgarni i sklepie spożywczym, który dziś odwiedziłam również są choinki: zielone, srebrne i pięknie ozdobione! Niestety, jakoś nie czuć tutaj zbliżających się świąt, tropikalny klimat i sam fakt pobytu za granicą nie sprzyja przedświątecznym rozmyślaniom, zresztą...hello, do świąt jeszcze miesiąc! Jakie świąteczne przygotowania i rozmyślania?!
W owym dużym sklepie spożywczym, przy kasie zaczepiła mnie pani z pytaniem: "Gdzie są babies? Antoni&Wiktor? Gdzie Oni są?!" Cóż za miła niespodzianka! Byłam tak samo zaskoczona Jej pytaniem, jak Ona moją odpowiedzią :)
British Council, zakończenie zajęć
wtorek, 22 listopada 2011
Zamigotał świat...
W miniony weekend planowaliśmy jechać z naszymi hinduskimi znajomymi do Cameron Highlands, jednak plan ten spalił na panewce - najpierw znajomi zaproponowali przełożenie wycieczki, a później Brzdące wykazywały oznaki przeziębienia, więc postanowiliśmy zostać w Kuala Lumpur.
W sobotę wybraliśmy się na spacer po dzielnicach Little India i Chinatown. Pogoda przez te kilka godzin wyjątkowo nas rozpieściła, by następnie przegonić nas do domu! Popołudnie minęło nam słonecznie i miło, aczkolwiek później odczuwaliśmy dziwny ból w okolicy krtani i tchawicy, a wszystko przez...smog! Niesamowite, że nawet w sobotę w mieście jest straszny ruch, korki na drogach, tłoczno na ulicach, wszędzie głośno i kolorowo! To, co pierwsze przychodzi mi na myśl, kiedy ktoś pyta mnie o różnice między życiem w Polsce, a w Malezji, to...hałas! Straszny, wszędobylski hałas i gwar. Każdego dnia budzą mnie modlitwy i śpiewy dobiegające z pobliskiego meczetu, za chwilę słyszę dźwięki dochodzące z metra, odgłosy samochodów, motorów i autobusów, i ich klaksonów! Kierowcy tutaj trąbią na potęgę (nawet stojąc w korkach)! W ciągu dnia oprócz dźwięków pojazdów mechanicznych i muzułmańskich śpiewów dobiegają mnie jeszcze hałasy z pobliskiej budowy apartamentowca (trzeba przyznać, że Kuala Lumpur jest miastem, które stale się rozbudowuje i wszędzie są place budowy, a w ich okolicy - głośno od prac!). W drodze na angielski z trudem udaje mi się przedrzeć przez ruchliwe i głośne ulice pod Petronas Towers...na moje nieszczęście, British Council mieści się na przeciwko przystanku autobusowego, na którym zatrzymują się takie autobusy, jakich w życiu nie widziałam...no, może lata temu na Krymie;) w każdym razie ich stan techniczny pozostawia naprawdę wiele do życzenia! Nie dość, że za nimi unosi się czarny dym, śmierdzą, hałasują, to jeszcze bardzo często mają napisany numer linii odręcznie, na kartce z bloku, a pasażerowie często stoją przy...miejscu na drzwi, bo z przodu pojazdu, od strony kierowcy i pasażerów właśnie, nie ma drzwi. Ale co tam, niech sobie autobusy jeżdżą takie, jak im się podoba, my się autobusami nie wozimy:) Oczywiście, słyszałam wiele i nie raz widziałam gdzieś na autostradzie autobusy turystyczne, którym nic złego zarzucić nie można. Ale wracając do wszechobecnego hałasu...zasypiam przy dźwiękach dobiegających z ulicy, a Brzdące, kiedy opowiadam Im na dobranoc, "kto robi lulu?" raz po raz przerywają mi, słysząc dźwięki samochodów, klaksonów i wołają "brruuuma!" Oczywiście, wiem, że Azja słynie ze swojego gwaru i ponoć w Malezji nie jest jeszcze w tej kwestii aż tak źle (jak np. w Chinach czy Indiach), ale jakoś nie mogę się przyzwyczaić (ja, która całe życie mieszkała w mieście!).
Ale wracając do weekendu...kolorowy zawrót głowy, o jaki przyprawił nas długi spacer po ulicach Little India i Chinatown, był bardzo przyjemny:)
W niedzielne przedpołudnie postawiliśmy na relaks w basenie i spokojną drzemkę Brzdąców w domu, po której planowaliśmy wybrać się na wieżę Menara, aby zobaczyć Kuala Lumpur z lotu ptaka, ale burza pokrzyżowała nam plany. Wybraliśmy się więc z naszymi hinduskimi znajomymi na kręgle. W jednej z galerii handlowych mieści się kręgielnia, do której jak szybko weszliśmy, tak szybko wyszliśmy! Powód? Wyjący jak pies do księżyca jeden z Brzdąców, który od zawsze był bardziej niż Braciszek wrażliwy na dźwięki, a trzeba przyznać, że w kręgielni było naprawdę bardzo głośno! Było też ciemno, jedynie niebieskie światła lekko rozświetlały wielką salę. Biliśmy się z myślami, czy warto zapytać pana z obsługi o możliwość ściszenia muzyki i/lub zapalenia więcej światła, czy nie, bo przecież doskonale rozumiemy, że z założenia kręgielnie nie są dla roczniaków, a całe obecne tam towarzystwo świetnie się bawiło! Ale co zrobić, jeśli ma się ochotę dołączyć do towarzystwa, a nie ma odpowiedniej osoby, której można by powierzyć roczniaki pod opiekę?! Tata zapytał więc ambitnie, czy można by...ale pan wyjaśnił Mu, że tylko w weekendy (sobota-niedziela) jest tak głośno i ciemno, bo mają styl disco;) Cóż, spróbowaliśmy zostać i raz jeszcze odwracać uwagę (ale jak tu odwracać uwagę od głośnych dźwięków i "niebezpiecznej" ciemności) i zabawiać dwoje płaczących już Brzdąców, ale szybko się poddaliśmy zgodnie twierdząc, że nie jest to jednak najodpowiedniejsze miejsce dla małych dzieci. Postanowiliśmy, że jeszcze tam wrócimy w dzień powszedni, a znajomi z Indii stwierdzili, że chętnie się do nas przyłączą:) Obok kręgielni mieści się mini centrum gier, w którym już jaśniej, ale równie głośno - flipery, różne gry i krzyczący z emocji dorośli i...dzieci! Bardzo rozbawił nas widok pewnej rodzinki, którą dłuższą chwilę obserwowaliśmy z hollu - matka (no chyba, że maid, co by nieco "tłumaczyło") z trójką dzieci (w wieku od ok 2-10 lat) siedzi przed dużym ekranem, "ambitnie" gra - strzelając do postaci ludzkich i rekinów, i szaleńczo podskakuje z radości, kiedy udaje Im się kogoś zastrzelić! Dzieciaki też skaczą! Wow! Do tego najmłodsze dziecko ma przez cały ten czas w buzi smoczka!!! I wszyscy dobrze się bawiliśmy...
W sobotę wybraliśmy się na spacer po dzielnicach Little India i Chinatown. Pogoda przez te kilka godzin wyjątkowo nas rozpieściła, by następnie przegonić nas do domu! Popołudnie minęło nam słonecznie i miło, aczkolwiek później odczuwaliśmy dziwny ból w okolicy krtani i tchawicy, a wszystko przez...smog! Niesamowite, że nawet w sobotę w mieście jest straszny ruch, korki na drogach, tłoczno na ulicach, wszędzie głośno i kolorowo! To, co pierwsze przychodzi mi na myśl, kiedy ktoś pyta mnie o różnice między życiem w Polsce, a w Malezji, to...hałas! Straszny, wszędobylski hałas i gwar. Każdego dnia budzą mnie modlitwy i śpiewy dobiegające z pobliskiego meczetu, za chwilę słyszę dźwięki dochodzące z metra, odgłosy samochodów, motorów i autobusów, i ich klaksonów! Kierowcy tutaj trąbią na potęgę (nawet stojąc w korkach)! W ciągu dnia oprócz dźwięków pojazdów mechanicznych i muzułmańskich śpiewów dobiegają mnie jeszcze hałasy z pobliskiej budowy apartamentowca (trzeba przyznać, że Kuala Lumpur jest miastem, które stale się rozbudowuje i wszędzie są place budowy, a w ich okolicy - głośno od prac!). W drodze na angielski z trudem udaje mi się przedrzeć przez ruchliwe i głośne ulice pod Petronas Towers...na moje nieszczęście, British Council mieści się na przeciwko przystanku autobusowego, na którym zatrzymują się takie autobusy, jakich w życiu nie widziałam...no, może lata temu na Krymie;) w każdym razie ich stan techniczny pozostawia naprawdę wiele do życzenia! Nie dość, że za nimi unosi się czarny dym, śmierdzą, hałasują, to jeszcze bardzo często mają napisany numer linii odręcznie, na kartce z bloku, a pasażerowie często stoją przy...miejscu na drzwi, bo z przodu pojazdu, od strony kierowcy i pasażerów właśnie, nie ma drzwi. Ale co tam, niech sobie autobusy jeżdżą takie, jak im się podoba, my się autobusami nie wozimy:) Oczywiście, słyszałam wiele i nie raz widziałam gdzieś na autostradzie autobusy turystyczne, którym nic złego zarzucić nie można. Ale wracając do wszechobecnego hałasu...zasypiam przy dźwiękach dobiegających z ulicy, a Brzdące, kiedy opowiadam Im na dobranoc, "kto robi lulu?" raz po raz przerywają mi, słysząc dźwięki samochodów, klaksonów i wołają "brruuuma!" Oczywiście, wiem, że Azja słynie ze swojego gwaru i ponoć w Malezji nie jest jeszcze w tej kwestii aż tak źle (jak np. w Chinach czy Indiach), ale jakoś nie mogę się przyzwyczaić (ja, która całe życie mieszkała w mieście!).
Ale wracając do weekendu...kolorowy zawrót głowy, o jaki przyprawił nas długi spacer po ulicach Little India i Chinatown, był bardzo przyjemny:)
W niedzielne przedpołudnie postawiliśmy na relaks w basenie i spokojną drzemkę Brzdąców w domu, po której planowaliśmy wybrać się na wieżę Menara, aby zobaczyć Kuala Lumpur z lotu ptaka, ale burza pokrzyżowała nam plany. Wybraliśmy się więc z naszymi hinduskimi znajomymi na kręgle. W jednej z galerii handlowych mieści się kręgielnia, do której jak szybko weszliśmy, tak szybko wyszliśmy! Powód? Wyjący jak pies do księżyca jeden z Brzdąców, który od zawsze był bardziej niż Braciszek wrażliwy na dźwięki, a trzeba przyznać, że w kręgielni było naprawdę bardzo głośno! Było też ciemno, jedynie niebieskie światła lekko rozświetlały wielką salę. Biliśmy się z myślami, czy warto zapytać pana z obsługi o możliwość ściszenia muzyki i/lub zapalenia więcej światła, czy nie, bo przecież doskonale rozumiemy, że z założenia kręgielnie nie są dla roczniaków, a całe obecne tam towarzystwo świetnie się bawiło! Ale co zrobić, jeśli ma się ochotę dołączyć do towarzystwa, a nie ma odpowiedniej osoby, której można by powierzyć roczniaki pod opiekę?! Tata zapytał więc ambitnie, czy można by...ale pan wyjaśnił Mu, że tylko w weekendy (sobota-niedziela) jest tak głośno i ciemno, bo mają styl disco;) Cóż, spróbowaliśmy zostać i raz jeszcze odwracać uwagę (ale jak tu odwracać uwagę od głośnych dźwięków i "niebezpiecznej" ciemności) i zabawiać dwoje płaczących już Brzdąców, ale szybko się poddaliśmy zgodnie twierdząc, że nie jest to jednak najodpowiedniejsze miejsce dla małych dzieci. Postanowiliśmy, że jeszcze tam wrócimy w dzień powszedni, a znajomi z Indii stwierdzili, że chętnie się do nas przyłączą:) Obok kręgielni mieści się mini centrum gier, w którym już jaśniej, ale równie głośno - flipery, różne gry i krzyczący z emocji dorośli i...dzieci! Bardzo rozbawił nas widok pewnej rodzinki, którą dłuższą chwilę obserwowaliśmy z hollu - matka (no chyba, że maid, co by nieco "tłumaczyło") z trójką dzieci (w wieku od ok 2-10 lat) siedzi przed dużym ekranem, "ambitnie" gra - strzelając do postaci ludzkich i rekinów, i szaleńczo podskakuje z radości, kiedy udaje Im się kogoś zastrzelić! Dzieciaki też skaczą! Wow! Do tego najmłodsze dziecko ma przez cały ten czas w buzi smoczka!!! I wszyscy dobrze się bawiliśmy...
poniedziałek, 14 listopada 2011
Świętujemy w Shah Alam!
Miniony weekend również był deszczowy, choć w niedzielne przedpołudnie zaświeciło słońce i wykorzystaliśmy ten czas na małą wycieczkę do Shah Alam - stolicy regionu Selangor, w którym obecnie mieszkamy. Shah Alam mieści się ok 20 km od Kuala Lumpur i słynie głównie z meczetu Masjid Sultan Salahuddin Abdul Aziz Shah, zwanego także Niebieskim Meczetem, który oczywiście jest jednym z największych na świecie (a drugim co do wielkości w Azji Połuniowo-Wschodniej, z największą na świecie kopułą). Piszę "oczywiście", bo nie wiem właściwie, skąd wynika taka potrzeba Malajów, Chińczyków i im podobnym, i dlaczego tak jest, że wiele rzeczy, których tu powstaje musi być największych na świecie (a przynajmniej w Azji), z największym lub najdłuższym czymś, z największą zawartością czegoś, itp. W każdym razie rzeczywiście wielkość meczetu robi wrażenie, ale ani meczet, ani jego otoczenie nie jest tak przyjazne innowiercom jak w Putrajaya. Niestety, wszyscy na nas patrzyli jak na przybyszów z innej planety, kiedy spacerowaliśmy wokół meczetu (ambitnie chcieliśmy go okrążyć w poszukiwaniu głównego wejścia i mieliśmy nadzieję, że po zakończonych modlitwach uda nam się do niego wejść. Niestety, nie udało się). Hmm, ale może tak dziwnie na nas patrzyli nie dlatego, że nie jesteśmy Muzułmanami, ale dlatego, że...spacerowaliśmy?! Pojechaliśmy więc na plac zabaw z miłym widokiem na meczet, w pobliżu którego mieści się Wet World - oczywiście największy w Malezji park wodny:) Nie mieliśmy ze sobą strojów kąpielowych ani ręczników, więc nie skorzystaliśmy, zresztą i tak wkrótce przepędziła nas z Shah Alam burza! Po drugiej stronie jeziora grała muzyka, więc postanowiliśmy pójść zobaczyć, co tam się święci:) Spacerując alejkami po raz pierwszy w tym roku doświadczyliśmy jesieni - kolorowe liście spadały z drzew, lekki wietrzyk wiał i było prawie jak w Polsce, tylko temperatura powietrza i zapach nie taki, jak w kraju...Co ciekawe i od razu nas "uderzyło" - w Shah Alam spotkaliśmy tylko dwoje chińskich dzieci z rodzicami, żadnych Hindusów ani innych ekspatriatów czy turtystów. Sami Malajowie!-w meczecie,na placu zabaw, na alejkach. Wszędzie! A po drugiej stronie jeziora...okazało się, że trwało wesele, wszyscy goście byli pięknie ubrani w tradycyjne malajskie stroje, zaproszono nas na świętowanie, dostaliśmy też małe prezenty:) Nieco skrępowani, ale zadowoleni, spacerowaliśmy wśród gości, brzegiem jeziora i bardzo miło spędziliśmy czas, dopóki burza nas stamtąd nie przepędziła!
piątek, 11 listopada 2011
Hari Raya w Melace!
Po deszczowym weekendzie nastał poniedziałek i święto Hari Raya, obchodzone przez Muzułmanów, które przypada 70 dni po zakończeniu Ramadanu. Malajscy koledzy z mojej klasy angielskiego powiedzieli, że jest to "rodzinne święto" (wręcz "festival"), a meczety w dniu Hari Raya będą dla innowierców zamknięte. Wiedzieliśmy więc, że do meczetu wybrać nam się nie uda, ale modliliśmy się o słońce, aby móc gdzieś wyruszyć i aktywnie odpocząć, korzystając z kolejnego dnia wolnego w Malezji:)
Pomimo, że w poniedziałek rano lało jak z cedra postanowiliśmy zaryzykować i udać się do Melaki, aczkolwiek czytaliśmy wiele niepochlebnych opinii o tym mieście. Stwierdziliśmy, że jeśli rzeczywiście jest takie, jak niektórzy opisują je na swych blogach, to jeśli pogoda nie dopisze, to nie będziemy mieć czego żałować:) Chociaż...malajska koleżanka z mojej klasy angielskiego stwierdziła, że Melaka jest Jej zdaniem najpiękniejszym miastem Malezji i sama przeniosła się tam z Kuala Lumpur. Wiedzieliśmy, że Melaka określana jest "mini Lizboną", a Melaka River - "Wenecją Wschodu". Hmm...ruszyliśmy w drogę! Na miejscu oczywiście utknęliśmy w gigantycznym korku - nie wiedzieć czemu wszyscy o tej samej porze, co my, chcieli wjechać do centrum miasta! Pogoda jednak wyjątkowo dopisała i jak widzieliśmy ten żar lejący się z nieba i piękny błękit, przestaliśmy martwić się sytuacją na drodze. W końcu na niebie nie było żadnej chmury mogącej zwiastować pojawienie się deszczu, a to rzadkość ostatnimi czasy!
W Melace spędziliśmy całe popołudnie i pomimo, że dużo zobaczyliśmy, wciąż mamy niedosyt! Miasto bardzo nam się podobało, co prawda w Lizbonie jeszcze nie byliśmy, więc nie mamy porównania, ale klimatem przypominało trochę Lublijanę czy Amiens (chociaż Tata twierdzi, że takie porównanie jest bez sensu, bo przecież te miasta nie są położone nad morzem). Tak czy siak, było bardzo klimatycznie, chociaż wszędzie kłębił się tłum turystów i można było dostać kolorowego zawrotu głowy od wszędobylskich rikszy i ich kierowców, trąbiących i/lub głośno słuchających muzyki! W każdym razie poczuliśmy się przez chwilę jak na wakacjach w Europie! Słoneczna pogoda, historyczne miasteczko, a więc i odrestaurowane zabytki, rejs po rzece ("Wenecji Wschodu"...hmm, moim zdaniem podobieństw brak, jak widać na załączonych obrazkach!)...miła odmiana od tego, co do tej pory widzieliśmy w Malezji, chociaż tłum Chińczyków niezmiennie taki sam:)
Pomimo, że w poniedziałek rano lało jak z cedra postanowiliśmy zaryzykować i udać się do Melaki, aczkolwiek czytaliśmy wiele niepochlebnych opinii o tym mieście. Stwierdziliśmy, że jeśli rzeczywiście jest takie, jak niektórzy opisują je na swych blogach, to jeśli pogoda nie dopisze, to nie będziemy mieć czego żałować:) Chociaż...malajska koleżanka z mojej klasy angielskiego stwierdziła, że Melaka jest Jej zdaniem najpiękniejszym miastem Malezji i sama przeniosła się tam z Kuala Lumpur. Wiedzieliśmy, że Melaka określana jest "mini Lizboną", a Melaka River - "Wenecją Wschodu". Hmm...ruszyliśmy w drogę! Na miejscu oczywiście utknęliśmy w gigantycznym korku - nie wiedzieć czemu wszyscy o tej samej porze, co my, chcieli wjechać do centrum miasta! Pogoda jednak wyjątkowo dopisała i jak widzieliśmy ten żar lejący się z nieba i piękny błękit, przestaliśmy martwić się sytuacją na drodze. W końcu na niebie nie było żadnej chmury mogącej zwiastować pojawienie się deszczu, a to rzadkość ostatnimi czasy!
W Melace spędziliśmy całe popołudnie i pomimo, że dużo zobaczyliśmy, wciąż mamy niedosyt! Miasto bardzo nam się podobało, co prawda w Lizbonie jeszcze nie byliśmy, więc nie mamy porównania, ale klimatem przypominało trochę Lublijanę czy Amiens (chociaż Tata twierdzi, że takie porównanie jest bez sensu, bo przecież te miasta nie są położone nad morzem). Tak czy siak, było bardzo klimatycznie, chociaż wszędzie kłębił się tłum turystów i można było dostać kolorowego zawrotu głowy od wszędobylskich rikszy i ich kierowców, trąbiących i/lub głośno słuchających muzyki! W każdym razie poczuliśmy się przez chwilę jak na wakacjach w Europie! Słoneczna pogoda, historyczne miasteczko, a więc i odrestaurowane zabytki, rejs po rzece ("Wenecji Wschodu"...hmm, moim zdaniem podobieństw brak, jak widać na załączonych obrazkach!)...miła odmiana od tego, co do tej pory widzieliśmy w Malezji, chociaż tłum Chińczyków niezmiennie taki sam:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)