O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

czwartek, 10 listopada 2011

Brytyjski akcent

Szybko minęły dwa tygodnie, wczoraj otrzymałam certyfikat ukończenia kursu jęz.angielskieo i dziś rozpoczęłam nowy! Na wczorajszych zajęciach było zabawnie, część osób ubrała się w galowe stroje z okazji zakończenia kursu, a potem ambitnie pozowała do pamiątkowych zdjęć:) Oczywiście, miałam plan, aby na bieżąco opisywać różne śmieszne przygody z życia mojej grupy w British Council (a było ich mnóstwo!), ale plan ten szybko spalił na panewce z powodu, oczywiście, braku czasu. Po prostu. Od wczesnego ranka zajmowała mnie opieka, zabawy i oporządzanie Brzdąców, a w wolnej chwilce lektura czegoś po angielsku (najczęściej zadania domowego lub stronki Expat Malaysia). Później odwożenie Juniorów do chińskiego żłobka, marsz do metra, 25 minut później marsz pod Petronas Towers do szkoły angielskiego, dalej zajęcia, po nich marsz do metra, spotkanie z Tatą na naszej stacji i wspólny spacer/przejażdżka samochodem (w przypadku deszczowej pogody) do żłobka i odbieranie Brzdąców, dalej powrót do domu i tak oto nadchodziła godz.19! Mała kolacja, wyjście na pole przed "blok"/do pokoju zabaw (w przypadku deszczowej pogody), tam spotkanie z hinduskimi kolegami i wspólne zabawy. Czasem wykorzystywałam ten czas na naukę angielskiego, podczas gdy Tata czuwał nad bezpieczną zabawą Brzdąców. Następnie powrót do domu, butla mleka przed snem i do łóżeczek marsz! Dalej...hmm, co było dalej, tego może nie będę nazywać...padaliśmy z Tatą na pyszczki, zmęczeni po całym dniu pracy, nauki i zabawy! Ot, proza życia!


Wczoraj było wyjątkowo męcząco, ponieważ Tata służbowo wyjechał do Tajlandii. Wszystko więc było na mojej głowie: przygotowanie Brzdąców do wyjścia do żłobka, zamówienie taxi, wgramolenie się do taksówki z bliźniakami na szelkach, z moją torebeczką, torebką z książkami i Ich żłobkową torbą, dalej odwiezienie Ich do żłobka, marsz do metra...a pięć godzin później spotkanie z hinduskim kolegą, wspólne zamówienie taxi i w drogę po Juniory i Ich hinduską koleżankę! Później zostaliśmy już w domu, bawiąc się do upadłego (tak tak, przyznaję, wybawiłam Ich "na śmierć"(celowy zabieg), toteż padły jak muchy w swych łóżeczkach godzinkę wcześniej, niż zwykle:)). Teoretycznie miałam więc cały wieczór dla siebie w oczekiwaniu na przylot Taty z Bangkoku...Nic bardziej mylnego, tzn. owszem, miałam czas, ale byłam już tak zmęczona jak pies Pluto, że poza selekcją zdjęć nie zrobiłam nic innego! Cóż, byle do przodu:)

Tymczasem na angielskim poznałam nowe osoby, moją grupkę stanowiły dziewczyny z Chin, Japonii i Korei, więc było zabawnie:) O tym i innych "brytyjskich" przygodach następnym razem!