O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

piątek, 11 listopada 2011

Hari Raya w Melace!

Po deszczowym weekendzie nastał poniedziałek i święto Hari Raya, obchodzone przez Muzułmanów, które przypada 70 dni po zakończeniu Ramadanu. Malajscy koledzy z mojej klasy angielskiego powiedzieli, że jest to "rodzinne święto" (wręcz "festival"), a meczety w dniu Hari Raya będą dla innowierców zamknięte. Wiedzieliśmy więc, że do meczetu wybrać nam się nie uda, ale modliliśmy się o słońce, aby móc gdzieś wyruszyć i aktywnie odpocząć, korzystając z kolejnego dnia wolnego w Malezji:)

Pomimo, że w poniedziałek rano lało jak z cedra postanowiliśmy zaryzykować i udać się do Melaki, aczkolwiek czytaliśmy wiele niepochlebnych opinii o tym mieście. Stwierdziliśmy, że jeśli rzeczywiście jest takie, jak niektórzy opisują je na swych blogach, to jeśli pogoda nie dopisze, to nie będziemy mieć czego żałować:) Chociaż...malajska koleżanka z mojej klasy angielskiego stwierdziła, że Melaka jest Jej zdaniem najpiękniejszym miastem Malezji i sama przeniosła się tam z Kuala Lumpur. Wiedzieliśmy, że Melaka określana jest "mini Lizboną", a Melaka River - "Wenecją Wschodu". Hmm...ruszyliśmy w drogę! Na miejscu oczywiście utknęliśmy w gigantycznym korku - nie wiedzieć czemu wszyscy o tej samej porze, co my, chcieli wjechać do centrum miasta! Pogoda jednak wyjątkowo dopisała i jak widzieliśmy ten żar lejący się z nieba i piękny błękit, przestaliśmy martwić się sytuacją na drodze. W końcu na niebie nie było żadnej chmury mogącej zwiastować pojawienie się deszczu, a to rzadkość ostatnimi czasy!

W Melace spędziliśmy całe popołudnie i pomimo, że dużo zobaczyliśmy, wciąż mamy niedosyt! Miasto bardzo nam się podobało, co prawda w Lizbonie jeszcze nie byliśmy, więc nie mamy porównania, ale klimatem przypominało trochę Lublijanę czy Amiens (chociaż Tata twierdzi, że takie porównanie jest bez sensu, bo przecież te miasta nie są położone nad morzem). Tak czy siak, było bardzo klimatycznie, chociaż wszędzie kłębił się tłum turystów i można było dostać kolorowego zawrotu głowy od wszędobylskich rikszy i ich kierowców, trąbiących i/lub głośno słuchających muzyki! W każdym razie poczuliśmy się przez chwilę jak na wakacjach w Europie! Słoneczna pogoda, historyczne miasteczko, a więc i odrestaurowane zabytki, rejs po rzece ("Wenecji Wschodu"...hmm, moim zdaniem podobieństw brak, jak widać na załączonych obrazkach!)...miła odmiana od tego, co do tej pory widzieliśmy w Malezji, chociaż tłum Chińczyków niezmiennie taki sam:)