W miniony weekend planowaliśmy jechać z naszymi hinduskimi znajomymi do Cameron Highlands, jednak plan ten spalił na panewce - najpierw znajomi zaproponowali przełożenie wycieczki, a później Brzdące wykazywały oznaki przeziębienia, więc postanowiliśmy zostać w Kuala Lumpur.
W sobotę wybraliśmy się na spacer po dzielnicach Little India i Chinatown. Pogoda przez te kilka godzin wyjątkowo nas rozpieściła, by następnie przegonić nas do domu! Popołudnie minęło nam słonecznie i miło, aczkolwiek później odczuwaliśmy dziwny ból w okolicy krtani i tchawicy, a wszystko przez...smog! Niesamowite, że nawet w sobotę w mieście jest straszny ruch, korki na drogach, tłoczno na ulicach, wszędzie głośno i kolorowo! To, co pierwsze przychodzi mi na myśl, kiedy ktoś pyta mnie o różnice między życiem w Polsce, a w Malezji, to...hałas! Straszny, wszędobylski hałas i gwar. Każdego dnia budzą mnie modlitwy i śpiewy dobiegające z pobliskiego meczetu, za chwilę słyszę dźwięki dochodzące z metra, odgłosy samochodów, motorów i autobusów, i ich klaksonów! Kierowcy tutaj trąbią na potęgę (nawet stojąc w korkach)! W ciągu dnia oprócz dźwięków pojazdów mechanicznych i muzułmańskich śpiewów dobiegają mnie jeszcze hałasy z pobliskiej budowy apartamentowca (trzeba przyznać, że Kuala Lumpur jest miastem, które stale się rozbudowuje i wszędzie są place budowy, a w ich okolicy - głośno od prac!). W drodze na angielski z trudem udaje mi się przedrzeć przez ruchliwe i głośne ulice pod Petronas Towers...na moje nieszczęście, British Council mieści się na przeciwko przystanku autobusowego, na którym zatrzymują się takie autobusy, jakich w życiu nie widziałam...no, może lata temu na Krymie;) w każdym razie ich stan techniczny pozostawia naprawdę wiele do życzenia! Nie dość, że za nimi unosi się czarny dym, śmierdzą, hałasują, to jeszcze bardzo często mają napisany numer linii odręcznie, na kartce z bloku, a pasażerowie często stoją przy...miejscu na drzwi, bo z przodu pojazdu, od strony kierowcy i pasażerów właśnie, nie ma drzwi. Ale co tam, niech sobie autobusy jeżdżą takie, jak im się podoba, my się autobusami nie wozimy:) Oczywiście, słyszałam wiele i nie raz widziałam gdzieś na autostradzie autobusy turystyczne, którym nic złego zarzucić nie można. Ale wracając do wszechobecnego hałasu...zasypiam przy dźwiękach dobiegających z ulicy, a Brzdące, kiedy opowiadam Im na dobranoc, "kto robi lulu?" raz po raz przerywają mi, słysząc dźwięki samochodów, klaksonów i wołają "brruuuma!" Oczywiście, wiem, że Azja słynie ze swojego gwaru i ponoć w Malezji nie jest jeszcze w tej kwestii aż tak źle (jak np. w Chinach czy Indiach), ale jakoś nie mogę się przyzwyczaić (ja, która całe życie mieszkała w mieście!).
Ale wracając do weekendu...kolorowy zawrót głowy, o jaki przyprawił nas długi spacer po ulicach Little India i Chinatown, był bardzo przyjemny:)
W niedzielne przedpołudnie postawiliśmy na relaks w basenie i spokojną drzemkę Brzdąców w domu, po której planowaliśmy wybrać się na wieżę Menara, aby zobaczyć Kuala Lumpur z lotu ptaka, ale burza pokrzyżowała nam plany. Wybraliśmy się więc z naszymi hinduskimi znajomymi na kręgle. W jednej z galerii handlowych mieści się kręgielnia, do której jak szybko weszliśmy, tak szybko wyszliśmy! Powód? Wyjący jak pies do księżyca jeden z Brzdąców, który od zawsze był bardziej niż Braciszek wrażliwy na dźwięki, a trzeba przyznać, że w kręgielni było naprawdę bardzo głośno! Było też ciemno, jedynie niebieskie światła lekko rozświetlały wielką salę. Biliśmy się z myślami, czy warto zapytać pana z obsługi o możliwość ściszenia muzyki i/lub zapalenia więcej światła, czy nie, bo przecież doskonale rozumiemy, że z założenia kręgielnie nie są dla roczniaków, a całe obecne tam towarzystwo świetnie się bawiło! Ale co zrobić, jeśli ma się ochotę dołączyć do towarzystwa, a nie ma odpowiedniej osoby, której można by powierzyć roczniaki pod opiekę?! Tata zapytał więc ambitnie, czy można by...ale pan wyjaśnił Mu, że tylko w weekendy (sobota-niedziela) jest tak głośno i ciemno, bo mają styl disco;) Cóż, spróbowaliśmy zostać i raz jeszcze odwracać uwagę (ale jak tu odwracać uwagę od głośnych dźwięków i "niebezpiecznej" ciemności) i zabawiać dwoje płaczących już Brzdąców, ale szybko się poddaliśmy zgodnie twierdząc, że nie jest to jednak najodpowiedniejsze miejsce dla małych dzieci. Postanowiliśmy, że jeszcze tam wrócimy w dzień powszedni, a znajomi z Indii stwierdzili, że chętnie się do nas przyłączą:) Obok kręgielni mieści się mini centrum gier, w którym już jaśniej, ale równie głośno - flipery, różne gry i krzyczący z emocji dorośli i...dzieci! Bardzo rozbawił nas widok pewnej rodzinki, którą dłuższą chwilę obserwowaliśmy z hollu - matka (no chyba, że maid, co by nieco "tłumaczyło") z trójką dzieci (w wieku od ok 2-10 lat) siedzi przed dużym ekranem, "ambitnie" gra - strzelając do postaci ludzkich i rekinów, i szaleńczo podskakuje z radości, kiedy udaje Im się kogoś zastrzelić! Dzieciaki też skaczą! Wow! Do tego najmłodsze dziecko ma przez cały ten czas w buzi smoczka!!! I wszyscy dobrze się bawiliśmy...
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)