O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

piątek, 11 listopada 2011

Iranian Lumpur

Jak już wspominałam, wczoraj rozpoczęłam nowy kurs jęz. angielskiego, wraz z którym poznałam kilka nowych osób. Większość grupy pozostała jednak ta sama (co tłumaczy, dlaczego tak trudno było się zapisać na pierwszy kurs! Otóż to nie dzikie tłumy ranną porą zaatakowały British Council, ale wcześniej zdążyli się już zapisać "starzy" kursanci - pierwszeństwo mają ci, którzy na kurs już uczęszczają. I słusznie. Dzień później, w miarę wolnych miejsc, zapisywani są inni chętni).

Nowi uczestnicy kursu przybyli do nas z Chin, Iranu, Japonii, Korei i Turcji. Co ciekawe, z Iranu są tylko dwie osoby, podczas gdy na pierwszym kursie Irańczycy stanowili prawie połowę grupy (jak stwierdziła kolumbijska koleżanka, jesteśmy nie w Kuala Lumpur, ale w "Iranian Lumpur", co miało dotyczyć nie tylko British Council, ale także Jej "bloku", czyli condo. Z naszych doświadczeń wynika jednak, że żyjemy w "Indian Lumpur" - w naszym "bloku" większość mieszkańców to Hindusi (choć nikogo z Indii na kursach nie spotkałam; ale mieszka też u nas kilka irańskich rodzin, które zatrzymały się w Malezji w oczekiwaniu na wizę do Kanady), z kolei nowa japońska koleżanka twierdzi i narzeka, że w Jej condo żyją sami Japończycy! Hmm, jak widać, co dzielnica, to obyczaj;)'!). Większość nowych uczestników kursu pochodzi z Chin.

Na początku wczorajszych zajęć nauczycielka czytała pełną listę obecności (jak w szkole!), ale szybko się zniechęciła po odczytaniu kilku chińskich i malajskich nazwisk, pozostając tylko przy czytaniu imion uczestników kursu. Wcześniej odczytała imię i nazwisko chińskiej koleżanki (która zwie się Yu Mu). Nauczycielka stwierdziła, że chyba będzie często wywoływać koleżankę do odpowiedzi, bo uwielbia Jej imię (Yu), jego melodię i zna wiele kobiet o tym imieniu. Zawstydzona koleżanka przytaknęła i cicho odpowiedziała, że właściwie to jest Jej nazwisko, imię to Mu;) Nauczycielka asertywnie stwierdziła, że imię Mu też fajne, a Yu Mu to już w ogóle brzmi rewelacyjnie!

Dziś z kolei mieliśmy zajęcia z mało doświadczonym/mało utalentowanym nauczycielem (jedynym jak dotąd, który nie przypadł mi do gustu, choć momentami nawet śmieszył mnie Jego angielski humor) i mieliśmy twardo dyskutować w grupach, czy lepszym przyjacielem człowieka jest pies, czy kot (to był jeden z tych durnych tematów discussion, które zadał). Padały więc odpowiedzi, że pies jest "loyal, honest, lovely", etc., aż tu nagle chiński kolega stwierdził, że pies jest "delicious". Hmm...Japońska koleżanka z kolei opowiadała historię swej miłości - miała 27 lat kiedy postanowiła poznać swojego przyszłego męża, a że nie miała czasu na poszukiwania, zgłosiła się do biura matrymonialnego i sowicie zapłaciła firmie za znalezienie odpowiedniego partnera. Twierdzi, że to norma wśród japońskich 30-latków, bowiem rzadko zdarza się, żeby kobiety szukały męża przed swoją 30-tką. W każdym razie pierwszym partnerem, jakiego dla Niej znaleziono był Jej obecny mąż, umówiono Ich w ekskluzywnym hotelu i...nie wiem, co było dalej tego wieczoru, ale pozostali już razem. Po trzech miesiącach znajomości zaręczyli się, po dziewięciu miesiącach wzięli ślub, a trzy dni po ślubie On wyjechał do Malezji. Świeżo upieczona mężatka przez trzy miesiące żyła sama w Japonii, aż uregulowała wszystkie sprawy i dołączyła do męża w Kuala Lumpur w marcu tego roku. Od tego czasu jest dumną "house manager" myślącą o dziecku...Urzekła mnie Jej historia - myślałam, że takie cuda to tylko w filmach;) Turecki kolega opowiadał o swojej przemianie - z zawodowego żołnierza stał się biznesmenem, założycielem jednej z firm w Malezji i bardzo chwalił sobie sytuację ekonomiczną i życie w Malezji. Podobnie jak większość uczestników kursu. Jedynie niektórzy Malajowie stwierdzili, że życie tutaj nie jest spełnieniem Ich marzeń i chcieliby przenieść się gdzieś indziej. Gdzie? Do Australii lub Europy. Hmm...Europa, Europa...