O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

poniedziałek, 14 listopada 2011

Świętujemy w Shah Alam!

Miniony weekend również był deszczowy, choć w niedzielne przedpołudnie zaświeciło słońce i wykorzystaliśmy ten czas na małą wycieczkę do Shah Alam - stolicy regionu Selangor, w którym obecnie mieszkamy. Shah Alam mieści się ok 20 km od Kuala Lumpur i słynie głównie z meczetu Masjid Sultan Salahuddin Abdul Aziz Shah, zwanego także Niebieskim Meczetem, który oczywiście jest jednym z największych na świecie (a drugim co do wielkości w Azji Połuniowo-Wschodniej, z największą na świecie kopułą). Piszę "oczywiście", bo nie wiem właściwie, skąd wynika taka potrzeba Malajów, Chińczyków i im podobnym, i dlaczego tak jest, że wiele rzeczy, których tu powstaje musi być największych na świecie (a przynajmniej w Azji), z największym lub najdłuższym czymś, z największą zawartością czegoś, itp. W każdym razie rzeczywiście wielkość meczetu robi wrażenie, ale ani meczet, ani jego otoczenie nie jest tak przyjazne innowiercom jak w Putrajaya. Niestety, wszyscy na nas patrzyli jak na przybyszów z innej planety, kiedy spacerowaliśmy wokół meczetu (ambitnie chcieliśmy go okrążyć w poszukiwaniu głównego wejścia i mieliśmy nadzieję, że po zakończonych modlitwach uda nam się do niego wejść. Niestety, nie udało się). Hmm, ale może tak dziwnie na nas patrzyli nie dlatego, że nie jesteśmy Muzułmanami, ale dlatego, że...spacerowaliśmy?! Pojechaliśmy więc na plac zabaw z miłym widokiem na meczet, w pobliżu którego mieści się Wet World - oczywiście największy w Malezji park wodny:) Nie mieliśmy ze sobą strojów kąpielowych ani ręczników, więc nie skorzystaliśmy, zresztą i tak wkrótce przepędziła nas z Shah Alam burza! Po drugiej stronie jeziora grała muzyka, więc postanowiliśmy pójść zobaczyć, co tam się święci:) Spacerując alejkami po raz pierwszy w tym roku doświadczyliśmy jesieni - kolorowe liście spadały z drzew, lekki wietrzyk wiał i było prawie jak w Polsce, tylko temperatura powietrza i zapach nie taki, jak w kraju...Co ciekawe i od razu nas "uderzyło" - w Shah Alam spotkaliśmy tylko dwoje chińskich dzieci z rodzicami, żadnych Hindusów ani innych ekspatriatów czy turtystów. Sami Malajowie!-w meczecie,na placu zabaw, na alejkach. Wszędzie! A po drugiej stronie jeziora...okazało się, że trwało wesele, wszyscy goście byli pięknie ubrani w tradycyjne malajskie stroje, zaproszono nas na świętowanie, dostaliśmy też małe prezenty:) Nieco skrępowani, ale zadowoleni, spacerowaliśmy wśród gości, brzegiem jeziora i bardzo miło spędziliśmy czas, dopóki burza nas stamtąd nie przepędziła!