O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

piątek, 11 listopada 2011

Councilowe opowieści

Kolejny tydzień pracy i nauki za nami, a weekend znów zapowiada się deszczowy. A przynajmniej deszczyk od rana robi "kap kap kap", a my od rana trwamy w nadziei, że słońce jeszcze zaświeci!

Tymczasem będąc myślami przy British Council chciałabym zapisać kilka wspomnień z pierwszego kursu. Żałuję, że nie pisałam na bieżąco, trudno. To, co szczególnie utkwiło mi w pamięci, to zabawna sytuacja z chińskim kolegą. Podczas pierwszych zajęć nauczyciel czytał listę obecności, a po odczytaniu imienia i nazwiska Chińczyka, składającego się z trzech czy czterech członów, otrzymał natychmiastową odpowiedź zwrotną "call me Jason". Może te słowa przelane na bloga nie brzmią śmiesznie, ale ja mam przed oczyma twarz Jasona, Jego sposób bycia i mówienia...no właśnie, nikt nie potrafił zrozumieć wszystkiego, co Jason mówił. I bynajmniej nie dlatego, że nie rozumieliśmy "co autor miał na myśli", ale nie potrafiliśmy skojarzyć, jakimi słowami się posługuje, bowiem mówił bardzo szybko i z mocnym chińskim akcentem. Ale to nieważne:) Istotne jest, że Jason chce zostać muzykiem rockowym, ma swój zespół i ubolewa nad tym, że w Malezji bardzo rzadko mają miejsce koncerty rockowe. Acha! Jason urodził się w Malezji, ale jako jedyny Malaj chińskiego pochodzenia czuje się bardziej Chińczykiem! Kolumbijska koleżanka powiedziała Mu kiedyś, że wydawało Jej się, że Jason przyjechał prosto z USA, na co On odpowiedział: "I look like a foreign? Oh no! I knew it!", no i się lekko załamał:) Poza tym stwierdził, że to może dlatego, że - jak o sobie powiedział - "I always look great". Przez całe dwa tygodnie, kiedy miałam pracować z chińskim kolegą, naprawdę z trudem powtrzymywałam się od tego, aby nie mówić do Niego "call me Jason", tylko Jason:) Podobnie, na obecnym kursie mamy chińskiego kolegę (prosto z Chin) i znowu - historia lubi się powtarzać - kiedy nauczycielka odczytywała listę obecności, On poprosił, aby nazywała Go Kevin. Hmm, czyżby Chińczycy mieli kompleks z powodu swych imion?!

Interesujące i lekko wstrząsające dla mnie są historie życia uczestników kursu i to, w jaki sposób znaleźli się w Malezji...I tak wszyscy Iranijczycy uciekli ze swojego kraju z powodu sytuacji politycznej - część z Nich pracuje w Kuala Lumpur, część studiuje, a część...uczy się angielskiego w oczekiwaniu na wizę do Kanady, gdzie zamierzają spędzić resztę życia. Jedna z irańskich koleżanek na każde zajęcia przychodziła ubrana jak na pokaz mody, w pełnym makijażu, włosy nienagannie ułożone, wydekoltowana, w spódniczce mini lub obcisłych spodniach...Jest Muzułmanką, ale - jak sama mówi - w Iranie nie zaznała wolności, więc tutaj chce ją manifestować poprzez swój styl. Ponadto chce studiować w Kuala Lumpur coś związanego z modą (hmm, istnieją takie studia wyższe?), a później...sama nie wie, może zostanie w Malezji, może wyjedzie do Kanady, może do Australii lub Europy...w każdym razie jest przekonana, że do Iranu nigdy nie wróci. Apropos, w nawiązaniu do poprzedniego posta, ta Iranka twierdzi, że w Jej condo mieszają sami Jej rodacy (hmm, co dzielnica, to obyczaj!), ale w przeciwieństwie do japońskiej koleżanki nie narzeka i integruje się z rodakami. Jeden z irańskich kolegów pracuje w malezyjskiej firmie, często służbowo wyjeżdża do innych azjatyckich lub europejskich krajów (ba! nawet był w Polsce, w stolicy naszej i w Łodzi), ale docelowo chce wrócić do Iranu, aby zmienić tamtejszą politykę. Opracował program i chce zmieniać irański świat...hmm, trzymam kciuki! Pozostała część kolegów i koleżanka z Iranu też myślą, że pewnego dnia wrócą do Iranu. Kiedy? Tego nie wie nikt - zgodnie przyznają - jak sytuacja w ich kraju się zmieni. Podobnie jak syryjski kolega, który do Malezji przybył z bratem - sytuacja polityczna zmusiła Ich do opuszczenia Syrii, rodzice wysłali Ich tutaj, aby mieli lepszą przyszłość, aby mogli pójść na studia. I tak studiują tutaj i planują zostać na najbliższe pięć lat. Co dalej? Myśli, że chcieliby wrócić do ojczystego kraju, ale czy wrócą - nie wiadomo. Kurczę, myślę sobie, to takie smutne. Uciekać z ojczyzny w poszukiwaniu lepszego życia za granicą, często zostawiając swoje rodziny i nie wiedząc, czy kiedykolwiek wróci się do kraju, do miejsc z dzieciństwa, przyjaciół, czy nie lepiej zabrać rodzinę do innego świata i zacząć życie na nowo (jak już pisałam, Iranijczycy masowo wyjeżdżają do Kanady). Jasne, że Polacy też emigrują, zwłaszcza do innych krajów europejskich, ale jednak większość tych, których znam myśli o powrocie do Polski lub ułożyli sobie życie z partnerem innej narodowości, założyli rodzinę i zostali w kraju męża, niemniej jednak chętnie wracają do Polski, odwiedzają swoje rodziny i przyjaciół. To zupełnie inna sytuacja od tej, która dotyka syryjskiego kolegę czy irańskich znajomych.

Na kursie poznałam też kolegę z Niemiec, ale niewiele o Nim wiem, poza tym, że mieszka w Heidelbergu (byliśmy tam!), przyjechał do Malezji na kontrakt, a po tym, jak zdobędzie doświadczenie zawodowe, planuje wrócić do ojczyzny. Podobnie zresztą jak kolega z Korei i jeden z naszych nauczycieli, który pochodzi z Anglii. Po zakończeniu pracy w British Council planuje wrócić do Londynu.

Kolumbijska koleżanka ma w Kuala Lumur dużo wolnego czasu, bowiem jedynym Jej zajęciem jest uczęszczanie na kurs angielskiego i zajmowanie się pieskami, które przyleciały tu razem z Nią i Jej chłopakiem! Biedaczyska! Spędziły trzy doby lecąc trzema samolotami, wraz z bagażami pasażerów. Ale mają się dobrze. Podobnie jak Ich pani, której chłopak przyjechał na kontrakt do Malezji i planują zostać tu dwa-trzy lata. Co będzie później, tego nie wiedzą - może powrót do Kolumbii (bardzo sobie chwali życie tam i prawie na każdym kroku podkreśla, jak piękna jest Ameryka Południowa i co warto w niej zobaczyć! Hmm...aż się rozmarzyłam!), może Australia...Jeden z naszych nauczycieli pochodzi z Australii i planuje podróż do Włoch. Być może zostanie tam na dłużej. Świat jest mały:)

I jeszcze jeden ciekawy "przypadek" - jemeński kolega, który żyje z rodzicami w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, pewnego dnia przyszedł na zajęcia bardzo podniecony! Otóż...rodzice przysłali Mu zdjęcia kilku dziewczyn, miał wybrać spośród nich swoją przyszłą żonę. Spodobała Mu się pewna dziewczyna, rozmawiali już ze sobą przez telefon i wraca do Emiratów zaręczyć się z Nią i pracować z ojcem w rodzinnej firmie. Arranged marriage z nieznajomą, a On tak bardzo się cieszył, że ma narzeczoną! Świat staje na głowie:)

PS. Oczywiście, małżeństwa wszystkich naszych hinduskich znajomych zostały zaaranżowane przez ich rodziców. Podobno częściej rozwodzą się w Indiach pary, które nie zostały zaaranżowane (rzadkie przypadki, ale się zdarzają. Później bardzo często się rozstają). Nigdy jednak nie spotkałam nikogo, kto dopiero miał się żenić! Widok radości i dumy malującej się na twarzy jemeńskiego kolegi - bezcenny:)