Tą ostatnią niedzielę spędziliśmy w bardzo miłym, polskim towarzystwie! Był pyszny obiad, przy którym dowiedzieliśmy się o pewnej radosnej nowinie...pyszny deser, pogaduchy i zabawy, było spotkanie w domu i na placu zabaw, a to wszystko w ciągu jednego popołudnia!
Tata, tuż po posiłku wybrał się z polskimi znajomymi na Grand Prix Formuły 1 do Sepang! I wcale Mu nie zazdrościliśmy (myślałam, że huk tam będzie straszny, hałas potężny i dziki tłum, przez który ciężko będzie cokolwiek zobaczyć, i że miejscówki Taty i Spółki będą znacznie oddalone od toru), dopóki nie wrócił po ośmiu godzinach podekscytowany, z rajdowymi opowieściami...a jeszcze jak zobaczyliśmy z Brzdącami zdjęcia z toru i "car brrruma", to już w ogóle zapragnęliśmy tam być! No cóż, może następnym razem się uda, może gdzieś w Europie...
Tymczasem my bawiliśmy się świetnie z Zosią i Bartkiem, dziękujemy! Nieopodal placu zabaw Brzdące z kompanami spotkały nawet rekiny i dzielnie je karmiły! Po zakończonej misji wróciliśmy taxi do domu - i to była najspokojniejsza podróż taksówką, jaką przeżyłam w Malezji. Pan kierowca, hindus, był tak podniecony, że wiezie twins`aaah - babies boys`aaah z Europy, że sam nas uprzedził: będę drive slowly`aaah, a na koniec prosił Juniory o...smile to uncle`aaah, say goodbye to uncle`aaah! Proszę, jak miło ;)
PS. Dziękujemy T. za zdjęcia z F1!
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)
czwartek, 29 marca 2012
środa, 28 marca 2012
W parku pod Petronas Twin Towers
Sobotnie popołudnie spędziliśmy w parku KLCC, gdzie Brzdące użyły kąpieli w basenie. Bardzo Im się podobało, jednak po kilkunastu minutach zaczęliśmy się zbierać do opuszczenia basenu - na niebie zawisły szare chmury, zaczęło grzmieć...zauważyliśmy, że wszystkie dzieci, z wyjątkiem małych Malajów w pośpiechu opuściły basen. Malajowie tymczasem spokojnie kontynuowali zabawę w wodzie. Nie pierwszy raz spotyka nas taka sytuacja, że przestraszeni grzmotami zaczynamy się pakować i uciekać do samochodu/metra, podczas gdy Malajowie niespiesznie kontynuują wykonywanie czynności...Koniec końców burzy nie było (Malaj wie lepiej), a wprost z basenu przenieśliśmy się na najlepszy na świecie plac zabaw - ten pod dwoma wieżami :) Uwielbiamy go, bo nie tylko dzieci mogą się na nim zrelaksować...i jest doskonałym miejscem do obserwacji - pod Petronas Towers zawsze dzieje się coś interesującego!
Wieczorową porą wybraliśmy się z Sąsiadami na wegetariańską, indyjską kolację do Ich ulubionej restauracji i było pysznie! Po powrocie oglądaliśmy bajkowe wesele naszych przyjaciół...no dobra, obejrzeliśmy jedną z dwunastu płyt, które mają ze swojego hucznego, trwającego trzy dni wesela! Takie cuda, taka długość wesela, ilość zaproszonych gości, ilość włożonego złota i kolorów, to chyba tylko w Indiach :) Wczoraj udało nam się obejrzeć kolejne dwie części tych pamiętnych dni...A moim marzeniem jest uczestniczyć kiedyś w indyjskim ślubie, takim totalnie z innej bajki!
| To co, Brat, zjeżdżamy ;)?! |
Wieczorową porą wybraliśmy się z Sąsiadami na wegetariańską, indyjską kolację do Ich ulubionej restauracji i było pysznie! Po powrocie oglądaliśmy bajkowe wesele naszych przyjaciół...no dobra, obejrzeliśmy jedną z dwunastu płyt, które mają ze swojego hucznego, trwającego trzy dni wesela! Takie cuda, taka długość wesela, ilość zaproszonych gości, ilość włożonego złota i kolorów, to chyba tylko w Indiach :) Wczoraj udało nam się obejrzeć kolejne dwie części tych pamiętnych dni...A moim marzeniem jest uczestniczyć kiedyś w indyjskim ślubie, takim totalnie z innej bajki!
wtorek, 27 marca 2012
Gorączka piątkowego wieczoru
Ostatni weekend zaczął się wyjątkowo wcześnie, bo już w piątek wieczorem...wybraliśmy się z Tatą do lokalnej knajpki, bez Brzdąców!!! Po raz pierwszy w Malezji zostawiliśmy Juniory pod doskonałą opieką naszych sąsiadów. Wyszliśmy co prawda tylko na godzinkę, ale...nie pamiętam już kiedy byliśmy w krakowskiej knajpie, bo o malezyjskiej nie wspomnę...Zawsze i wszędzie poruszamy się tu z Brzdącami, więc z dziką rozkoszą wykorzystaliśmy dobre chęci Sąsiadów z Indii do zajęcia się Nimi! W knajpce spotkaliśmy, zupełnie przypadkiem Bardzo Ważnych Panów z Taty firmy, którzy przylecieli na dwa dni z USA i Australii. Miło było pogawędzić przy małym co nieco, w klimatycznym lokalu, z Azjatkami w tle*! Podobna sytuacja miała ponoć miejsce w Tajlandii - ostatnim razem, gdy Tata był służbowo w Bangkoku, spotkał się z pewnymi Bardzo Ważnymi Panami w pracy, a później, wieczorową porą, zupełnie przypadkiem spotkał ich w jednym z tysiąca lokali...to się nazywa mieć szczęście! A wracając do Brzdąców - jeszcze na klatce schodowej słyszeliśmy Ich śmiechy, co dawało nadzieję na dalszą radosną zabawę! Po powrocie przywitały nas te same śmiechy i...zmęczeni Sąsiedzi;) Kiedy tylko otworzyli drzwi - z miejsca zaczęli prawić nam komplementy i wyrazy uznania, w związku z naszą samodzielną, całodobową opieką nad bliźniakami (w Indiach i Malezji, ale pewnie też w innych bogatszych krajach Azji, średniozamożni mieszkańcy mają maid, która zajmuje się dziećmi. Albo nawet kilka maid!). Oczywiście dalej twierdzą, że Brzdące są so cute, so smart, etc. i podtrzymują, że świetnie się z Nimi bawili, ale zgodnie twierdzą, że zabawa to jedno, a opieka to drugie...Sąsiadka cieszy się, bo pierwszy raz widziała męża w akcji z maluchami i spodobało Jej się Jego podejście do dzieci. Juniory cieszą się, bo zrealizowały się artystycznie, a na koniec zrobiły sobie z Sąsiada konika, który po zabawie nakarmił Je jeszcze czekoladą. A Sąsiad...cóż, On cieszy się z tego, że wszyscy jesteśmy szczęśliwi:)
* W knajpce pracują Filipinki, które zarabiają ok 1100RM/miesięcznie, pracując przez 6 dni/tygodniu, 12h/dziennie. Moim zdaniem, czysty wyzysk! Filipinki jednak są zadowolone - tym bardziej, im więcej klientów uda im się oczarować i naciągnąć na drinka. Kelnerki mogą spożywać alkohol w pracy - mają wybrany napój, który mogą pić wraz z klientami, jeśli oni sobie tego życzą i chcą za niego zapłacić. Z każdym kolejnym drinkiem premia Filipinki rośnie. Hmm, pomysł ciekawy, choć kontrowersyjny, ale jego realizacja średnio przypadła nam do gustu.
* W knajpce pracują Filipinki, które zarabiają ok 1100RM/miesięcznie, pracując przez 6 dni/tygodniu, 12h/dziennie. Moim zdaniem, czysty wyzysk! Filipinki jednak są zadowolone - tym bardziej, im więcej klientów uda im się oczarować i naciągnąć na drinka. Kelnerki mogą spożywać alkohol w pracy - mają wybrany napój, który mogą pić wraz z klientami, jeśli oni sobie tego życzą i chcą za niego zapłacić. Z każdym kolejnym drinkiem premia Filipinki rośnie. Hmm, pomysł ciekawy, choć kontrowersyjny, ale jego realizacja średnio przypadła nam do gustu.
sobota, 24 marca 2012
Bo zupa była za gorąca
W minioną środę w Surii KLCC gościł M.Schumacher i Tata na tę okoliczność wrócił 15 minut wcześniej z pracy, mieliśmy chwilę wcześniej odebrać Brzdące ze żłobka i szybko wskoczyć do metra, które zawiezie nas prosto do kierowcy Formuły 1. Ale po przyjściu do domu okazało się, że...zupa jest za gorąca! Trzeba więc chwilę zaczekać, spokojnie zjeść, potem przedrzeć się w wielkim ruchu przez dwie kilku-pasmowe ulice w celu dotarcia do Juniorowej placówki. Na koniec, a właściwie dopiero początek naszej drogi, utknęliśmy już wszyscy razem na stacji metra w gigantycznej kolejce po bilety (po naszym przybyciu do Kuala Lumpur można było zakupić bilety na metro drogą tradycyjną, tj. przy "okienku" u pani/pana. W trakcie naszego pobytu pojawiły się jednak automaty do zakupu biletów, a same bramki, przez które przechodzi się w drodze na pociąg, lekko zmodyfikowano. Na każdej stacji, na której byliśmy, pojawiła się też jedna bramka dla osób niepełnosprawnych, poruszających się na wózkach). Pech chciał, że jeden automat był zepsuty, więc staliśmy w kolejce i czekaliśmy, i staliśmy i czekaliśmy...a kiedy w końcu udało nam się zakupić bilety i dotrzeć do Surii KLCC, po M.Schumacherze nie było już ani śladu - był za to bolid i jakieś super nowoczesny, extra szybki i maksymalnie drogi samochód, ponadto stoisko z gadżetami z okazji zbliżających się wyścigów F1. I tłum, dziki tłum:) Zobaczyliśmy, co warte było zobaczenia i poszliśmy na późną kawę i ciastko, a Brzdące "pojeździły" na autkach, których w Surii nie brakuje!
Na szczęście Tata wybiera się jutro na wyścig o Grand Prix Malezji, więc będzie miał możliwość zobaczenia Michaela i innych kierowców rajdowych z bliska - no, prawie z bliska;)
Na szczęście Tata wybiera się jutro na wyścig o Grand Prix Malezji, więc będzie miał możliwość zobaczenia Michaela i innych kierowców rajdowych z bliska - no, prawie z bliska;)
czwartek, 22 marca 2012
W buddyjskiej świątyni z widokiem na KL
W niedzielne popołudnie, po zabawie na placu i Brzdącowej drzemce, wybraliśmy się do jednej z buddyjskich świątyń w Kuala Lumpur. Z leżącej na wzgórzu Thean Hou Temple roztacza się piękny widok na miasto - Petronas Twin Towers, Menarę KL Tower, drapacze chmur oraz...dźwigi i place budowy! Tak tak, dopiero z góry zobaczyć można, jak stolica Malezji szybko i sprawnie się rozwija!
Sama świątynia, zbudowana pod koniec lat 80-tych XXw. jest największą chińską świątynią w Kuala Lumpur. Z pewnością warta zobaczenia, nie tylko ze względu na architekturę. Pobyt w niej bardzo pozytywnie nas nastroił, w świątyni panował spokój, rozlegała się łagodna, relaksacyjna muzyka, Chińczycy przybywali, modlili się i odchodzili lub przysiadali na ławeczkach. Spędziliśmy bardzo miłe, późne popołudnie i wieczór u stóp świątyni, odpoczęliśmy na jednej z ławek, chłonąc atmosferę miejsca, przyglądając się buddystom i zachodzącemu nad miastem słońcu.
Sama świątynia, zbudowana pod koniec lat 80-tych XXw. jest największą chińską świątynią w Kuala Lumpur. Z pewnością warta zobaczenia, nie tylko ze względu na architekturę. Pobyt w niej bardzo pozytywnie nas nastroił, w świątyni panował spokój, rozlegała się łagodna, relaksacyjna muzyka, Chińczycy przybywali, modlili się i odchodzili lub przysiadali na ławeczkach. Spędziliśmy bardzo miłe, późne popołudnie i wieczór u stóp świątyni, odpoczęliśmy na jednej z ławek, chłonąc atmosferę miejsca, przyglądając się buddystom i zachodzącemu nad miastem słońcu.
| Bogini Tian Hou |
| Thean Hou Temple w pełnej okazałości |
środa, 21 marca 2012
Wieczorek zapoznawczy
Sobotnią wieczorową porą wybraliśmy się na "wieczorek zapoznawczy", organizowany przez administrację naszego "osiedla". Impreza miała miejsce na parterze budynku, tuż koło pokoju zabaw. Myśleliśmy, że tańcom i zabawie nie będzie końca, plakaty rozwieszone w windach szumnie informowały o sposobie ubrania się na tę okoliczność, o planowanych atrakcjach, a obecność na "wieczorku" zgłosiły prawie wszystkie znane nam hinduskie pary (jako, że poza obywatelami Indii i sąsiadem z Belgii innych mieszkańców osiedla nie znamy. Widujemy co prawda Iranijczyków, garstkę Chińczyków i garsteczkę Malajów, ale poza zdawkowym "hello" w windzie, tudzież odpowiedzią na pytanie: "are they twins, aaah?", nic nas nie łączy). Koniec końców, nasi najlepsi hinduscy znajomi nie dopisali, bo...nie odpowiadało Im malajskie jedzenie;)
Na wstępie zapłaciliśmy po 10RM/os., co prawda chciałam pertraktować, że Brzdące zmęczone, że my tylko na chwileczkę (zgodnie z prawdą, zresztą), ale Tata uznał, że takie są reguły i ochoczo zapłacił za wstęp (niedrogi, zresztą). Później już Mu tak jednak do śmiechu nie było: co prawda kolacja Tacie smakowała (w przeciwieństwie do mnie i Brzdąców...niestety, wszystko było zbyt pikantne i nie mogło mi przejść przez usta, nawet sałata!), ale widok małej ilości imprezowiczów w średnich humorach, których bawiło jedynie przeciąganie liny był lekko zaskakujący:) Wszyscy chcieli pozować do zdjęć z Brzdącami, które resztką sił bawiły się w pokoju zabaw i przecierały oczy ze zmęczenia i zdumienia, kiedy Tata brał udział w przygotowanych grach. Rozmawialiśmy ze znajomymi i obserwowaliśmy otoczenie, składające się z samych obywateli Indii i kilku maid, które najwyraźniej skorzystały z wolnego wieczoru. Niestety, na "wieczorku zapoznawczym" nie było ani Chińczyków, ani Malajów, ani też sąsiadów innych narodowości. Może gdyby byli, byłoby weselej?
Na wstępie zapłaciliśmy po 10RM/os., co prawda chciałam pertraktować, że Brzdące zmęczone, że my tylko na chwileczkę (zgodnie z prawdą, zresztą), ale Tata uznał, że takie są reguły i ochoczo zapłacił za wstęp (niedrogi, zresztą). Później już Mu tak jednak do śmiechu nie było: co prawda kolacja Tacie smakowała (w przeciwieństwie do mnie i Brzdąców...niestety, wszystko było zbyt pikantne i nie mogło mi przejść przez usta, nawet sałata!), ale widok małej ilości imprezowiczów w średnich humorach, których bawiło jedynie przeciąganie liny był lekko zaskakujący:) Wszyscy chcieli pozować do zdjęć z Brzdącami, które resztką sił bawiły się w pokoju zabaw i przecierały oczy ze zmęczenia i zdumienia, kiedy Tata brał udział w przygotowanych grach. Rozmawialiśmy ze znajomymi i obserwowaliśmy otoczenie, składające się z samych obywateli Indii i kilku maid, które najwyraźniej skorzystały z wolnego wieczoru. Niestety, na "wieczorku zapoznawczym" nie było ani Chińczyków, ani Malajów, ani też sąsiadów innych narodowości. Może gdyby byli, byłoby weselej?
| Na pierwszym planie mali sikhowie - jedyne znane nam bliźniaki w Malezji :) |
wtorek, 20 marca 2012
Malajska gościnność na plaży
W minioną sobotę wybraliśmy się nad morze, do Port Dickson po raz siódmy! Na nowo odkrytej przez nas plaży pełno było malajskich rodzin - dorośli chowali się w cieniu, rozkładali namioty na piasku i biwakowali, podczas gdy dzieciaki szalały w wodzie!
Brzdące uwielbiają morskie kąpiele i zabawy w piasku, dosłownie godzinami potrafią bawić się autkami, foremkami,...zasypywać je, przesypywać, wrzucać do wody, łowić...a co najlepsze, w pełni ze sobą wówczas współpracują lub bawią się oddzielnie, nie wchodząc sobie w drogę i nie kłócąc się o zabawki! Spokojnie i radośnie spędzamy więc czas, pod ostrzałem fleszy malajskich aparatów...wszyscy patrzą na nas, pokazują palcami, w końcu typują jednego towarzysza ze swojego grona, ten przychodzi do nas z kurczakami, sałatką, napojem, jeść i pić każe, zaprasza do wspólnego biesiadowania. Słowem, nie ma to jak malajska gościnność :) Pan zadaje tradycyjne pytania, na które odpowiadamy w mgnieniu oka, aż tu nagle...jesteście studentami? - pyta. Przyjechaliście z Polski studiować?! Och, zrobiło się jeszcze milej - tak nas posądzić o wiek studencki ;) Czy lubimy Malezję? A tutejsze jedzenie? A ludzi? Bo On wszystko w swym kraju lubi, cieszy się, że i nam się tu podoba, proponuje więcej kurczaka i ładnie pozuje do pamiątkowego zdjęcia!
Na koniec udajemy się na małe co nieco do pobliskiej kafejki, gdzie pałaszujemy kokosa i pijemy owocowe soki, Brzdące bawią się autkami i suszą w promykach powoli zachodzącego słońca...Niech to trwa, niech to trwa :)
| W muzułmańskim kraju, przy plaży |
Brzdące uwielbiają morskie kąpiele i zabawy w piasku, dosłownie godzinami potrafią bawić się autkami, foremkami,...zasypywać je, przesypywać, wrzucać do wody, łowić...a co najlepsze, w pełni ze sobą wówczas współpracują lub bawią się oddzielnie, nie wchodząc sobie w drogę i nie kłócąc się o zabawki! Spokojnie i radośnie spędzamy więc czas, pod ostrzałem fleszy malajskich aparatów...wszyscy patrzą na nas, pokazują palcami, w końcu typują jednego towarzysza ze swojego grona, ten przychodzi do nas z kurczakami, sałatką, napojem, jeść i pić każe, zaprasza do wspólnego biesiadowania. Słowem, nie ma to jak malajska gościnność :) Pan zadaje tradycyjne pytania, na które odpowiadamy w mgnieniu oka, aż tu nagle...jesteście studentami? - pyta. Przyjechaliście z Polski studiować?! Och, zrobiło się jeszcze milej - tak nas posądzić o wiek studencki ;) Czy lubimy Malezję? A tutejsze jedzenie? A ludzi? Bo On wszystko w swym kraju lubi, cieszy się, że i nam się tu podoba, proponuje więcej kurczaka i ładnie pozuje do pamiątkowego zdjęcia!
Na koniec udajemy się na małe co nieco do pobliskiej kafejki, gdzie pałaszujemy kokosa i pijemy owocowe soki, Brzdące bawią się autkami i suszą w promykach powoli zachodzącego słońca...Niech to trwa, niech to trwa :)
Coffee time
Mamy taką malezyjską, nową świecką tradycję: raz w tygodniu umawiamy się z Tatą na kawę :) Po lunchu odwozimy Brzdące do żłobka i wyskakujemy na małą, niekoniecznie czarną. Odwiedzamy nasze ulubione kawiarnie w Kuala Lumpur i zanim Tata zdąży uciec do pracy, mamy chwilę tylko dla siebie. Ostatnio mieliśmy nawet dłuższą chwilę i z tej okazji wybraliśmy się do naszej ulubionej dzielnicy, Chinatown.
Zanim na dobre zdążyliśmy się zachłysnąć atmosferą chińskiej dzielnicy (za to zdążyliśmy zachłysnąć się wszechobecnym smogiem), musieliśmy już wracać. Czas za szybko biegnie do przodu...choć ma to też swoje dobre strony - zanim się obejrzałam minął prawie tydzień i jutro znów wybieramy się na nasz "coffee time"!
Zanim na dobre zdążyliśmy się zachłysnąć atmosferą chińskiej dzielnicy (za to zdążyliśmy zachłysnąć się wszechobecnym smogiem), musieliśmy już wracać. Czas za szybko biegnie do przodu...choć ma to też swoje dobre strony - zanim się obejrzałam minął prawie tydzień i jutro znów wybieramy się na nasz "coffee time"!
niedziela, 18 marca 2012
Karmienie dzieci - po hindusku
Ni z gruszki, ni z pietruszki, sąsiadka z Indii zapytała mnie, jak karmię dzieci? Myślałam, że chodzi Jej o to, czy łyżeczką, czy z butelki...ale nie, chodziło Jej o sposób karmienia, tj. czy biegam za Brzdącami w celu Ich nakarmienia? Nie widziała, żebym była maratończykiem. I dlaczego jeszcze nie widziała, skoro widujemy się tak często? "Nie biegasz za dziećmi, kiedy chcesz Je nakarmić? Nie?! Dlaczego nie?! To jak One jedzą?!"
Tysiąc pięćset razy widzieliśmy - czy w pokoju zabaw, czy na placu - jak hinduskie matki biegały za swoimi pociechami (podobnie, filipińskie maid biegały za swoimi podopiecznymi) dosłownie wpychając im jedzenie do buzi. Na początku, przyznam szczerze, byliśmy zszokowani. Po pierwsze dlatego, że wydawało nam się to niebezpieczne. Dziecko biegnie, a za nim dorosły, który w pośpiechu pakuje mu jakąś papkę czy chapati do ust, podczas gdy ono biegnie dalej, czy zjeżdża ze zjeżdżalni. A jakby tak się poślizgnęło - mogłoby się przecież zakrztusić, co mogłoby mieć niebezpieczne dla zdrowia konsekwencje?-tłumaczę zszokowanej koleżance. Poza tym, mówię, uważamy, że czas jedzenia jest czasem jedzenia, a nie zabawy. Owszem, kiedy Brzdące były mniejsze, musieliśmy Je czasem zabawiać, aby móc wpakować łyżeczkę do Ich buziek, ale przy tym zawsze siedziały na krzesełkach do karmienia. Ale jak to, siedziały? Tak spokojnie siedziały na krzesełkach? Niemożliwe!-odpowiedziała. A kiedy powiedziałam Jej, że naprawdę nie ma się czemu dziwić, bo tak w Polsce, jak i w Europie zdecydowana większość dzieci spożywa w ten sposób posiłki, zaczęła zastanawiać się, skąd ta różnice? Stwierdziła, że w Indiach zdecydowana mniejszość tak czyni, choć Ona osobiście nie zna nikogo takiego...Według Niej hinduski nie mają świadomości zagrożeń, dopiero teraz zaczynają docierać do nich "mądre" książki i poradniki, po które chętnie sięgają młode, wykształcone matki; poza tym jedzenie (czytaj: kult jedzenia) jest dla nich najważniejsze, każda matka chce, aby jej dziecko było pulchne, wydaje im się, że im grubsze, tym ładniejsze...i zdrowsze, więc biegają, biegają i jeszcze raz biegają...
Oczywiście, pewnie są wyjątki od tej reguły, ale rzeczywiście, w ciągu całego pobytu w Malezji raz tylko widzieliśmy, jak nasza koleżanka z Indii karmiła dzieci w ten sam sposób, co my (ale Ona przez 8 lat mieszkała w Niemczech, więc stąd może wynikać ta zmiana)!
Tysiąc pięćset razy widzieliśmy - czy w pokoju zabaw, czy na placu - jak hinduskie matki biegały za swoimi pociechami (podobnie, filipińskie maid biegały za swoimi podopiecznymi) dosłownie wpychając im jedzenie do buzi. Na początku, przyznam szczerze, byliśmy zszokowani. Po pierwsze dlatego, że wydawało nam się to niebezpieczne. Dziecko biegnie, a za nim dorosły, który w pośpiechu pakuje mu jakąś papkę czy chapati do ust, podczas gdy ono biegnie dalej, czy zjeżdża ze zjeżdżalni. A jakby tak się poślizgnęło - mogłoby się przecież zakrztusić, co mogłoby mieć niebezpieczne dla zdrowia konsekwencje?-tłumaczę zszokowanej koleżance. Poza tym, mówię, uważamy, że czas jedzenia jest czasem jedzenia, a nie zabawy. Owszem, kiedy Brzdące były mniejsze, musieliśmy Je czasem zabawiać, aby móc wpakować łyżeczkę do Ich buziek, ale przy tym zawsze siedziały na krzesełkach do karmienia. Ale jak to, siedziały? Tak spokojnie siedziały na krzesełkach? Niemożliwe!-odpowiedziała. A kiedy powiedziałam Jej, że naprawdę nie ma się czemu dziwić, bo tak w Polsce, jak i w Europie zdecydowana większość dzieci spożywa w ten sposób posiłki, zaczęła zastanawiać się, skąd ta różnice? Stwierdziła, że w Indiach zdecydowana mniejszość tak czyni, choć Ona osobiście nie zna nikogo takiego...Według Niej hinduski nie mają świadomości zagrożeń, dopiero teraz zaczynają docierać do nich "mądre" książki i poradniki, po które chętnie sięgają młode, wykształcone matki; poza tym jedzenie (czytaj: kult jedzenia) jest dla nich najważniejsze, każda matka chce, aby jej dziecko było pulchne, wydaje im się, że im grubsze, tym ładniejsze...i zdrowsze, więc biegają, biegają i jeszcze raz biegają...
Oczywiście, pewnie są wyjątki od tej reguły, ale rzeczywiście, w ciągu całego pobytu w Malezji raz tylko widzieliśmy, jak nasza koleżanka z Indii karmiła dzieci w ten sam sposób, co my (ale Ona przez 8 lat mieszkała w Niemczech, więc stąd może wynikać ta zmiana)!
czwartek, 15 marca 2012
Indyjska wiedza
Codziennie spotykam się z Sąsiadką z Indii, która udziela mi lekcji angielskiego. Często widuję się z innymi hinduskimi koleżankami i im częściej rozmawiamy o Ich ojczystym kraju, tym bardziej wydaje mi się, że...nic nie wiem o Indiach!
Ale od początku. Co wiedziałam o Indiach wcześniej, przed zamieszkaniem w Malezji? Nigdy wcześniej nie byłam w Azji i...spójrzmy prawdzie w oczy: o Indiach wiedziałam tyle, że to potężny kraj, pełen kontrastów, którego mieszkańcy są wyznawcami hinduizmu, mówią językiem hindi, a ich małżeństwa są aranżowane. Wiedziałam, że stolicą Indii jest New Delhi, a kolejnym wielkim miastem Bombaj. Słyszałam o Matce Teresie z Kalkuty, widziałam trzy razy film Slumdog Millionaire, czytałam "Jedz, módl się i kochaj", by następnie obejrzeć ekranizację tej książki. A co wiedziałam o samym hinduiźme?- hmm, święte krowy i kropki na czołach jego wyznawców...Myślę, że wiedziałam tyle, ile wie przeciętny Kowalski. I nie ma w tym nic złego, tyle tylko, że im więcej indyjskich opowieści słucham, im więcej wiem i doświadczam, tym szerzej otwieram oczy i pojąć wszystkiego nie mogę!
Wcześniej wiedziałam, że kiedyś wybierzemy się do Indii, ale pewnie trzeba będzie jeszcze poczekać kilka dobrych lat, aż Brzdące nieco dorosną i podróżowanie z Nimi po tak "egzotycznym" kraju nie będzie tak ekstremalne, jak mogło nam się to wydawać! Teraz wiemy, że odwiedzimy Indie szybciej, niż planowaliśmy :) I już nie możemy się tego doczekać!
Jako, że czas (za)szybko pędzi do przodu, a pamięć jest ulotna, zamierzam zapisywać tutaj te spośród indyjskich opowieści, które najbardziej mnie zaskoczyły, albo po prostu takie, które warto zapamiętać. Cdn.:)
Ale od początku. Co wiedziałam o Indiach wcześniej, przed zamieszkaniem w Malezji? Nigdy wcześniej nie byłam w Azji i...spójrzmy prawdzie w oczy: o Indiach wiedziałam tyle, że to potężny kraj, pełen kontrastów, którego mieszkańcy są wyznawcami hinduizmu, mówią językiem hindi, a ich małżeństwa są aranżowane. Wiedziałam, że stolicą Indii jest New Delhi, a kolejnym wielkim miastem Bombaj. Słyszałam o Matce Teresie z Kalkuty, widziałam trzy razy film Slumdog Millionaire, czytałam "Jedz, módl się i kochaj", by następnie obejrzeć ekranizację tej książki. A co wiedziałam o samym hinduiźme?- hmm, święte krowy i kropki na czołach jego wyznawców...Myślę, że wiedziałam tyle, ile wie przeciętny Kowalski. I nie ma w tym nic złego, tyle tylko, że im więcej indyjskich opowieści słucham, im więcej wiem i doświadczam, tym szerzej otwieram oczy i pojąć wszystkiego nie mogę!
Wcześniej wiedziałam, że kiedyś wybierzemy się do Indii, ale pewnie trzeba będzie jeszcze poczekać kilka dobrych lat, aż Brzdące nieco dorosną i podróżowanie z Nimi po tak "egzotycznym" kraju nie będzie tak ekstremalne, jak mogło nam się to wydawać! Teraz wiemy, że odwiedzimy Indie szybciej, niż planowaliśmy :) I już nie możemy się tego doczekać!
| Batu Caves |
Jako, że czas (za)szybko pędzi do przodu, a pamięć jest ulotna, zamierzam zapisywać tutaj te spośród indyjskich opowieści, które najbardziej mnie zaskoczyły, albo po prostu takie, które warto zapamiętać. Cdn.:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)