O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

niedziela, 11 marca 2012

Sobotni, chińsko-hinduski czas

Welcome to Malaysia!-usłyszałam od trzech młodych mężczyzn, kiedy czekałam z Brzdącami na Tatę pod jedną z restauracji w dzielnicy Chinatown. Uśmiechnęłam się tylko, a Oni zapytali: "Where are you come from?", odpowiedziałam grzecznie, że z Polski, a Oni na to: "Aaa, Holand, beautiful country!"...czy pisałam już, że prawie zawsze, ilekroć ktoś pyta mnie czy Tatę, skąd jesteśmy, to ludzie słyszą i powtarzają na głos Holand? Na początku prostowaliśmy, że nie, nie Holand, tylko Poland, ale też z Europy...ale później już nam się zwyczajnie nie chciało i jak ktoś mówił, że np. piękne tulipany mamy, albo z dumą twierdził, że kibicuje naszej drużynie, Eindhoven, to już nie staraliśmy się tłumaczyć, że w Polsce to owszem, tulipany mamy, ale nie tak piękne i nie tak słynne, jak te holenderskie, a Eindhoven to też nie nasza drużyna. W każdym razie ci młodzi mężczyźni błyskawicznie zwrócili się do jednego z Brzdąców (drugi spał): "What`s your name?" i nie czekając na odpowiedź, sami jej sobie udzielili..."Michael"...i tak zaczęli wołać do Wiktorka, przekrzykując się wzajemnie: "Michael, Michael!"...rozbawienie Wikiego i Jego mina - bezcenne:)





 Po spacerze uliczkami Chinatown wybraliśmy się na "nasz" wielki pas zieleni przed pałacem Sułtana. I tam jak zawsze aktywnie odpoczęliśmy, Juniory grały z Tatą w piłkę, a że akurat z autokaru wysypała się grupa turystów, to Brzdące zostały obfotografowane w akcji...jedna pani ambitnie starała się złapać Juniory, aby pozowały do zdjęcia z Jej małą córką (wcześniej zapytała nas, czy może zrobić Im jedno zdjęcie ze swoim dzieckiem). Biedna dziewczynka podążała przez pewien czas za Nimi krok w krok, ale Brzdące za nic nie chciały współpracować...no tak, ciężar "sławy" bywa przytłaczający ;) Na koniec udaliśmy się do Pasar Seni - najstarszego marketu w Kuala Lumpur, którego początki sięgają 1888r.! Nie jest to jednak zwykły market - można tam zakupić wybrane dzieła sztuki i wszystko, czego tylko (nie)turystyczna dusza zapragnie...wszelkie rękodzieła, tradycyjne stroje malajskie, chińskie czy nawet hinduskie, biżuterię, małe postacie Buddy i hinduskich bogów i bożków oraz inne "pamiątki" z Malezji i regionu Azji Południowo-Wschodniej. Dla zmęczonych zakupami Pasar Seni oferuje restaurację, jedną z najlepszych, naszym zdaniem, w Malezji: Secret Recipe. Tym razem z niej nie skorzystaliśmy, a to dlatego, że byliśmy już umówieni na indyjską kolację.





Po bardzo udanej małej wycieczce wróciliśmy do domu, gdzie zaczęliśmy przygotowywać się do wieczornego spotkania z sąsiadami...Ale to zasługuje na osobny wpis, więc cdn. :)