O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

wtorek, 6 grudnia 2011

1 Malaysia, czyli gdzie ci Chińczycy?!

W sobotni poranek znowu zamierzaliśmy jechać do Cameron Highlands i po raz n-ty nasze plany pokrzyżował stan zdrowia Brzdąców, tym razem najgorszy jak dotąd, w Malezji. Przedpołudnie spędziliśmy więc u lekarza, stojąc wcześniej w długiej kolejce. Sama wizyta przebiegła szybko i sprawnie; a  jako, że pediatra odradziła nam wycieczkę na herbaciane wzgórza (ze względu na długą i krętą drogę, klimat i to, że tam małe miasteczka są, w których nie znajdziemy lekarza, gdyby się Brzdącom pogorszyło), korzystając z pięknej, słonecznej pogody postanowiliśmy wybrać się nad morze (przecież to niespełna godzina drogi, trzypasmową autostradą). No właśnie...nie będę pisała o tym, jak klnęliśmy podczas prawie trzy godzinnej drogi do Port Dickson. Najpierw, utknęliśmy w koreczku w Kuala Lumpur (ale to normalne tu przecież, chociaż była dopiero godz.13), by po jakimś czasie utknąć na dobre w gigantycznym korku, a wszystko przez...zepsuty samochód, który stał na poboczu z podniesioną maską! Nie do wiary!!! Nie pisałam chyba jeszcze tego żenującego faktu: dziesiątki razy zdarzało nam się utknąć w Malezji w strasznym korku, którego powodem okazywał się zepsuty samochód lub - rzadziej - stłuczka. Jak to możliwe? Ano tak, że Malezyjczycy kochają zatrzymywać się i obserwować, co się przydarzyło innym kierowcom. Kochają też rozmawiać za kierownicą przez swoje telefony komórkowe, co nie sprzyja ich koncentracji uwagi i pogarszać - i tak już, w większości obserwowanych przez nasz przypadków, kiepski - sposób prowadzenia samochodu. Względnie wysyłają czy odbierają smsy. Kochają czytać gazety (choć to widziałam tylko w mieście),  jeść, palić papierosy (choć myślałam, że to zabronione). A niech sobie kochają, ale czemu na autostradach, trzy-, czteropasmowych zachować się nie potrafią?! Czemu zwykle, kiedy gdzieś wyjeżdżamy, musimy utknąć w korku?! Czemu zawsze, kiedy chcemy zatrzymać się na stacji benzynowej (celem skorzystania z toalety, oczywiście, bo zawsze tankujemy wcześniej, aby uniknąć potem długiego oczekiwania na przydrożnej stacji) musimy stanąć w kolejce do wjazdu na stację? Ano temu, że zwykle przy stacjach są restauracje, ławki, ławeczki, czasem i place zabaw, i Malezyjczycy namiętnie obsiadają wolne miejsca i skrawki zieleni, wypuszczają dzieciaki i delektują się lokalnym (tudzież z niezwykle popularnego tu KFC) jedzeniem. Bo oni ciągle jedzą i robią to bardzo powoli. A ich auta stoją zaparkowane wzdłuż stacji, często niezgodnie z przepisami, a i zdarza się, że ktoś, kto chce się zatrzymać na stacji przyczaja się gdzieś na drodze w oczekiwaniu aż ktoś wyjedzie...A kolejka samochodów za delikwentem się ustawia. Jego to jednak niewiele interesuje, bo on ma czas, jemu się nie spieszy. Brr! Reasumując, droga nad morze nie należała do większych przyjemności, ale za to potem...

"Nasza" plaża w Port Dickson jak zwykle świeciła pustkami, mieliśmy więc kawałek piasku i czas tylko dla siebie - później zaczęli się gromadzić Malajowie. Zanim jednak przyszli, Tata znalazł w morzu statuetkę hinduskiego boga. Wow! Przeszło mi przez myśl, aby zabrać ją do domu, ale przecież i tak nie wzięlibyśmy jej do Polski za sobą (ograniczony bagaż...żeby nie napisać, totalny brak miejsca i konieczność nadbagażu). Statuetka została więc obfotografowana z każdej strony, a Wiki chętnie się nią bawił :) Na plaży, właściwie po raz pierwszy od 5 miesięcy, widzieliśmy w jednym miejscu, w jednym czasie tylko jedną nację (a przepraszam, na weselu w Shah Alam też byli sami Malajowie, ale to przecież coś innego)! Nie dostrzegliśmy ani jednego Chińczyka! Ani jednego Hindusa! I nie to, żebyśmy się z tego powodu cieszyli, ale zastanawiało nas...gdzie ci Chińczycy?! No przecież do tej pory oni byli wszędzie: w każdym miejscu, o każdej porze! A teraz jakby czas zatrzymał się w miejscu: morze, piękna plaża, palmy, uśmiechnięci, powolni jak żółtwie Malajowie, spokojnie i bezpiecznie...i tylko kiedy kręciłam krótki filmik z zachodem słońca w tle uświadomiłam sobie, że już grudzień jest...Chciałabym móc zawsze w ten sposób spędzać grudniowe popołudnia :)










PS. Nasi przyjaciele z Indii wyrazili swój czynny żal z powodu pozostawienia przez nas statuetki Ich boga na plaży! Nie mogli uwierzyć, że Tata wyłowił ją z morza i nie mogli zrozumieć, czemu zostawiliśmy na piasku boga pieniędzy...Money?!-zapytał Tata. Muszę zagrać na loterii!!! Cóż, gdybyśmy tylko wiedzieli...Mądry Polak po szkodzie :)