Po minionym weekendzie i po 3,5 miesiącach spędzonych w Malezji zauważyliśmy, że nasze "brzuszki łakomczuszki" zmieniły rozmiar i ambitnie postanowiliśmy, że wkrótce wrócą do rozmiaru europejskiego! Ale...ledwie zaczął się tydzień, w którym mieliśmy oszczędzać nieco nasze żołądki i nie rozpieszczać ich azjatyckim jedzeniem, a już środa była dniem wolnym od pracy i już trzeciego dnia plan spalił na panewce!
Przedwczoraj obchodziliśmy Deepavali, jedno z największych i najważniejszych hinduskich świąt, a wraz z nim świętowały nasze brzuszki...Ale od początku. Deepavali jest świętem światła, trwającym w Indiach, w zależności od regionu, od trzech do pięciu dni. W Malezji z tej okazji jest jeden dzień wolny od pracy, choć Hinduska opiekunka Brzdąców z chińskiego żłobka wzięła wolne cztery dni. Sanskryckie słowo dipawali oznacza rząd lamp i odnosi się do lampek oliwnych z wypalanej gliny, które są zapalane przed każdym domem w Indiach na powitanie Lakszmi, bogini szczęścia. Deepevali jest świętem na pamiątkę zwycięstwa światła nad ciemnością i dobra nad złem. Jego oprawę wzbogacają sztuczne ognie i dekoracje kwiatowe. Wszyscy nasi Hinduscy sąsiedzi, przed drzwiami do swoich mieszkań ustawili zapalone świeczki, część udekorowała drzwi kwiatami. Już kilka tygodni wcześniej widzieliśmy w galeriach handlowych pięknie udekorowane Rangoli, czyli artystycznie ułożony wzór z kolorowych ziarenek ryżu lub piasku symbolizujący nietrwałość świata; który ma również przynosić domowi szczęście poprzez powitanie w nim gości. Takie Rangoli ułożyli też nasi sąsiedzi z naprzeciwka, ku uciesze Brzdąców, które gdy tylko wychodzimy z mieszkania, ustawiają się koło niego i podziwiają:) Na drzwiach naszych sąsiadów od 26 października widnieje też kolorowy napis: "Happy Deepevali!" Rangoli namalowali także na podłodze swojego salonu nasi Hinduscy znajomi, którzy zaprosili nas do siebie na wspólne świętowanie. Wcześniej jednak mieliśmy ambitny plan wyruszyć na wycieczkę do dzielnicy Little India, aby poczuć atmosferę święta, ale niestety pogoda pokrzyżowała nam plany. Udaliśmy się więc na obiad do naszej ulubionej restauracji, gdzie Tata świętował Deepavali zamawiając pyszne indyjskie jedzenie, które dla mnie i Brzdąców, rzecz jasna, jest zbyt pikantne. Wieczorem odwiedziliśmy naszych Hinduskich przyjaciół, u których byli również inni znajomi z Indii wraz z dziećmi. Bardzo miło spędziliśmy czas, paliliśmy sztuczne ognie i obdarowywaliśmy się wzajemnie słodyczami. Niestety, wróciliśmy do domu przed planowaną kolacją - Brzdące były już bardzo zmęczone, oszołomione chyba nadmiarem wrażeń wzrokowo-słuchowych i ilością zjedzonych słodkości (no ale mieli dyspensę, w końcu jak wszyscy, to wszyscy! Ich starsza o dwa miesiące hinduska koleżanka też!), a i my mieliśmy pełne brzuszki. Znajomi dali nam jednak do skosztowania parę dań "w pigułce", a po powrocie do domu do późnej nocy słyszeliśmy i mogliśmy podziwiać pokazy sztucznych ogni.
A do Little India z pewnością jeszcze pojedziemy!
Rangoli w Surii KLCC
Świąteczne przygotowania!
Lekko oszołomiony Antoni
Koleżanka Brzdąców ze żłobkowego krzesełka;)
Żeńska część imprezki z dziećmi...
i męska:)
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)