O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

czwartek, 12 kwietnia 2012

Z wizytami u malezyjskich medyków

Jednym słowem mówiąc, jesteśmy zadowoleni z tutejszej opieki medycznej. Niestety, parę razy byliśmy już u pediatry, u internisty, ja nawet zaliczyłam specjalistów w szpitalu okulistycznym (ponoć najlepszym i najbardziej nowoczesnym w Malezji, jak twierdzą koledzy Taty z firmy). Do malezyjskich lekarzy nigdy nie czekaliśmy w kolejce dłużej niż 10 minut (za wyjątkiem ostatniej wizyty), wizyta przebiegała sprawnie i...różnie, w zależności od lekarza, do którego przychodziliśmy. Najbardziej zadowoleni byliśmy z kontaktu, porad i leczenia hinduskiej lekarki, w dalszej kolejności - z chińskiej, a na końcu - z malajskich lekarzy (ale to ponoć też powszechna opinia - lekarze rodem z Malezji nie cieszą się zbytnim uznaniem. Choć myślę, że to zależy od specjalizacji i samego człowieka). Właściwie, to nic nigdy poważnego nam się nie przytrafiło, szliśmy z wizytą jednak zawsze wówczas, gdy coś dolegało Brzdącom pierwszy raz w życiu i nie przechodziło zbyt łatwo lub wcale (obawialiśmy się jakiegoś wirusa czy choroby tropikalnej) i tak np. byliśmy u pediatry, kiedy nagle i nieoczekiwanie Antoni dostał wysokiej gorączki, ponad 40 st., która nie ustępowała dobę, potem dwie...A temperaturze tej nie towarzyszyły żadne inne objawy. Kiedy za tydzień Wiktorowi przytrafiła się ta sama dolegliwość, już nie zgłaszaliśmy się do lekarza. Wiedzieliśmy, że to wirus, że często tutaj występuje i że wystarczy stosować paracetamol, podawać dziecku dużo wody, a gorączka ustąpi po 3 dobach. Tak też się stało, w przypadku obu Brzdąców. Ostatnim razem jednak, przez 5 dni mieli ostrą biegunkę, wymioty (żeby nie napisać, że rzygali jak małe kotki), wysoką temperaturę...Oczywiście, udaliśmy się z Nimi do lekarza już w drugiej dobie, kiedy nie mogliśmy uporać się z choróbskiem. Niestety, trafiliśmy po raz kolejny na malajskiego "specjalistę", który stwierdził, że to normalne w tym klimacie, żeby nic nie stosować, tylko poić dużą ilością wody, do jedzenia podawać wyłącznie mleko, a przy bardzo wysokiej gorączce - paracetamol. W razie, jak nie przejdzie, wrócić (miałam już dosyć tutejszych pediatrów i internistów, którzy stwierdzali: nic się nie dzieje, to normalne, pić dużo wody/poić dużą ilością wody, do oczu aplikować dużą ilość kropelek, a samo przejdzie. Na pewno. Jeśli zaś nie, wrócić, a zrobimy badania. No i wracaliśmy...). Tym razem jednak, powróciwszy, trafiliśmy na panią G., hinduskę, z którą poznaliśmy się prawie na samym początku pobytu w Malezji. Pamiętała nas, pochwaliła mnie za postępy w jęz. angielskim (jak miło!), wytłumaczyła, co jest prawdopodobną przyczyną Brzdącowych dolegliwości i jak temu zaradzić. Jak zwykle, po każdej wizycie lekarskiej, udaliśmy się z receptami do "magicznego okienka", gdzie pani Chinka w błyskawicznym tempie realizowała nasze medyczne zamówienie, objaśniała sposoby dawkowania, ładnie lekarstwa pakowała, o podpis prosiła i tak oto, staliśmy się szczęśliwymi nabywcami kilku nowych buteleczek i proszków, a wszystko to gratis (czyli na koszt firmowego ubezpieczenia). Podobnie rzecz miała się w szpitalu okulistycznym, do którego raz trafiłam na szczegółowe badania. Po trwających godzinę oględzinach i kontakcie z kilkoma lekarzami, odesłano mnie do "magicznego okienka", gdzie w ciągu sekundy zrealizowano moją receptę, na koszt firmowego ubezpieczenia Taty. Poza nielicznymi wirusami i problemem okulistycznym, żadne poważniejsze dolegliwości w Malezji nas nie dopadły. Z czystym sumieniem mogę polecić tutejszą służbę zdrowia (panuje przeświadczenie, że Malezja to "trzeci świat", z ryzykiem zachorowania na dengę i inne zagrażające życiu choroby, z kiepską opieką medyczną, a tymczasem to polska służba zdrowia powinna brać przykład z organizacji opieki w Malezji!) - chociaż mam nadzieję, że nikomu nie będzie potrzebna!