O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Chiński Nowy Rok...w dżungli!

Dzisiaj nastał Rok Smoka! Z tej okazji, a właściwie korzystając z kolejnego długiego weekendu, jaki został nam tutaj dany, wybraliśmy się z naszymi hinduskimi przyjaciółmi na wycieczkę. I miało być tak pięknie...Jeszcze wczoraj, w Wigilię Nowego Roku podziwialiśmy z balkonu pokazy sztucznych ogni, które nieco nas zaskoczyły...tak one, jak i petardy, puszczane były od późnych godzin popołudniowych do 2h nad ranem! Prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się o północy, z każdej strony byliśmy bombardowani;) i zaskoczeni, że jak to?!- sztuczne ognie przed Sylwestrem;)?!

Postanowiliśmy, że z okazji Chińskiego Nowego Roku wybierzemy się do Chinatown i do jednej z buddyjskich świątyń, której bramy, mamy nadzieję, będą dla nas otwarte! Nasi przyjaciele z Indii nie byli zainteresowani takim sposobem spędzenia czasu, ale zaproponowali małą wyprawę na łono natury...do dżungli, podziwiać dziką przyrodę i piękne wodospady, a to wszystko niecałe 30km od nas! Pogoda wyjątkowo dopisała, a kiedy dwie godziny po umówionej porze przyjaciele, zwani dalej (nie od dziś) Powolniakami, niespiesznie się z nami spotkali, ruszyliśmy w drogę. Nie byliśmy jednak zdenerwowani - po pierwsze dlatego, że miło jest mieć świadomość, że ktoś spóźnia się bardziej, niż my; a po drugie - czas oczekiwania spędziliśmy na "osiedlowym" placu zabaw, więc Brzdące były w siódmym niebie! Szybko okazało się jednak, że pierwszym postojem będzie stacja paliw (Powolniaki się nie przygotowały) i że to oni za nami, a nie my za nimi, będą podążać (chociaż już tam raz były). Tata nie mógł wyjść z podziwu, jaki z tej Malezji piękny kraj jest...kiedy Chińczycy świętują w swych domach (nie to, żebyśmy mieli coś przeciwko chińskiemu narodowi), na drodze jest pusto! Wszędzie, gdzie się rozejrzeliśmy, było pusto!  Drugim przystankiem na naszej drodze do dżungli było Batu Caves - hinduistyczna świątynia, przy której było tak kolorowo, tłumnie i głośno, że można było dostać zawrotu głowy...czyli, ponoć, jak to w Indiach:) Lubię to! Ruszyliśmy dalej, a kiedy dojechaliśmy na miejsce, Powolniaki stwierdziły, że nie...jednak nie...tutaj jest fajnie, ale były w fajniejszym miejscu, które chcą nam pokazać..."Pożyczcie nam gps i jedźcie za nami" - stwierdzili, co też uczyniliśmy. Po pół godzinnej jeździe w strugach deszczu znaleźliśmy się na parkingu Tesco, bo nie...jednak wpisali zły adres, a właściwie to nie wpisali go wcale, bo przecież wydawało Im się, że pamiętają, ale jednak nie...nie pamiętają, jak tam dojechać..."Sorry" - powiedzieli z promiennym uśmiechem na ustach. A właściwie On się uśmiechał, Ona była zdenerwowana i szybko zrozumieliśmy, że przyjaciółka głodna jest po prostu, a w Jej hinduskim brzuszku kiszki marsza grają...ten grymas...ta pora dnia...to już przecież czas na obiad! Nikt się nie spodziewał, że tyle czasu zajmie nam niespełna 30 km podróż, a że nie mieli ze sobą nic do jedzenia...Przyznała, że jest głodna, ale spokojnie - na miejscu można coś zjeść! Tylko...gdzie jest TO miejsce?! Z pomocą przyszła malajska rodzina, która wytłumaczyła, jak trafić do celu. Po kolejnej, prawie pół godzinnej jeździe w ulewie, dojechaliśmy na miejsce...O dziwo, nie byliśmy zdenerwowani, raczej rozbawieni całą sytuacją, aż Tata słusznie zaczął podejrzewać, że "to może być jedna z tych wycieczek, do której nie dojedziemy" (już raz kiedyś Powolniaki zaprosiły nas na małą wyprawę...miało być tak pięknie...rejs statkiem po jeziorze, gdzieś w Putrajaya, no ale niestety, nie udało się tam trafić!). Tym razem udało się jednak dotrzeć, a na miejscu najpierw naszym oczom ukazał się dziki tłum i małpki na drzewach, przy drodze, biegające między ludźmi...słowem, były wszędzie, ku wielkiej radości Brzdąców, które podniecone wołały "a-a-a, a-a-a" (bo przecież tak robią małpki;)). Stanęliśmy w kolejce na parking, kiedy to pan parkingowy zażądał od nas 8RM (8zł) za wjazd. Powiedziałam Tacie, że pewnie chce nas "oszyć", widzi przecież, że biali jesteśmy, że pewnie turyści...ale nie wyglądał na takiego, z kim się dyskutuje, a że Tata zawsze taki uczciwy i pokornego serca...daliśmy więc panu magiczne 8RM, kiedy to po chwili okazało się, że hinduscy przyjaciele zapłacili 5RM. Skandal! Oczywiście, ja się chciałam kłócić o zwrot należnej nam reszty, ale Tata stwierdził, że nie warto, więc ruszyliśmy przed siebie! Bardzo szybko zauważyliśmy, że miejsce, które miało być dzikie, czyste i nieskażone cywilizacją, zamieniono na tani park, pełen komercji, fast foodów i różnych "souvenirów" od hinduistycznych bożków, przez breloczki z Petronas Twin Towers, na mieniącym się kolorami tęczy portrecie Michaela Jacksona skończywszy...Powolniaki błyskawicznie zainstalowały się w ulicznym fast foodzie, dumne z siebie, że w szybkim tempie kupiły i sobie, i nam, hamburgery (bardzo miło z Ich strony!). Tymczasem zewsząd płynęła głośna muzyka, a zgromadzone towarzystwo, poza nieliczymi Malajami, stanowili Tajowie, Filipińczycy, Indonezyjczycy i Hindusi...Znaczna część bawiących nad wodospadami i kąpiących się w rzece ludzi była pijana, śpiewano, tańczono, a dzieci i dorośli biegali boso, pomiędzy nimi małpy...Naprawdę! Szczerze pisząc, takiego obrazu Malezji spodziewałam się przed naszym przyjazdem tutaj. Może trochę/bardzo przerysowanego, ale jednak...I cieszymy się, że zobaczyliśmy takie miejsce...zupełnie inne od tych, które dotąd widzieliśmy na malezyjskiej ziemi...Za namową Powolniaków zaczęliśmy iść długą drogą ku górze, aby dojść na jej szczyt i zobaczyć ten magiczny wodospad, te piękne kaskady, o których słyszeliśmy...Sami byliśmy ciekawi, jak to wygląda, bo też wierzyliśmy, że na górze jest spokojniej i ciszej...W między czasie pogoda zaczęła się psuć, by w końcu, jak dotarliśmy na szczyt, zaczęło padać. To, co zobaczyliśmy na górze, naprawdę nas zszokowało: prawdziwe tłumy pół nagich mężczyzn, pod wpływem alkoholu, śpiewających i pląsających w wodach, nieliczne hinduskie rodziny z dziećmi, jedna altana z -uwaga!- wc (wydawać by się mogło, kulturka...), poza tym piękna, choć skażona i zanieczyszczona, bujna przyroda...Po szybkim rekonesansie otoczenia podjęliśmy decyzję o natychmiastowej ewakuacji, tym bardziej, że zaczynało grzmieć i wyobraziliśmy sobie, że na wypadek burzy, całe to towarzystwo, które jeszcze jest świadome swojego położenia, rzuci się w kierunki altany, a my przemokniemy do suchej nitki...z całą naszą wyprawką i juniorowym prowiantem, a że Brzdące były głodne i zaczynały się już denerwować...Tym razem za naszą namową Powolniaki niespiesznie udały się w drogę powrotną, a kiedy rozpętała się burza, dodałam gazu i w trymiga znalazłam się z Brzdącem Antosiowym na parkingu ("skakałaś jak młoda kózka po tej dżungli, nie mogliśmy Cię z Wiktorkiem dogonić" - powiedział później Tata, co było największym komplementem!). Właściwie, to nasz wyczyn nie był zbyt bezpieczny, ale postanowiliśmy zaufać sobie i naszym siłom witalnym (w końcu bieg z 14kg dzieckiem pod pachą i z torebką w ręce nie jest bułką z masłem!) i jak najszybciej znaleźć się w samochodzie. Brzdąc cały czas dzielnie trzymał się mnie mocno i powtarzał: "kap kap" (bo przecież deszczyk robi "kap kap kap";)).

Czy było warto wchodzić na górę przy tak szybko zmieniającej się pogodzie?! Hmm...Wszystko dobrze się skończyło, więc nie mamy na co narzekać. Musimy jednak przyznać, że było to doświadczenie dość ekstremalne (i bardzo interesujące!) i że gdybyśmy wiedzieli, co zobaczymy na szczycie, gdybyśmy wiedzieli, że w środku dżungli zastanie nas burza, oczywiście, że byśmy nawet nosa z samochodu nie wychylili! Na szczęście, byliśmy tego nieświadomi i przeżyliśmy niezłą przygodę, z której śmialiśmy się już w samochodzie, kiedy to przemoczeni do suchej nitki obserwowaliśmy, jaką Brzdące zorganizowały sobie zabawę! Oporządziliśmy Ich i w oczekiwaniu na hinduskich przyjaciół rozpoczęliśmy w samochodzie piknik. Pół godziny później, podszedł do naszego samochodu kompletnie przemoczony Powolniak, z mokrymi hamburgerami w rękach i rozkosznym "Sorry for the trip" :)