O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

środa, 18 stycznia 2012

Bonjour, Mademoiselle...

...powiedział do Brzdąca Wiktorkowego pewien Francuz, siedzący obok nas na pokładzie samolotu, kiedy to Wiki, drzemiący w swojej kuszetce, otworzył oczka gdzieś nad Langkawi. Nie wyprowadzaliśmy pana Francuza z błędu - uroczo wyglądał, jak zagadywał Brzdąca, który to wszedł z Nim w dialog :)

Wczoraj szczęśliwie wylądowaliśmy na malezyjskiej ziemi, a lot - zwany przez nas na potrzeby Juniorów "hop przez chmurki" - był bardzo spokojny, choć towarzyszyły mu wielkie emocje (przez panującą w Krakowie aurę, śnieg i słabą widoczność gotowa byłam zrezygnować z niego, a potem, kiedy w Paryżu okazało się, ze nasz samolot ma problem techniczny, który naprawiano przez 2 godziny, ponownie gotowa byłam wysiąść z niego, byle tylko...żyć ;)! Tak tak, tak panicznie boję się latać, nie cierpię!). Brzdące za to, wraz z Tatą, zachwycone są lataniem, a na widok samolotu i jego skrzydeł podczas lotu wołały głośne i długie aaaaaa (bo przecież takie dźwięki wydaje samolot ;)!), poza tym biegały z poznanym kolegą (oczywiście w miejsca, gdzie nie wolno było...podczas uziemienia na pokładzie, kiedy to naprawiano usterkę samolotu), potem oglądały z Tatą bajki (bardzo niepedagogicznie, ale jakie spokojne przy tym były...Przy okazji okazało się, ze Smerfów, oglądanych po raz pierwszy, Gady nie lubią! Skandal ;)), spacerowały po pokładzie, a nawet podrywały nieco starszą dziewczynkę ze smoczkiem w buzi (tak naprawdę Ich celem było Jej autko-zabawka, którego nie pożyczyła, nieczuła na wdzięki młodszych zalotników).


 Zabawy na lotnisku w Balicach

 Gdzieś nad Penang

Słowem, po 24 godzinach w podróży, 14 tysiącach przebytych kilometrów i ubytku masy mojego ciała o jakieś 3kg (no, może 4kg licząc jeszcze szaleńczą jazdę pana taksówkarza z lotniska do domu, kiedy to w miejscach, gdzie należało ograniczyć prędkość do 60km/h jechał 120km/h, a Tata jeszcze cieszył się jak dziecko, że "suniemy"!), dotarliśmy!!! I gorąco pozdrawiamy ze słonecznego dziś Kuala Lumpur!

PS. Brzdące, przekroczywszy próg mieszkania, ku naszemu zaskoczeniu, spontanicznie i z zadowoleniem zaczęły wołać DOM, DOM! i naprawdę sprawiały wrażenie, jakby wszystko w nim pamiętały...więc jest dobrze, oby było tylko lepiej i adaptacja do tropików szybko i sprawnie nam przebiegła!