Wczoraj minęły 3 miesiące naszego pobytu tutaj i...nie był to zbyt przyjemny dzień! Brzdące dokazywały od samego rana i do powrotu Taty z pracy nie miałam chwili wytchnienia...bo owszem, wpadły w godzinną drzemkę, ale czas ten akurat musiałam przeznaczyć na prace domowe.
Niestety, wczoraj miała też miejsce niemiła sytuacja. Otóż jak już wielokrotnie pisałam, na parterze naszego "bloku" mieści się pokój zabaw - miejsce dla dzieci i Ich rodziców, miejsce zabawy małych i pogawędek starszych. Drzwi pokoju zabaw zawsze trudno było zamknąć, wiele razy matki pozostawiały drzwi otwarte (chociaż był obowiązek ich zamykania najpóźniej o godz.21), ale przedwczoraj wieczorem było wyjątkowo ciężko. Tata bardzo się starał zamknąć drzwi, ale kluczyk Go nie chciał słuchać, nie spełnił swej roli i złamał się. Wczoraj, poganiany przez strażników, poszedł zgłosić fakt złamania kluczyka do sekretariatu naszego "bloku". No i tam dostało Mu się od pani Chinki i jej szefowej, starszej Chinki, że...używa siły do zamknięcia drzwi, które co prawda ciężko było zamknąć, ale...(tu nastąpiła instrukcja obsługi drzwi, włącznie z tym, że drzwi trzeba było specjalnie przycisnąć, by następnie przekręcić kluczyk). Następnie kazały Tacie zapłacić 20RM (ok 20zł) za szkodę, a wobec Jego protestu - zawołały pana strażnika, by obwiązał drzwi pokoju zabaw łańcuchem, następnie przypiął kłódkę tak, aby nikt już z niego nie mógł korzystać...co oczywiście on natychmiast uczynił. Panie Chinki pozostawały głuche na tłumaczenia Taty, że przecież nie złamał kluczyka specjalnie, że pokój jest dla dzieci, które lubią to miejsce, że przecież nikt inny i tak z niego nie będzie korzystał, że przecież nikt nic z niego nie ukradnie (raz, bo nie ma za bardzo czego ukraść; a dwa - wszędzie są kamery...w pokoju zabaw, na klatkach schodowych, w windzie, na parkingu, a wejścia do budynku strzeże - uwaga! - 5 strażników). Stara Chinka stwierdziła, że pokój musi być zamknięty do odwołania, przynajmniej przez kolejny tydzień, ponieważ teraz ona nie ma czasu zajmować się "badaniem sprawy". Acha...Ani nasze polskie umysły, ani hinduskie, ani malezyjskie tego nie ogarniają i nie rozumieją chińskiego toku myślenia...Wczoraj wieczorową porą wszyscy spotkaliśmy się na placu zabaw. Jako, że pokój jest zamknięty na kłódkę, a pogoda sprzyjała wyjściu z domu, to wszystkie dzieci wylęgły przed budynek. No i też było fajnie, tyle że zamknięcie pokoju zabaw wiąże się z:
- końcem wieczornej lektury Mamy, kiedy to Brzdące pod Jej czujnym okiem hasały i integrowały się z innymi dziećmi (Mama podzielną uwagę ma!),
- końcem rozmów o Indiach i przydatnych informacjach na temat życia w Malezji,
- końcem z wieczornym uprawianiem sportu przez Tatę i korzystaniem przez Niego w owym czasie z basenu,
- końcem z naszymi wieczornymi porządkami domowymi, kiedy to jedno z nas jest z Brzdącami w pokoju, a drugie ogarnia mieszkanie,
- końcem wieczornej lektury Taty; a przede wszystkim z:
- końcem dowolnej zabawy Juniorów w bezpiecznym otoczeniu, kiedy to jest już ciemno lub deszczowo lub właśnie po deszczu (co zdarza się prawie codziennie) i nie bardzo jest się gdzie podziać, a w domu siedzieć się nie chce po spędzeniu w nim całego dnia!
Oczywiście, wszyscy rodzice "jak jeden mąż" stwierdzili, że zachowanie Chinki jest niedorzeczne...ale cóż, jak powszechnie wiadomo, chiński umysł jest nieomylny (a przynajmniej tak się poznanym przez nas Chińczykom wydaje), więc nie pozostaje nam nic innego jak czekać na rozwój sytuacji...
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)
środa, 12 października 2011
poniedziałek, 10 października 2011
Będziemy mieli Filipinkę!
Jako kura wciąż psychicznie nie udomowiona, choć fizycznie domowa, sama zajmuję się Brzdącami i domem, ku wielkiemu zaskoczeniu znajomych - rezydentów Malezji. W końcu każdy, kogo spotykamy na swej drodze ma Maid ku pomocy! Na przykład chińscy znajomi Taty z pracy mają Maid mieszkające z nimi, zajmujące się domem, dziećmi, ba!-nawet wstające do małych dzieci w nocy, aby rodzice mogli się wyspać i móc z zapałem, wypoczęci, pracować po 11-12h/dobę, często również w soboty...Nasi Hinduscy znajomi mają Maid, która gotuje i sprząta - ona pracuje, on zajmuje się domem (hmm, czyli czym?), podczas gdy ich dziecko chodzi do żłobka. Inni znajomi z Indii - głowa rodziny pracuje, ona zajmuje się domem, dziecko chodzi do żłobka, a Maid sprząta. Malezyjska para pracuje, a Maid zajmuje się wszystkim, z ich dzieckiem włącznie i często wieczorami widujemy ją z małą w pokoju zabaw - zazwyczaj biega za Malajką z łyżeczką w jednej- i z miską w drugiej ręce, w celu podania jej kolacji!
Tak się złożyło, że kilka dni temu najbliższy współpracownik Taty wpadł na genialny - Jego zdaniem - pomysł! Musimy zatrudnić Maid, najlepiej z Filipin, bo one cieszą się najlepszą opinią, poza tym są tanie, a firma nam jeszcze do tego dopłaci! Damy Filipince dach nad głową, zapewnimy wyżywienie i wynagrodzenie, a ona pomoże nam we wszystkim, zajmie się z Mamą szalejącymi jak pijane zające Brzdącami, zostanie z Nimi, kiedy będę wychodziła na zajęcia lub gdy będziemy chcieli wyjść tylko we dwoje; poza tym ugotuje i posprząta, a to wszystko za magiczne 800RM/miesięcznie (ok 800zł!)...Tata bardzo ucieszył się pomysłem pana L. i natychmiast po powrocie z pracy ogłosił nam radosną nowinę: Będziemy mieli Filipinkę! Po czym podał 1001 powodów, dla których warto ją mieć i jak jej obecność wpłynęłaby na jakość naszego życia w Malezji...Z całą pewnością dodatkowe dwie ręce do pracy, dwie nogi do podążania za bliźniakami i jeden kręgosłup do przenoszenia Ich, w razie konieczności, z punktu A do punktu B, byłyby bardzo przydatne, ale...póki co Filipinkom i innym Azjatkom w roli naszej Maid mówimy stanowczo NIE! Jeśli całodobowe przebywanie z gaworzącymi Brzdącami (których jednak zasób słownictwa poszerza się z dnia na dzień) wejdzie mi w pięty - wtedy pomyślimy :)
Tak się złożyło, że kilka dni temu najbliższy współpracownik Taty wpadł na genialny - Jego zdaniem - pomysł! Musimy zatrudnić Maid, najlepiej z Filipin, bo one cieszą się najlepszą opinią, poza tym są tanie, a firma nam jeszcze do tego dopłaci! Damy Filipince dach nad głową, zapewnimy wyżywienie i wynagrodzenie, a ona pomoże nam we wszystkim, zajmie się z Mamą szalejącymi jak pijane zające Brzdącami, zostanie z Nimi, kiedy będę wychodziła na zajęcia lub gdy będziemy chcieli wyjść tylko we dwoje; poza tym ugotuje i posprząta, a to wszystko za magiczne 800RM/miesięcznie (ok 800zł!)...Tata bardzo ucieszył się pomysłem pana L. i natychmiast po powrocie z pracy ogłosił nam radosną nowinę: Będziemy mieli Filipinkę! Po czym podał 1001 powodów, dla których warto ją mieć i jak jej obecność wpłynęłaby na jakość naszego życia w Malezji...Z całą pewnością dodatkowe dwie ręce do pracy, dwie nogi do podążania za bliźniakami i jeden kręgosłup do przenoszenia Ich, w razie konieczności, z punktu A do punktu B, byłyby bardzo przydatne, ale...póki co Filipinkom i innym Azjatkom w roli naszej Maid mówimy stanowczo NIE! Jeśli całodobowe przebywanie z gaworzącymi Brzdącami (których jednak zasób słownictwa poszerza się z dnia na dzień) wejdzie mi w pięty - wtedy pomyślimy :)
Szkolno-żłobkowe rozważania
Z przyczyn osobistych i wyjazdu służbowego Taty do Tajlandii, temat kursu jęz. angielskiego Mamy i żłobka dla Brzdąców został zawieszony. Teraz znowu do niego wróciliśmy, ponieważ czas płynie nieubłagalnie, w wybranej przez nas Szkole zajęcia startują co 2 tygodnie, a że kaucja w żłobku jest bezzwrotna, uczęszczanie Juniorów do żłobka ma sens jedynie wtedy, kiedy będą do niego chodzili przez 2 miesiące...minimum 2 mce.
W końcu więc zaznałam chwili "wolności"i tak oto w minione piątkowe popołudnie wybrałam się sama (po raz pierwszy od 3 mcy!) do miasta! Zmęczona całym tygodniem brzdącowej pracy udałam się na egzamin kwalifikacyjny do British Council, gdzie po 2h z zaskoczeniem i wielką radością zostałam przyjęta do grupy Upper Intermediate, czyli że z poziomem mojego angielskiego nie jest aż tak źle, jak myślałam:) Od razu wzmocniony wynikiem egzaminu język mi się rozwiązał i kiedy pan z Iranu nawiązał konwersację, nie był już taki skrępowany! W trakcie egzaminu miała miejsce nieoczekiwana sytuacja. Otóż w jednej małej sali siedziało kilka osób - dorosłych i dwoje dzieci piszących test. Obok mnie siedziała chińska dziewczynka imieniem Diana, wyglądająca na 8 lat. Niestety, nie rozumiała kilku poleceń. Pan z British Council podchodził do niej kilkakrotnie i tłumaczył, na czym polega zadanie. Po kolejnym niezrozumianym pytaniu Diana się rozpłakała. Kiedy pan do niej podszedł, płakała już jak bóbr, a pan pocieszał ją, zaczął obejmować, mówić, że to "no problem", że i tak jest bardzo zdolna, i że ten angielski jest dla niej, ale w przyszłym roku. Pytał również, czy ma zabrać jej test, czy będzie próbować dalej. Diana się poddała i chciała, aby zabrał jej kartki. Z kolei pani - współpracownica z British Council zaczęła podniesionym głosem mówić panu, że tak nie można i żeby zostawił dziewczynkę w spokoju. Pan spokojnie odpowiedział, że nie zostawi i że ten test nie ma być dla niej karą...Chińska dziewczynka z płaczem złożyła na ręce pana test i wyszła z sali. Następnie, kiedy byłam już po egzaminie pisemnym i ustnym, próbowałam zapisać się do grupy, której zajęcia rozpoczynają się właśnie dzisiaj. Pan uprzejmie poinformował mnie, że nie ma już miejsc. Ja uprzejmie poinformowałam pana, że bardzo mi zależy i że przecież jedna dodatkowa osoba niewiele zmieni, a bardzo mi pomoże. Pan w miły, acz stanowczy sposób odpowiedział, że jeśli grupa ma liczyć 20 osób, tzn. że będzie liczyć 20 os. i że nie ma mowy o dopisaniu kogoś na listę. Mam się więc zgłosić za 10 dni punktualnie o godz.9 i zapisać się na następny kurs, ponieważ, "kto pierwszy, ten lepszy". Okay...Mam nadzieję, że się uda!
Traf chciał, że na drugi dzień spotkałam się ze znajomą hinduską, która zapisała dziecko do żłobka prowadzonego przez Metodystów i to dało nam światło na poszukiwania nowej placówki dla Brzdąców, bo chociaż w żłobku prowadzonym przez panią Ong jest ponoć dobrze (dziecko innej znajomej z Indii tam uczęszcza), to jednak jest on bardzo kosztowny. W niedzielny wieczór zrobiliśmy sobie tour po okolicy w poszukiwaniu owego żłobka i tak oto natknęliśmy się na "kościelne" zagłębie, bo tuż obok siebie położone są: kościół Metodystów, Anglikański, Ewangelicki, a na dobitkę buddyjska świątynia! Żłobek Metodystów znaleźliśmy, ale przyjmuje on dzieci od 2 roku życia, tak więc szukamy dalej!
W końcu więc zaznałam chwili "wolności"i tak oto w minione piątkowe popołudnie wybrałam się sama (po raz pierwszy od 3 mcy!) do miasta! Zmęczona całym tygodniem brzdącowej pracy udałam się na egzamin kwalifikacyjny do British Council, gdzie po 2h z zaskoczeniem i wielką radością zostałam przyjęta do grupy Upper Intermediate, czyli że z poziomem mojego angielskiego nie jest aż tak źle, jak myślałam:) Od razu wzmocniony wynikiem egzaminu język mi się rozwiązał i kiedy pan z Iranu nawiązał konwersację, nie był już taki skrępowany! W trakcie egzaminu miała miejsce nieoczekiwana sytuacja. Otóż w jednej małej sali siedziało kilka osób - dorosłych i dwoje dzieci piszących test. Obok mnie siedziała chińska dziewczynka imieniem Diana, wyglądająca na 8 lat. Niestety, nie rozumiała kilku poleceń. Pan z British Council podchodził do niej kilkakrotnie i tłumaczył, na czym polega zadanie. Po kolejnym niezrozumianym pytaniu Diana się rozpłakała. Kiedy pan do niej podszedł, płakała już jak bóbr, a pan pocieszał ją, zaczął obejmować, mówić, że to "no problem", że i tak jest bardzo zdolna, i że ten angielski jest dla niej, ale w przyszłym roku. Pytał również, czy ma zabrać jej test, czy będzie próbować dalej. Diana się poddała i chciała, aby zabrał jej kartki. Z kolei pani - współpracownica z British Council zaczęła podniesionym głosem mówić panu, że tak nie można i żeby zostawił dziewczynkę w spokoju. Pan spokojnie odpowiedział, że nie zostawi i że ten test nie ma być dla niej karą...Chińska dziewczynka z płaczem złożyła na ręce pana test i wyszła z sali. Następnie, kiedy byłam już po egzaminie pisemnym i ustnym, próbowałam zapisać się do grupy, której zajęcia rozpoczynają się właśnie dzisiaj. Pan uprzejmie poinformował mnie, że nie ma już miejsc. Ja uprzejmie poinformowałam pana, że bardzo mi zależy i że przecież jedna dodatkowa osoba niewiele zmieni, a bardzo mi pomoże. Pan w miły, acz stanowczy sposób odpowiedział, że jeśli grupa ma liczyć 20 osób, tzn. że będzie liczyć 20 os. i że nie ma mowy o dopisaniu kogoś na listę. Mam się więc zgłosić za 10 dni punktualnie o godz.9 i zapisać się na następny kurs, ponieważ, "kto pierwszy, ten lepszy". Okay...Mam nadzieję, że się uda!
Traf chciał, że na drugi dzień spotkałam się ze znajomą hinduską, która zapisała dziecko do żłobka prowadzonego przez Metodystów i to dało nam światło na poszukiwania nowej placówki dla Brzdąców, bo chociaż w żłobku prowadzonym przez panią Ong jest ponoć dobrze (dziecko innej znajomej z Indii tam uczęszcza), to jednak jest on bardzo kosztowny. W niedzielny wieczór zrobiliśmy sobie tour po okolicy w poszukiwaniu owego żłobka i tak oto natknęliśmy się na "kościelne" zagłębie, bo tuż obok siebie położone są: kościół Metodystów, Anglikański, Ewangelicki, a na dobitkę buddyjska świątynia! Żłobek Metodystów znaleźliśmy, ale przyjmuje on dzieci od 2 roku życia, tak więc szukamy dalej!
czwartek, 6 października 2011
Mali mieszkańcy Malezji
Za każdym razem zaskakuje mnie widok rodzeństwa, tej samej płci i ubranego dokładnie tak samo, od stóp, do głów! Rodzeństwa te są zazwyczaj chińskiej narodowości/chińskiego pochodzenia. W ciągu prawie 3 miesięcy życia w Malezji spotkaliśmy też parę bliźniąt, również identycznie ubranych. O ile jednak te same stroje bliźniaków jakoś nie dziwią, często przecież tak na Wschodzie, jak i Zachodzie przyjęło się, że rodzeństwo urodzone w tym samym czasie musi się tak samo nosić; o tyle brat z bratem, czy siostra z siostrą w różnym wieku, noszący takie same buty, spodnie/spódnice, koszulki...No nie wiem. Nie to, żebym miała coś przeciwko, po prostu nie rozumiem zjawiska, które tutaj jest bardzo często spotykane...A jakoś głupio mi zapytać. Może następnym razem...Osobiście nigdy nie ubieramy Brzdąców tak samo, no chyba, że w takie same koszulki, ale o innym kolorze. We wczesnym niemowlęctwie czasem "chodzili", a w zasadzie leżeli przebierając rączkami i nóżkami w takich samych body czy koszulkach, ale to za sprawką Cioć i Wujków, którzy tak hojnie nas obdarowali:)
Podobne zdziwienie budzi widok małych Hindusów, których wielu jest w naszym "bloku". Otóż wszyscy mali chłopcy, jak jeden mąż, mają długie włosy, których rodzice nigdy jeszcze nie obcinali...co więcej, mają też plecione warkoczyki, kucyki i - nierzadko - wpinane spineczki (w kolorze dopasowanym do stroju!)...Dziewczynki rodem z Indii mają z kolei wygoloną główkę, na której dopiero co odrastają włoski. Rodzice mówią, że taki zwyczaj, poza tym obcinają swym córeczkom włosy, aby potem miały gęste. I chyba coś w tym jest, bo patrząc na dorosłe Hinduski, uwagę przykuwają ich piękne, gęste i lśniące włosy!
Podobne zdziwienie budzi widok małych Hindusów, których wielu jest w naszym "bloku". Otóż wszyscy mali chłopcy, jak jeden mąż, mają długie włosy, których rodzice nigdy jeszcze nie obcinali...co więcej, mają też plecione warkoczyki, kucyki i - nierzadko - wpinane spineczki (w kolorze dopasowanym do stroju!)...Dziewczynki rodem z Indii mają z kolei wygoloną główkę, na której dopiero co odrastają włoski. Rodzice mówią, że taki zwyczaj, poza tym obcinają swym córeczkom włosy, aby potem miały gęste. I chyba coś w tym jest, bo patrząc na dorosłe Hinduski, uwagę przykuwają ich piękne, gęste i lśniące włosy!
poniedziałek, 3 października 2011
Jaya 33, czyli rzecz o wieprzowince
Przez chwilę poczułam się jak w Europie, kiedy Tata zabrał nas na szybkie zakupy do ponoć drogiego tutaj sklepu, Jaya 33. Wielka radość zagościła w sercu moim na widok pięknie poukładanych owoców, warzyw, na widok tego ładu i porządku panującego na sali, bez dzikich tłumów i kolejek do kas. Wnętrze Jaya 33 przypominało polską Almę i rzeczywiście było nieco drożej niż w najczęściej przez nas tutaj odwiedzanym Carrefour. Ale za to jaki wybór! Wzięliśmy więc kilka wędlinek, podeszliśmy do kasy, przy której poza panem kasjerem żywego ducha nie było, wyłożyliśmy nasze zakupy, a pan zapytał:
- Can you hold it for me? Pytanie usłyszeliśmy, ale nie wiedzieć czemu, zaskoczeni, nie zareagowaliśmy, pan powtórzył je więc jeszcze raz. Tata dzielnie wziął całą wieprzowinkę do rąk, a pan zbliżył do niej maszynkę, która zrobiła "pik" i skasował towar. Wtedy stało się jasne, że pan kasjer jest muzułmaninem, o czym na chwilę zapomnieliśmy, czując się nie jak w azjatyckim supermarkecie, a jak w krakowskiej Almie!
- Can you hold it for me? Pytanie usłyszeliśmy, ale nie wiedzieć czemu, zaskoczeni, nie zareagowaliśmy, pan powtórzył je więc jeszcze raz. Tata dzielnie wziął całą wieprzowinkę do rąk, a pan zbliżył do niej maszynkę, która zrobiła "pik" i skasował towar. Wtedy stało się jasne, że pan kasjer jest muzułmaninem, o czym na chwilę zapomnieliśmy, czując się nie jak w azjatyckim supermarkecie, a jak w krakowskiej Almie!
To była niedziela...Aquaria!
Przyznać trzeba, że podczas pory deszczowej pogoda w Malezji jest codziennie...deszczowa. Czasem słońce, czasem deszcz, czasem przed-, a czasem po południu, zwykle nie możemy się spodziewać, kiedy piękne słońce zakryją burzowe chmury. Tak było i tym razem. Zaplanowaliśmy sobie wycieczkę do Bird Park, ale tuż przed wyjściem z domu zawisły nad nami czarne chmury, w związku z czym musieliśmy zmodyfikować nasz plan. Przyspieszyliśmy więc jeszcze tempo, aby zdążyć przed deszczem dojść do stacji metra i udać się do Aquaria KLCC. Do metra zdążyliśmy, ale już w drodze zaczęło padać. Ku naszemu zaskoczeniu, kiedy po 25 minutach wysiedliśmy, pod Petronas Towers świeciło słońce, było pięknie i kolorowo - gdzie okiem sięgnąć, wszędzie mieniły się wielobarwne stroje i hidżaby Muzułmanek. Uwielbiamy spacerować alejkami w Parku KLCC, a niesamowity widok mieszanki ras, narodowości, kultury i mody za każdym razem wprawia nas w zachwyt, a czasem i zdziwienie! Właściwie, to moglibyśmy się już przyzwyczaić do tego widoku, ale...jakoś nie sposób, za każdym razem budzi fascynację! Ponownie lekko zmodyfikowaliśmy plan - najpierw żółwim tempem udaliśmy się na plac zabaw, stanowiąc lokalną atrakcję, bo choć spotkaliśmy wielu Białych, to bliźniaki były jedyne!...były więc zdjęcia (pstrykane z Brzdącami, a przy okazji i ja mogłam się zrealizować). Po 1,5h świetnej zabawy, nagle i nieoczekiwanie, deszcz złapał nas na huśtawkach, więc w te pędy ruszyliśmy do Aquaria!
Antosio
Wiki
Piknik :)
Mokrzy, ale zadowoleni weszliśmy do podwodnego świata...bardzo było fajnie, Brzdące "pobawiły się" w chowanego z wydrami, a największe Ich zainteresowanie wzbudziło ogromne akwarium pełne wielkich ryb! Z chęcią przyglądały się też karmieniu rybek. Te mniejsze, jak i jaszczurki, pająki i im podobne bardziej nas interesowały - rozbiegane Brzdące "integrowały się" wówczas z bardzo miłą obsługą Aquaria - przybijali "piątki" i śmiały się, czarowały, chcąc zanurzyć swoje cztery rączki w wodzie z rybkami Nemo (co niestety dwóm rączkom się udało!). Był też piknik przy wielkim akwarium, integracja z innymi dziećmi i próby wejścia tam, gdzie wejść nie można...Niestety, podczas największej atrakcji, czyli spotkania z rekinami, zmęczenie Antosiowe tak dawało się we znaki, że...przepłakał cały ten czas (chyba przestraszył się też, że "coś" pływa Mu nad główką), ale Wiki był bardzo dzielny! Całe Aquaria jest bardzo dobrze zorganizowane i godne polecenia! Po wyjściu zjedliśmy kolację w jednej z kilku zlokalizowanych tam restauracji.
Karmienie rybek
Ps. Jeden z panów z obsługi Aquaria (ten, który stał na straży rybek Nemo) zapytał mnie: skąd jesteś, Madame? Odpowiedziałam, że from Poland, po czym pan wyraźnie podniecony powiedział: Warsaw, Krakow! Okazało się, że pan nigdy w Polsce nie był, ale przyjaciel i owszem, i pan bardzo cieszy się, że mógł nas poznać:)
Ps2. Nie wiedzieć, czemu, wszyscy myślą, że jesteśmy z Francji lub Niemiec, a Juniory zazwyczaj postrzegane są jak Juniorki...
Antosio
Wiki
Piknik :)
Mokrzy, ale zadowoleni weszliśmy do podwodnego świata...bardzo było fajnie, Brzdące "pobawiły się" w chowanego z wydrami, a największe Ich zainteresowanie wzbudziło ogromne akwarium pełne wielkich ryb! Z chęcią przyglądały się też karmieniu rybek. Te mniejsze, jak i jaszczurki, pająki i im podobne bardziej nas interesowały - rozbiegane Brzdące "integrowały się" wówczas z bardzo miłą obsługą Aquaria - przybijali "piątki" i śmiały się, czarowały, chcąc zanurzyć swoje cztery rączki w wodzie z rybkami Nemo (co niestety dwóm rączkom się udało!). Był też piknik przy wielkim akwarium, integracja z innymi dziećmi i próby wejścia tam, gdzie wejść nie można...Niestety, podczas największej atrakcji, czyli spotkania z rekinami, zmęczenie Antosiowe tak dawało się we znaki, że...przepłakał cały ten czas (chyba przestraszył się też, że "coś" pływa Mu nad główką), ale Wiki był bardzo dzielny! Całe Aquaria jest bardzo dobrze zorganizowane i godne polecenia! Po wyjściu zjedliśmy kolację w jednej z kilku zlokalizowanych tam restauracji.
Karmienie rybek
Ps. Jeden z panów z obsługi Aquaria (ten, który stał na straży rybek Nemo) zapytał mnie: skąd jesteś, Madame? Odpowiedziałam, że from Poland, po czym pan wyraźnie podniecony powiedział: Warsaw, Krakow! Okazało się, że pan nigdy w Polsce nie był, ale przyjaciel i owszem, i pan bardzo cieszy się, że mógł nas poznać:)
Ps2. Nie wiedzieć, czemu, wszyscy myślą, że jesteśmy z Francji lub Niemiec, a Juniory zazwyczaj postrzegane są jak Juniorki...
sobota, 1 października 2011
Na plażę, jedziemy na plażę!
Wczoraj stuknęło Brzdącom 1,5 roczku i dobrze się złożyło, że była sobota - mogliśmy spędzić dzień wszyscy razem, wybierając się nad morze. Oczywiście, pojechaliśmy do Port Dickson na dobrze nam znaną już plażę. Co prawda pogoda za oknem nie zachęcała do plażowania, ale Port D. mieści się przecież dobrą godzinkę drogi od Kuala Lumpur, więc postanowiliśmy zaryzykować. Tuż przed wyjściem z domu, spakowani, sprawdziliśmy jeszcze prognozę pogody na internecie i owszem, było napisane, że będzie "heavy rain", ale Tata zdecydował, że pojedziemy i przekonamy się, czy prognozy się tutaj sprawdzają...Już na nie-dobry początek utknęliśmy w korku...a przecież było sobotnie południe! Później, kiedy już dowiedzieliśmy się od zniecierpliwionych Juniorów, "jak robi" małpka, tygrys i im podobne zwierzęta, po odśpiewaniu paru piosenek, kiedy Brzdące padły w swych fotelikach jak muchy, a my wyjechaliśmy z zatłoczonego miasta, spadł wielki deszcz, a im dalej jechaliśmy, tym bardziej grzmiało...Szczęśliwie, nad morzem było tylko bardzo zachmurzone niebo. Tata z dumą (dlatego, że jednak nie padało) obwieścił swym Synom, że to przedsmak wakacji nad Bałtykiem...Niestety, był przypływ i wielki bałagan wszędzie na "naszej" plaży, która jak zwykle świeciła pustkami. Od razu rozłożyliśmy więc cały majdan, Brzdące z radością zaczęły taplać się w morzu, a my - pływać. Po pewnym czasie zaczęło się przejaśniać, ale że było już dość późno, zaczęliśmy się zbierać. Wtedy na plaży zaczęli pojawiać się tubylcy i wszyscy "jak jeden mąż", dorośli, dzieci, całe rodziny zaczęły wchodzić do morza tak, jak przyszli, czyli w pełnym ubraniu! Widok był to dość zaskakujący i śmieszny, i nie dość, że byliśmy jedynymi Białymi, to jeszcze my w strojach kąpielowych, a Brzdące (po raz pierwszy w swym życiu) bez pampersów, wszyscy na nas patrzyli, a my - na nich i widać było, że każdy z nas był tak samo zdziwiony :) Niestety, zdjęć z tego epizodu brak - nasze cztery ręce zajęte były ogarnianiem Juniorów, którzy to świetnie się bawili obrzucając się nawzajem piaskiem, oczywiście radość była tym większa, im więcej piasku udało się wrzucić Braciszkowi we włosy...
Po bardzo udanym plażowaniu udaliśmy się do...KFC z placem zabaw, gdzie były dzikie tłumy Chińczyków i Malajów. W drodze powrotnej obyło się bez większych korków, więc sprawnie dotarliśmy do domu.
Dzień "prawie okrągłej rocznicy" 1,5 roczku bardzo miło nam minął i...byle do następnej soboty!
Po bardzo udanym plażowaniu udaliśmy się do...KFC z placem zabaw, gdzie były dzikie tłumy Chińczyków i Malajów. W drodze powrotnej obyło się bez większych korków, więc sprawnie dotarliśmy do domu.
Dzień "prawie okrągłej rocznicy" 1,5 roczku bardzo miło nam minął i...byle do następnej soboty!
Subskrybuj:
Posty (Atom)