Popołudniową porą wybrałyśmy się z Sąsiadką z Indii do jednego z kin w Kuala Lumpur, w którym grali Tere Naal Love Ho Gaya*. Brzdące spędzały czas w żłobku (który uwielbiają!), więc bez wyrzutów sumienia mogłam wyłączyć myślenie i oddać się bollywoodzkiej produkcji (tutaj trailer:
http://www.youtube.com/watch?v=QU1NYZ28R8s) I...bardzo mi się to podobało:)
Pomimo popołudniowej pory, w kinie, oprócz nas było jeszcze 20 osób i wszystkie, jak jeden mąż (z Sąsiadką na czele) chrupały popcorn - solony lub...karmelowy. Zestaw dwóch 0,5l napojów gazowanych (coca cola, sprite, fanta) z gigantyczną porcją popcornu to koszt zaledwie 9,9zł! Piękny kraj dla lubiących coś przekąsić kinomaniaków;)
Komedia romantyczna była piękna, lekka i przyjemna (jak na Bollywood przystało)! Główna bohaterka śliczna (choć niestety, większych zdolności aktorskich nie posiada) i miło było na nią popatrzeć, szkoda tylko, że bohater do najprzystojniejszych nie należał (choć uroda kwestią gustu jest), ale ponoć w Indiach i tak wszyscy Go kochają, jest bardzo popularny i...miesiąc temu ożenił się z ową piękną koleżanką z planu filmowego, co było ponoć źródłem ekscytacji i pikanterii w Ich kraju, a i filmowi z pewnością przysporzyło i jeszcze przysporzy oglądalności i popularności! Ale koniec tych plotek!
Zabawna historia nawet mnie urzekła, a i pojawił się w niej pouczający akcent. Otóż porwano francuskiego turystę (ależ przyjemnie było usłyszeć w Malezji kilka słów po francusku!) i początkowo chciano żądać okupu za uwolnienie go, ale do akcji wkroczyła nasza bohaterka, która wytłumaczyła wszystkim, że nie każdy turysta posiada pieniądze, że zamiast niepokoić go, powinni się cieszyć, że odwiedza Indie i tym samym przyczynia się do rozwoju ich kraju...itp, itd...Zachwycające były kolorowe, hinduskie stroje, głośna muzyka i tańce oraz indyjskie widoki...Wstyd się przyznać, ale był to pierwszy obejrzany przeze mnie film rodem z Bollywood...ale z pewnością nie ostatni!
* Nie we wszystkich kinach grają bollywoodzkie filmy.
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)
wtorek, 13 marca 2012
poniedziałek, 12 marca 2012
Z singapurskimi turystami pod Petronas Towers
W niedzielne przedpołudnie jedyne, co byliśmy w stanie zrobić, to wytoczyć się z domu na basen i osiedlowy plac zabaw. Po szaleństwach na świeżym (?) powietrzu Brzdące zaliczyły wraz z Tatą (!) wzorcową drzemkę w domu, po której pognaliśmy do Surii KLCC na spotkanie z Kurą, Żywicielem i Przychówkiem (czyli www.azjaodkuchni.blogspot.com). Starszy Przychówek ambitnie animował Juniory, które tak dobrze czuły się w Jego towarzystwie, że nawet podkradały Mu jedzenie z talerza (bardzo niekulturalnie;)) i ze smakiem je chrupały! Spędziliśmy bardzo miło czas na wspólnej kolacji i spacerze pod dwoma wieżami, choć czujemy pewien niedosyt - czas minął zdecydowanie za szybko, nie udało nam się też namówić Kurzej Rodzinki na małą kawę czy malezyjski deser Ais kaciang, ale mamy nadzieję, że co się odwlecze...;) Tymczasem Brzdące mają pamiątkę z tego wyjątkowego spotkania - dostały urocze koszulki z Singapuru, więc na pewno na długo zapamiętają Przychówka i Jego rodziców:)
Goście z Indii i wegetariańska kolacja
W sobotnie późne popołudnie zaczęliśmy przygotowywać nasz dom do przyjęcia Gości z Indii...dumnie to zabrzmiało, niemniej jednak chodzi "tylko" o naszych sąsiadów:) Sąsiad jest, jakby to napisać?..- może najlepiej przy użyciu słów Jego własnej żony...ekstremalną "wersją Moniki - bohaterki serialu Friends". Ma bzika na punkcie porządku i choć nasz dom do brudnych nie należy, chcieliśmy stanąć na wysokości zadania i: doczyścić w końcu wszelkie rysunki wykonane Juniorowymi rączkami na podłodze czy meblach, odkurzyć wszelki zaległy piasek spod mebli, który mógł przecież zalegać gdzieś jeszcze po naszej ostatniej wizycie na plaży, wytrzeć kurze w każdym zakątku, nawet tam, gdzie wzrok nie sięga, ułożyć te wszystkie codzienne gazety czekające w kolejce do przeczytania w wolniejszej chwili...nie pokusiliśmy się tylko o ułożenie naczyń kuchennych w porządku rosnącym tudzież malejącym, w zależności od punktu widzenia...Tata stwierdził, że to już byłaby lekka przesada;) A wszystko dlatego, żeby Sąsiad czuł się u nas jak w domu! Otóż w Jego mieszkaniu, tuż za ścianą, zawsze pachnie odświeżaczem do powietrza, rysunków na podłodze brak (z racji tego, że i dzieci brak, a ostatnie "dzieła" Brzdąców, które wykonały w Jego domu, wyczyściłam), Sąsiad resztek piasku w mieszkaniu nie posiada, a jak twierdzi Jego żona: "nawet na plaży nie ma na sobie piasku" (jak On to robi;)?!), gazety ułożone ma zawsze w porządku rosnącym - od najmniejszej do największej (a nie chronologicznym, jak my w naszym artystycznym nieładzie), naczynia w kuchni również układa w porządku rosnącym, ba!-nawet w półkach i szafkach wszystko ma nienagannie poukładane, ponoć zawsze w tym samym porządku...Good for him i dobrze dla nas, bo w końcu nie mogliśmy się tłumaczyć brakiem czasu wynikającym z macierzyństwa i tacierzyństwa, i posprzątaliśmy generalnie całe mieszkanie!
Po porządkach domowych wybraliśmy się do jednej z nielicznych restauracji w Kuala Lumpur, w których Sąsiedzi mogą spożywać posiłki. Są wyznawcami dźinizmu (jainism) i bardzo restrykcyjnie przestrzegają zasad wiary (nie tylko tych dotyczących żywienia), tj. nie mogą jeść żadnego żywego organizmu, nie tylko kury, ale też jajka, a co za tym idzie - żadnych potraw, których składnikiem jest jajko; poza tym nie jedzą m.in. ziemniaków czy marchewki (bo aby je spożyć musieliby je "zabić", czyli wyrwać z ziemi). Aby ułatwić sobie i nam życie, poprosiliśmy Ich o wybranie restauracji, która będzie dla Nich odpowiednia, a jedzenie smaczne - czyli takiej, do której możemy Ich zaprosić:) Sąsiedzi wybrali najlepszą, Ich zdaniem, restaurację wegetariańską, ale byli nieco zniesmaczeni, kiedy na miejscu okazało się, że nie można zamówić żadnych specjałów, bo akurat trwa festiwal kuchni Gujarat (jednego ze stanów Indii, z którego zresztą pochodzi Sąsiadka). Prawdę mówiąc, dla nas było to bez różnicy. Był więc gujaratański bufet, jedzenie bardzo nam smakowało, choć nie skosztowaliśmy wszystkiego (zbyt pikantne), a Tata szybko stwierdził, że "dobre, dobre, ale monotonne to wegetariańskie jedzenie". Brzdącom najbardziej smakowało tradycyjne chapati. Obsługa restauracji była bardzo miła, właściciel nawet zrobił nam zdjęcia (w celu promocji swojego lokalu, jak się okazało...w sensie, że "ekspaci" też w nim bywają!), a Tata posypał nas kolorowymi proszkami, które były jeszcze dostępne z okazji minionego święta Holi.
Później wróciliśmy do naszego, lśniącego mieszkania, gdzie opowieściom indyjsko-polskim nie było końca:) Było też tworzenie prac plastycznych przez Juniory (jedno z Ich ulubionych zajęć ostatnimi czasy), zabawy (pomimo późnej godziny i tego, że właśnie dostali od Gości cztery (!) nowe piłki, nieco wybiły się ze swojej rutyny) i śpiewanki przy gitarze...A nazajutrz, jak to zwykle bywa "day after party" zmęczenie po nieprzespanej nocy i ból głowy...ale to już inna bajka;)
Po porządkach domowych wybraliśmy się do jednej z nielicznych restauracji w Kuala Lumpur, w których Sąsiedzi mogą spożywać posiłki. Są wyznawcami dźinizmu (jainism) i bardzo restrykcyjnie przestrzegają zasad wiary (nie tylko tych dotyczących żywienia), tj. nie mogą jeść żadnego żywego organizmu, nie tylko kury, ale też jajka, a co za tym idzie - żadnych potraw, których składnikiem jest jajko; poza tym nie jedzą m.in. ziemniaków czy marchewki (bo aby je spożyć musieliby je "zabić", czyli wyrwać z ziemi). Aby ułatwić sobie i nam życie, poprosiliśmy Ich o wybranie restauracji, która będzie dla Nich odpowiednia, a jedzenie smaczne - czyli takiej, do której możemy Ich zaprosić:) Sąsiedzi wybrali najlepszą, Ich zdaniem, restaurację wegetariańską, ale byli nieco zniesmaczeni, kiedy na miejscu okazało się, że nie można zamówić żadnych specjałów, bo akurat trwa festiwal kuchni Gujarat (jednego ze stanów Indii, z którego zresztą pochodzi Sąsiadka). Prawdę mówiąc, dla nas było to bez różnicy. Był więc gujaratański bufet, jedzenie bardzo nam smakowało, choć nie skosztowaliśmy wszystkiego (zbyt pikantne), a Tata szybko stwierdził, że "dobre, dobre, ale monotonne to wegetariańskie jedzenie". Brzdącom najbardziej smakowało tradycyjne chapati. Obsługa restauracji była bardzo miła, właściciel nawet zrobił nam zdjęcia (w celu promocji swojego lokalu, jak się okazało...w sensie, że "ekspaci" też w nim bywają!), a Tata posypał nas kolorowymi proszkami, które były jeszcze dostępne z okazji minionego święta Holi.
| Brzdące zajadające chapati. Z lewej: "smile" Wiktorkowy ;) |
Później wróciliśmy do naszego, lśniącego mieszkania, gdzie opowieściom indyjsko-polskim nie było końca:) Było też tworzenie prac plastycznych przez Juniory (jedno z Ich ulubionych zajęć ostatnimi czasy), zabawy (pomimo późnej godziny i tego, że właśnie dostali od Gości cztery (!) nowe piłki, nieco wybiły się ze swojej rutyny) i śpiewanki przy gitarze...A nazajutrz, jak to zwykle bywa "day after party" zmęczenie po nieprzespanej nocy i ból głowy...ale to już inna bajka;)
niedziela, 11 marca 2012
Sobotni, chińsko-hinduski czas
Welcome to Malaysia!-usłyszałam od trzech młodych mężczyzn, kiedy czekałam z Brzdącami na Tatę pod jedną z restauracji w dzielnicy Chinatown. Uśmiechnęłam się tylko, a Oni zapytali: "Where are you come from?", odpowiedziałam grzecznie, że z Polski, a Oni na to: "Aaa, Holand, beautiful country!"...czy pisałam już, że prawie zawsze, ilekroć ktoś pyta mnie czy Tatę, skąd jesteśmy, to ludzie słyszą i powtarzają na głos Holand? Na początku prostowaliśmy, że nie, nie Holand, tylko Poland, ale też z Europy...ale później już nam się zwyczajnie nie chciało i jak ktoś mówił, że np. piękne tulipany mamy, albo z dumą twierdził, że kibicuje naszej drużynie, Eindhoven, to już nie staraliśmy się tłumaczyć, że w Polsce to owszem, tulipany mamy, ale nie tak piękne i nie tak słynne, jak te holenderskie, a Eindhoven to też nie nasza drużyna. W każdym razie ci młodzi mężczyźni błyskawicznie zwrócili się do jednego z Brzdąców (drugi spał): "What`s your name?" i nie czekając na odpowiedź, sami jej sobie udzielili..."Michael"...i tak zaczęli wołać do Wiktorka, przekrzykując się wzajemnie: "Michael, Michael!"...rozbawienie Wikiego i Jego mina - bezcenne:)
Po spacerze uliczkami Chinatown wybraliśmy się na "nasz" wielki pas zieleni przed pałacem Sułtana. I tam jak zawsze aktywnie odpoczęliśmy, Juniory grały z Tatą w piłkę, a że akurat z autokaru wysypała się grupa turystów, to Brzdące zostały obfotografowane w akcji...jedna pani ambitnie starała się złapać Juniory, aby pozowały do zdjęcia z Jej małą córką (wcześniej zapytała nas, czy może zrobić Im jedno zdjęcie ze swoim dzieckiem). Biedna dziewczynka podążała przez pewien czas za Nimi krok w krok, ale Brzdące za nic nie chciały współpracować...no tak, ciężar "sławy" bywa przytłaczający ;) Na koniec udaliśmy się do Pasar Seni - najstarszego marketu w Kuala Lumpur, którego początki sięgają 1888r.! Nie jest to jednak zwykły market - można tam zakupić wybrane dzieła sztuki i wszystko, czego tylko (nie)turystyczna dusza zapragnie...wszelkie rękodzieła, tradycyjne stroje malajskie, chińskie czy nawet hinduskie, biżuterię, małe postacie Buddy i hinduskich bogów i bożków oraz inne "pamiątki" z Malezji i regionu Azji Południowo-Wschodniej. Dla zmęczonych zakupami Pasar Seni oferuje restaurację, jedną z najlepszych, naszym zdaniem, w Malezji: Secret Recipe. Tym razem z niej nie skorzystaliśmy, a to dlatego, że byliśmy już umówieni na indyjską kolację.
Po bardzo udanej małej wycieczce wróciliśmy do domu, gdzie zaczęliśmy przygotowywać się do wieczornego spotkania z sąsiadami...Ale to zasługuje na osobny wpis, więc cdn. :)
Po spacerze uliczkami Chinatown wybraliśmy się na "nasz" wielki pas zieleni przed pałacem Sułtana. I tam jak zawsze aktywnie odpoczęliśmy, Juniory grały z Tatą w piłkę, a że akurat z autokaru wysypała się grupa turystów, to Brzdące zostały obfotografowane w akcji...jedna pani ambitnie starała się złapać Juniory, aby pozowały do zdjęcia z Jej małą córką (wcześniej zapytała nas, czy może zrobić Im jedno zdjęcie ze swoim dzieckiem). Biedna dziewczynka podążała przez pewien czas za Nimi krok w krok, ale Brzdące za nic nie chciały współpracować...no tak, ciężar "sławy" bywa przytłaczający ;) Na koniec udaliśmy się do Pasar Seni - najstarszego marketu w Kuala Lumpur, którego początki sięgają 1888r.! Nie jest to jednak zwykły market - można tam zakupić wybrane dzieła sztuki i wszystko, czego tylko (nie)turystyczna dusza zapragnie...wszelkie rękodzieła, tradycyjne stroje malajskie, chińskie czy nawet hinduskie, biżuterię, małe postacie Buddy i hinduskich bogów i bożków oraz inne "pamiątki" z Malezji i regionu Azji Południowo-Wschodniej. Dla zmęczonych zakupami Pasar Seni oferuje restaurację, jedną z najlepszych, naszym zdaniem, w Malezji: Secret Recipe. Tym razem z niej nie skorzystaliśmy, a to dlatego, że byliśmy już umówieni na indyjską kolację.
Po bardzo udanej małej wycieczce wróciliśmy do domu, gdzie zaczęliśmy przygotowywać się do wieczornego spotkania z sąsiadami...Ale to zasługuje na osobny wpis, więc cdn. :)
czwartek, 8 marca 2012
Happy Holi!
...happy Holi!-życzyli nam dziś niemal wszyscy spotkani znajomi z Indii, z okazji obchodzonego przez Nich święta. Holi to hinduistyczny festiwal kolorów - święto wiosny i radości, obchodzone zwykle w dniu pełni księżyca, czasem w lutym, zazwyczaj jednak w marcu.
Nasza sąsiadka, która ostatnio stała się nie tylko animatorką zabaw Juniorowych, ale i moją nauczycielką angielskiego, opowiadała dzisiaj, jak Hindusi celebrują Holi w Jej regionie (Gujarat). I o tym, jak bardzo tęskni w owym czasie za Indiami i zabawą z przyjaciółmi, za wspólnymi tańcami, obsypywaniem się kolorowymi proszkami, za polewaniem się wodą (trochę tak jak w Polsce, w Lany Poniedziałek), za bhang (napojem sporządzonym z krowego mleka z cukrem i...marihuany, z domieszką jakiegoś słodkiego aromatu, np. migdałowego)...czyli wszystkim tym, co składa się na święto Holi. Bhang piją w tym dniu wszyscy dorośli, czasem nawet po 3-4 kubki, just for fun i aby dodać sobie śmiałości - bo nawet, jeśli ktoś nie potrafi lub nie lubi tańczyć, po spożyciu bhang wpada w trans i pląsa do rytmów muzyki.
Geneza Holi wywodzi się z różnej mitologii indyjskiej, w zależności od wyznawanej tradycji hinduizmu. Było i jest świętem celebrowanym w całych Indiach, niezależnie od owej tradycji, od kasty (początkowo w Indiach obchody Holi były czasem, kiedy ludzie z różnych warstw społecznych zapominali o podziałach. Dzisiaj wszyscy o nich pamiętają, ale i tak tradycja pozostała, i Hindusi z niższych kast, maid czy rolnicy także celebrują ten dzień i mają wolne od pracy). Mieszkańcy Indii świętują więc Holi obsypując się kolorowymi proszkami, polewając wodą, pijąc bhang, tańcząc i śpiewając w ogródkach swoich sąsiadów (!), parkach, placach i na ulicach (choć to zabronione, ale no problem!). Wszyscy są kolorowi, a proszki zmywają się dopiero po kilku kąpielach. Po zakończonej zabawie świętujący wracają do swoich domów, zażywają kąpieli i już bardzo zmęczeni wpadają w popołudniową drzemkę, która często trwa aż do następnego dnia!
W trakcie dzisiejszej lekcji języka angielskiego widziałam także na skypie uśmiechniętych, pomalowanych rodziców naszej sąsiadki, którzy właśnie wrócili z celebracji. Aż łezka się w oku zakręciła na widok Ich szczęścia i smutku koleżanki, że nie mogła uczestniczyć w tym festiwalu. W Kuala Lumpur obchody Holi odbędą się w najbliższą niedzielę w pobliskiej świątyni...mam nadzieję, że uda nam się na nie wybrać, choć nie wiem jeszcze, co na to Brzdące;) Zobaczymy!
PS. Wyznawcy Sikhizmu, których świątynia znajduje się naprzeciwko naszego "bloku", do późnych godzin wieczornych palili dziś - z okazji Holi - wielkie ognisko (Holi ka dahan).
Nasza sąsiadka, która ostatnio stała się nie tylko animatorką zabaw Juniorowych, ale i moją nauczycielką angielskiego, opowiadała dzisiaj, jak Hindusi celebrują Holi w Jej regionie (Gujarat). I o tym, jak bardzo tęskni w owym czasie za Indiami i zabawą z przyjaciółmi, za wspólnymi tańcami, obsypywaniem się kolorowymi proszkami, za polewaniem się wodą (trochę tak jak w Polsce, w Lany Poniedziałek), za bhang (napojem sporządzonym z krowego mleka z cukrem i...marihuany, z domieszką jakiegoś słodkiego aromatu, np. migdałowego)...czyli wszystkim tym, co składa się na święto Holi. Bhang piją w tym dniu wszyscy dorośli, czasem nawet po 3-4 kubki, just for fun i aby dodać sobie śmiałości - bo nawet, jeśli ktoś nie potrafi lub nie lubi tańczyć, po spożyciu bhang wpada w trans i pląsa do rytmów muzyki.
Geneza Holi wywodzi się z różnej mitologii indyjskiej, w zależności od wyznawanej tradycji hinduizmu. Było i jest świętem celebrowanym w całych Indiach, niezależnie od owej tradycji, od kasty (początkowo w Indiach obchody Holi były czasem, kiedy ludzie z różnych warstw społecznych zapominali o podziałach. Dzisiaj wszyscy o nich pamiętają, ale i tak tradycja pozostała, i Hindusi z niższych kast, maid czy rolnicy także celebrują ten dzień i mają wolne od pracy). Mieszkańcy Indii świętują więc Holi obsypując się kolorowymi proszkami, polewając wodą, pijąc bhang, tańcząc i śpiewając w ogródkach swoich sąsiadów (!), parkach, placach i na ulicach (choć to zabronione, ale no problem!). Wszyscy są kolorowi, a proszki zmywają się dopiero po kilku kąpielach. Po zakończonej zabawie świętujący wracają do swoich domów, zażywają kąpieli i już bardzo zmęczeni wpadają w popołudniową drzemkę, która często trwa aż do następnego dnia!
W trakcie dzisiejszej lekcji języka angielskiego widziałam także na skypie uśmiechniętych, pomalowanych rodziców naszej sąsiadki, którzy właśnie wrócili z celebracji. Aż łezka się w oku zakręciła na widok Ich szczęścia i smutku koleżanki, że nie mogła uczestniczyć w tym festiwalu. W Kuala Lumpur obchody Holi odbędą się w najbliższą niedzielę w pobliskiej świątyni...mam nadzieję, że uda nam się na nie wybrać, choć nie wiem jeszcze, co na to Brzdące;) Zobaczymy!
PS. Wyznawcy Sikhizmu, których świątynia znajduje się naprzeciwko naszego "bloku", do późnych godzin wieczornych palili dziś - z okazji Holi - wielkie ognisko (Holi ka dahan).
wtorek, 6 marca 2012
Sunset Village
W minioną niedzielę wybraliśmy się z hinduskimi przyjaciółmi nad morze. Tym razem jednak byliśmy w innych miejscach - najpierw na zatłoczonej plaży, na której nikt nie dbał o porządek, za to trzeba było słono zapłacić, chcąc schować się pod daszkiem w cieniu (co też uczynili nasi znajomi, którzy stronią od słońca). Później odkryliśmy świetną, niemal pustą plażę, w pobliżu Sunset Village Resort, na której odpoczywała garstka Malajów z małymi dziećmi. Brzdące szybko nawiązały znajomość z pewnym chłopczykiem - właścicielem najbardziej atrakcyjnego pojazdu! Przez długi czas zgodnie się bawili, aż Tata przerwał Ich sielankę i udaliśmy się na spacer po plaży...w gwoli ścisłości, to Tata z Wiktorkiem spacerowali, ja zatrzymałam się z Brzdącem Antosiowym przy grupce dzieci, z którymi szybko nawiązaliśmy znajomość. Jednym słowem, zabawa i relaks na całego!
| Malajki w kąpieli |
| W takich hamakach usypia się dzieci |
| Plaża w pobliżu Sunset Village Resort |
| Fascynacja "titułą" ;) |
| Wóz policyjny z napisem: "Drive me crazy" - takie cuda, tylko w Malezji ;) |
poniedziałek, 5 marca 2012
Urodzin świętowanie
W minionym tygodniu nasza mała hinduska przyjaciółka świętowała urodziny. Z tej okazji Jej rodzice zaprosili mnie do świątyni, do której zawsze udają się, kiedy Ich najbliżsi mają urodziny. Brzdące w owym czasie były w żłobku (uraczone przez Warshini czekoladkami), Tata w pracy...
...ale w weekend świętowaliśmy już wszyscy razem :) Był pyszny tort prosto z Secret Recipe (naszym zdaniem mają tam najlepsze ciasta w Malezji!), kurczak i...pizza, ale przede wszystkim świetna zabawa! Tajemnicą pozostanie dla nas jednak, dlaczego na torcie paliło się aż 5 świeczek (choć znajoma z Indii twierdzi, że zawsze mają więcej świeczek po to, aby tort ładniej się prezentował)?! Solenizantka wyglądała niczym gwiazdka rocka...a sądząc po tym, jak głośno potrafi się zachowywać, zwłaszcza w towarzystwie Juniorów, już jest wschodzącą gwiazdą ;)
...ale w weekend świętowaliśmy już wszyscy razem :) Był pyszny tort prosto z Secret Recipe (naszym zdaniem mają tam najlepsze ciasta w Malezji!), kurczak i...pizza, ale przede wszystkim świetna zabawa! Tajemnicą pozostanie dla nas jednak, dlaczego na torcie paliło się aż 5 świeczek (choć znajoma z Indii twierdzi, że zawsze mają więcej świeczek po to, aby tort ładniej się prezentował)?! Solenizantka wyglądała niczym gwiazdka rocka...a sądząc po tym, jak głośno potrafi się zachowywać, zwłaszcza w towarzystwie Juniorów, już jest wschodzącą gwiazdą ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)