O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

środa, 25 stycznia 2012

Gong Xi Fa Cai

Drugi dzień Chińskiego Nowego Roku "świętowaliśmy" z nawiązką, spacerując całe popołudnie uliczkami dzielnicy Chinatown w Kuala Lumpur, odwiedzając buddyjskie świątynie, uczestnicząc w pokazie tańca smoka, obserwując to, co dzieje się dookoła nas oraz podziwiając atmosferę, jaka towarzyszy obchodom tego dnia...

 Nasi mali Chińczycy ;)

















PS. Do późnych godzin nocnych, tak w wigilię Nowego Roku, jak i pierwszego i drugiego dnia, podziwialiśmy pokazy sztucznych ogni!

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Chiński Nowy Rok...w dżungli!

Dzisiaj nastał Rok Smoka! Z tej okazji, a właściwie korzystając z kolejnego długiego weekendu, jaki został nam tutaj dany, wybraliśmy się z naszymi hinduskimi przyjaciółmi na wycieczkę. I miało być tak pięknie...Jeszcze wczoraj, w Wigilię Nowego Roku podziwialiśmy z balkonu pokazy sztucznych ogni, które nieco nas zaskoczyły...tak one, jak i petardy, puszczane były od późnych godzin popołudniowych do 2h nad ranem! Prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się o północy, z każdej strony byliśmy bombardowani;) i zaskoczeni, że jak to?!- sztuczne ognie przed Sylwestrem;)?!

Postanowiliśmy, że z okazji Chińskiego Nowego Roku wybierzemy się do Chinatown i do jednej z buddyjskich świątyń, której bramy, mamy nadzieję, będą dla nas otwarte! Nasi przyjaciele z Indii nie byli zainteresowani takim sposobem spędzenia czasu, ale zaproponowali małą wyprawę na łono natury...do dżungli, podziwiać dziką przyrodę i piękne wodospady, a to wszystko niecałe 30km od nas! Pogoda wyjątkowo dopisała, a kiedy dwie godziny po umówionej porze przyjaciele, zwani dalej (nie od dziś) Powolniakami, niespiesznie się z nami spotkali, ruszyliśmy w drogę. Nie byliśmy jednak zdenerwowani - po pierwsze dlatego, że miło jest mieć świadomość, że ktoś spóźnia się bardziej, niż my; a po drugie - czas oczekiwania spędziliśmy na "osiedlowym" placu zabaw, więc Brzdące były w siódmym niebie! Szybko okazało się jednak, że pierwszym postojem będzie stacja paliw (Powolniaki się nie przygotowały) i że to oni za nami, a nie my za nimi, będą podążać (chociaż już tam raz były). Tata nie mógł wyjść z podziwu, jaki z tej Malezji piękny kraj jest...kiedy Chińczycy świętują w swych domach (nie to, żebyśmy mieli coś przeciwko chińskiemu narodowi), na drodze jest pusto! Wszędzie, gdzie się rozejrzeliśmy, było pusto!  Drugim przystankiem na naszej drodze do dżungli było Batu Caves - hinduistyczna świątynia, przy której było tak kolorowo, tłumnie i głośno, że można było dostać zawrotu głowy...czyli, ponoć, jak to w Indiach:) Lubię to! Ruszyliśmy dalej, a kiedy dojechaliśmy na miejsce, Powolniaki stwierdziły, że nie...jednak nie...tutaj jest fajnie, ale były w fajniejszym miejscu, które chcą nam pokazać..."Pożyczcie nam gps i jedźcie za nami" - stwierdzili, co też uczyniliśmy. Po pół godzinnej jeździe w strugach deszczu znaleźliśmy się na parkingu Tesco, bo nie...jednak wpisali zły adres, a właściwie to nie wpisali go wcale, bo przecież wydawało Im się, że pamiętają, ale jednak nie...nie pamiętają, jak tam dojechać..."Sorry" - powiedzieli z promiennym uśmiechem na ustach. A właściwie On się uśmiechał, Ona była zdenerwowana i szybko zrozumieliśmy, że przyjaciółka głodna jest po prostu, a w Jej hinduskim brzuszku kiszki marsza grają...ten grymas...ta pora dnia...to już przecież czas na obiad! Nikt się nie spodziewał, że tyle czasu zajmie nam niespełna 30 km podróż, a że nie mieli ze sobą nic do jedzenia...Przyznała, że jest głodna, ale spokojnie - na miejscu można coś zjeść! Tylko...gdzie jest TO miejsce?! Z pomocą przyszła malajska rodzina, która wytłumaczyła, jak trafić do celu. Po kolejnej, prawie pół godzinnej jeździe w ulewie, dojechaliśmy na miejsce...O dziwo, nie byliśmy zdenerwowani, raczej rozbawieni całą sytuacją, aż Tata słusznie zaczął podejrzewać, że "to może być jedna z tych wycieczek, do której nie dojedziemy" (już raz kiedyś Powolniaki zaprosiły nas na małą wyprawę...miało być tak pięknie...rejs statkiem po jeziorze, gdzieś w Putrajaya, no ale niestety, nie udało się tam trafić!). Tym razem udało się jednak dotrzeć, a na miejscu najpierw naszym oczom ukazał się dziki tłum i małpki na drzewach, przy drodze, biegające między ludźmi...słowem, były wszędzie, ku wielkiej radości Brzdąców, które podniecone wołały "a-a-a, a-a-a" (bo przecież tak robią małpki;)). Stanęliśmy w kolejce na parking, kiedy to pan parkingowy zażądał od nas 8RM (8zł) za wjazd. Powiedziałam Tacie, że pewnie chce nas "oszyć", widzi przecież, że biali jesteśmy, że pewnie turyści...ale nie wyglądał na takiego, z kim się dyskutuje, a że Tata zawsze taki uczciwy i pokornego serca...daliśmy więc panu magiczne 8RM, kiedy to po chwili okazało się, że hinduscy przyjaciele zapłacili 5RM. Skandal! Oczywiście, ja się chciałam kłócić o zwrot należnej nam reszty, ale Tata stwierdził, że nie warto, więc ruszyliśmy przed siebie! Bardzo szybko zauważyliśmy, że miejsce, które miało być dzikie, czyste i nieskażone cywilizacją, zamieniono na tani park, pełen komercji, fast foodów i różnych "souvenirów" od hinduistycznych bożków, przez breloczki z Petronas Twin Towers, na mieniącym się kolorami tęczy portrecie Michaela Jacksona skończywszy...Powolniaki błyskawicznie zainstalowały się w ulicznym fast foodzie, dumne z siebie, że w szybkim tempie kupiły i sobie, i nam, hamburgery (bardzo miło z Ich strony!). Tymczasem zewsząd płynęła głośna muzyka, a zgromadzone towarzystwo, poza nieliczymi Malajami, stanowili Tajowie, Filipińczycy, Indonezyjczycy i Hindusi...Znaczna część bawiących nad wodospadami i kąpiących się w rzece ludzi była pijana, śpiewano, tańczono, a dzieci i dorośli biegali boso, pomiędzy nimi małpy...Naprawdę! Szczerze pisząc, takiego obrazu Malezji spodziewałam się przed naszym przyjazdem tutaj. Może trochę/bardzo przerysowanego, ale jednak...I cieszymy się, że zobaczyliśmy takie miejsce...zupełnie inne od tych, które dotąd widzieliśmy na malezyjskiej ziemi...Za namową Powolniaków zaczęliśmy iść długą drogą ku górze, aby dojść na jej szczyt i zobaczyć ten magiczny wodospad, te piękne kaskady, o których słyszeliśmy...Sami byliśmy ciekawi, jak to wygląda, bo też wierzyliśmy, że na górze jest spokojniej i ciszej...W między czasie pogoda zaczęła się psuć, by w końcu, jak dotarliśmy na szczyt, zaczęło padać. To, co zobaczyliśmy na górze, naprawdę nas zszokowało: prawdziwe tłumy pół nagich mężczyzn, pod wpływem alkoholu, śpiewających i pląsających w wodach, nieliczne hinduskie rodziny z dziećmi, jedna altana z -uwaga!- wc (wydawać by się mogło, kulturka...), poza tym piękna, choć skażona i zanieczyszczona, bujna przyroda...Po szybkim rekonesansie otoczenia podjęliśmy decyzję o natychmiastowej ewakuacji, tym bardziej, że zaczynało grzmieć i wyobraziliśmy sobie, że na wypadek burzy, całe to towarzystwo, które jeszcze jest świadome swojego położenia, rzuci się w kierunki altany, a my przemokniemy do suchej nitki...z całą naszą wyprawką i juniorowym prowiantem, a że Brzdące były głodne i zaczynały się już denerwować...Tym razem za naszą namową Powolniaki niespiesznie udały się w drogę powrotną, a kiedy rozpętała się burza, dodałam gazu i w trymiga znalazłam się z Brzdącem Antosiowym na parkingu ("skakałaś jak młoda kózka po tej dżungli, nie mogliśmy Cię z Wiktorkiem dogonić" - powiedział później Tata, co było największym komplementem!). Właściwie, to nasz wyczyn nie był zbyt bezpieczny, ale postanowiliśmy zaufać sobie i naszym siłom witalnym (w końcu bieg z 14kg dzieckiem pod pachą i z torebką w ręce nie jest bułką z masłem!) i jak najszybciej znaleźć się w samochodzie. Brzdąc cały czas dzielnie trzymał się mnie mocno i powtarzał: "kap kap" (bo przecież deszczyk robi "kap kap kap";)).

Czy było warto wchodzić na górę przy tak szybko zmieniającej się pogodzie?! Hmm...Wszystko dobrze się skończyło, więc nie mamy na co narzekać. Musimy jednak przyznać, że było to doświadczenie dość ekstremalne (i bardzo interesujące!) i że gdybyśmy wiedzieli, co zobaczymy na szczycie, gdybyśmy wiedzieli, że w środku dżungli zastanie nas burza, oczywiście, że byśmy nawet nosa z samochodu nie wychylili! Na szczęście, byliśmy tego nieświadomi i przeżyliśmy niezłą przygodę, z której śmialiśmy się już w samochodzie, kiedy to przemoczeni do suchej nitki obserwowaliśmy, jaką Brzdące zorganizowały sobie zabawę! Oporządziliśmy Ich i w oczekiwaniu na hinduskich przyjaciół rozpoczęliśmy w samochodzie piknik. Pół godziny później, podszedł do naszego samochodu kompletnie przemoczony Powolniak, z mokrymi hamburgerami w rękach i rozkosznym "Sorry for the trip" :)















Welcome home

Welcome home - powiedział Tata, kiedy już drugiego dnia po powrocie do Malezji utknęliśmy w gigantycznym korku w drodze do centrum handlowego; w którym również przywitały nas dzikie tłumy!

Welcome home, westchnęłam, kiedy po powrocie z zakupów spotkaliśmy spacerującego po naszej kuchni, ok 5 cm karalucha i kiedy Tata niezdarnie, z butami w rękach i przekleństwami na ustach próbował gonić małego potwora...Bezskutecznie! Wspólnymi siłami, ostrożnie i delikatnie, staraliśmy się opróżnić szafkę, do której wszedł, ale skubaniec jakoś wygiął śmiało swoje karalusze ciało i czmyhnął nam między szafkami! A to oznacza, ni mniej, ni więcej, jak tylko, że jest naszym nowym lokatorem! Bo o jaszczurkach już chyba wspominałam?!...Otóż nasz malezyjski dom zamieszkują gekony i wcale mnie nie pociesza, że niektórzy hobbistycznie hodują je w swoich domach. Nie pociesza mnie również to, że są pożytecznymi zwierzakami - zjadają mniejszych przedstawicieli swojego, jak i innego gatunku...A inne gatunki małych potworów też mamy za lokatorów, a jakże! Spotkaliśmy już dwa typy mrówek, jedne bardzo jadowite - do tej pory mam blizny po ich ugryzieniach! Drugie, niegroźne dla człowieka, ale nieprzyjemne dla jego pożywienia - gdy tylko czegoś nie zamkniemy, natychmiast pojawiają się w otwartych kartonach, pudełkach, pojemnikach i wyżerają nam resztki jedzenia! Gdy czegoś nie dopijemy - natychmiast pojawiają się "spod ziemi", by wypić nam resztki! A kiedy na chwilę opuścimy nasze lokum - zasiedlają szafki! Cała ta fauna wesoło zamieszkuje apartamenty w Kuala Lumpur, a w sklepach roi się od środków owadobójczych, z których oczywiście korzystamy! Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do obecności jaszczurek, a Brzdące za każdym razem cieszą się, kiedy je spotykają! Biegają wtedy za nimi i głośno wołają "psss psss" (bo przecież tak robią jaszczurki;)). Podobnie było i dzisiaj w pokoju zabaw, gdzie mały gekon przyszedł się najwyraźniej pobawić;) Jako, że był malutki, nie pozwoliliśmy Brzdącom go terroryzować - przyjrzały mu się tylko dokładnie, zawołały "psss psss", by po chwili powiedzieć "pa pa psss psss!", czyli że przegoniliśmy z Tatą tę jaszczurkę, co by nie nabawiła się ataku serca;) Ale wszystkim innym małym potworom, z nieuchwytnym jak dotąd wielkim karaluchem na czele, mówimy stanowczo NIE i będziemy na ich tropie!

Gekon wkomponowany w wystrój wnętrza ;)

piątek, 20 stycznia 2012

Ideał sięgnął bruku

Adaptacja Brzdąców do tropików przebiega nad wyraz dobrze (odpukać!), apetyt i dobre nastroje Im dopisują, wydawać by się mogło, że aż za bardzo...Gadzina pochłania niezliczone ilości jedzenia (ku mojemu zadowoleniu i rozpaczy Taty, który to chce mieć szczupłych Synów swych), świetnie się bawi i grasuje - dzień w dzień, a właściwie noc w noc - do ok 23-24 godziny...a potem...jeśli chodzi o Brzdąca Wiktorkowego - nie mamy żadnych zarzutów: jak już padnie, tak śpi ładnie na swoim własnym materacyku, w swoim pokoiku, w jednej pozycji, aż do rana. Ale za to z Brzdącem Antosiowym, niestety, przetestowaliśmy już wszystkie, poza "Donkey Kong", pozycje...
http://www.joemonster.org/art/19143/Pozycje_dziecka_w_lozku_rodzicow

Ideał pedagogiczny sięgnął bruku! Ale jak tylko się wyśpię, popracuję nad tym :)

środa, 18 stycznia 2012

Bonjour, Mademoiselle...

...powiedział do Brzdąca Wiktorkowego pewien Francuz, siedzący obok nas na pokładzie samolotu, kiedy to Wiki, drzemiący w swojej kuszetce, otworzył oczka gdzieś nad Langkawi. Nie wyprowadzaliśmy pana Francuza z błędu - uroczo wyglądał, jak zagadywał Brzdąca, który to wszedł z Nim w dialog :)

Wczoraj szczęśliwie wylądowaliśmy na malezyjskiej ziemi, a lot - zwany przez nas na potrzeby Juniorów "hop przez chmurki" - był bardzo spokojny, choć towarzyszyły mu wielkie emocje (przez panującą w Krakowie aurę, śnieg i słabą widoczność gotowa byłam zrezygnować z niego, a potem, kiedy w Paryżu okazało się, ze nasz samolot ma problem techniczny, który naprawiano przez 2 godziny, ponownie gotowa byłam wysiąść z niego, byle tylko...żyć ;)! Tak tak, tak panicznie boję się latać, nie cierpię!). Brzdące za to, wraz z Tatą, zachwycone są lataniem, a na widok samolotu i jego skrzydeł podczas lotu wołały głośne i długie aaaaaa (bo przecież takie dźwięki wydaje samolot ;)!), poza tym biegały z poznanym kolegą (oczywiście w miejsca, gdzie nie wolno było...podczas uziemienia na pokładzie, kiedy to naprawiano usterkę samolotu), potem oglądały z Tatą bajki (bardzo niepedagogicznie, ale jakie spokojne przy tym były...Przy okazji okazało się, ze Smerfów, oglądanych po raz pierwszy, Gady nie lubią! Skandal ;)), spacerowały po pokładzie, a nawet podrywały nieco starszą dziewczynkę ze smoczkiem w buzi (tak naprawdę Ich celem było Jej autko-zabawka, którego nie pożyczyła, nieczuła na wdzięki młodszych zalotników).


 Zabawy na lotnisku w Balicach

 Gdzieś nad Penang

Słowem, po 24 godzinach w podróży, 14 tysiącach przebytych kilometrów i ubytku masy mojego ciała o jakieś 3kg (no, może 4kg licząc jeszcze szaleńczą jazdę pana taksówkarza z lotniska do domu, kiedy to w miejscach, gdzie należało ograniczyć prędkość do 60km/h jechał 120km/h, a Tata jeszcze cieszył się jak dziecko, że "suniemy"!), dotarliśmy!!! I gorąco pozdrawiamy ze słonecznego dziś Kuala Lumpur!

PS. Brzdące, przekroczywszy próg mieszkania, ku naszemu zaskoczeniu, spontanicznie i z zadowoleniem zaczęły wołać DOM, DOM! i naprawdę sprawiały wrażenie, jakby wszystko w nim pamiętały...więc jest dobrze, oby było tylko lepiej i adaptacja do tropików szybko i sprawnie nam przebiegła!

środa, 11 stycznia 2012

Tupot małych stóp

Dzień w dzień, a właściwie, noc w noc dobiegają mnie dźwięki tuptania Brzdącowych stópek. Nie liczę już, ile razy w ciągu jednej nocy zdarza mi się je słyszeć, ale wiem na pewno, że raz jeden, raz drugi Junior wyłazi ze swojego łóżeczka z tekstem: "Mama", "Tata" i drepcze do łóżka swych rodziców...a bo smutno samemu leżeć w łóżeczku i chce się przytulić, a bo głodny, a bo spragniony...Oszaleć można! Różnica między Brzdącami a nami jest taka, że na drugi dzień wstają jak gdyby nic, o 7h rano, gotowe do zabawy...A nie daj Boże, żeby jeden wstał, a Braciszek jeszcze ucinał sobie drzemkę! Wówczas ten, który się już obudził włazi do łóżeczka Braciszka, przytula się, przynosi Mu zabawki i ma wielkiego focha, jak Brat nie reaguje! Wówczas nieco bardziej agresywnie zwraca na siebie uwagę swą, a jak Brat w końcu otwiera oczko, rozlega się głośne, triumfalne: "Jeee!!!" (czyt.: jest) na powitanie! W ciągu dnia z kolei obaj szaleją jak pijane zające, za nic mają popołudniowe drzemki i jak już sobie jakąś utną, to nie trwa ona dłużej niż godzinkę (w przypadku Brzdąca Pierwszego) i dłużej niż pół godzinki (w przypadku Drugiego, oczywiście). No masakra jakaś! I tak oto, po powrocie z Malezji, Juniory i owszem, zaadaptowały się już do zmiany czasu, ale w ciągu doby są "na nogach" 14 godzin!
Tupot małych stóp...czterech stóp, towarzyszy nam więc nieustannie!!!

wtorek, 10 stycznia 2012

Zima w Krakowie nas zaskakuje!

I co by nie było, że bloga zaniedbuję, załączam zdjęcie z podróży bliskich...bo po osiedlu (niestety, zima w Krakowie mocno zaskoczyła, tym razem nie kierowców, ale między innymi tych, co to z tropików przyjechali na śnieżne Święta, relaks przy lepieniu bałwana i aktywny wypoczynek na sankach!). Miało być tak pięknie, a tymczasem pogoda nie sprzyja podróżom dalszym (czyt.: spacerom) w wózku, za to okres świąteczno-noworoczny upływa nam na odwiedzaniu i przyjmowaniu wizyt bliskich oraz czerpaniu z tego wielkiej radości!

Zdjęcie tym razem nie spod palmy, a spod choinek ;)

I jeszcze jedno, z krakowskiego rynku Bożonarodzeniową porą...