O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

czwartek, 8 grudnia 2011

Gwiazdka po hindusku :)

Hinduscy przyjaciele zaprosili nas na pokaz swoich zdjęć ślubnych i weselne opowieści :) Przybyliśmy więc wieczorową porą, po odebraniu całej trójki ze żłobka i oporządzeniu Brzdąców w domu.

Była świetna zabawa, pyszne jedzenie, balony, bańki mydlane, pokazy "Twinkle twinkle little stars"- żłobkowego przeboju i tańce, a później wręczenie sobie świątecznych prezentów :) Co prawda do Świąt jeszcze trochę, a Hindusi nie obchodzą, rzecz jasna, Bożego Narodzenia, ale sprawili nam miłą niespodziankę! I my Im też! Podarowali mi między innymi churidar - bardzo popularny w Indiach strój, w pięknym kolorze wina...Znajomi przygotowali też składniki na spaghetti carbonara i z wielkim zainteresowaniem przyglądali się Tacie podczas przygotowywania przez Niego posiłku (nigdy sami tego nie robili, a tylko raz w życiu jedli spaghetti). Wieczór - jak to zwykle bywa z tym, co dobre - zbyt wcześnie się skończył, a że nie zdążyliśmy obejrzeć tysiąca ślubnych zdjęć i usłyszeć wszystkich bajkowych opowieści, umówiliśmy się już na re-wizytę - tym razem Oni przyjdą do nas, przygotujemy spaghetti bolognese :)

Taki dostałem prezent! - Wiki

 Bo grunt to integracja ;)
 
Pampers Antosiowi wystaje, ale całuska daje! Cóż, na jednym się nie skończyło i wszystko wskazuje na to, że Antoni ma pierwszą dziewczynkę ;)

I motyw świąteczny w Wiktorkowych rączkach

O małej wycieczce na Menarę KL Tower

Menara KL Tower kusiła nas już od pewnego czasu. Bardziej zachęcająco wyglądały co prawda bliźniacze wieże Petronas Towers i początkowo ich szczyt (czytaj: punkt widokowy zlokalizowany wcale nie na szczycie) chcieliśmy osiągnąć, ale dość szybko straciliśmy entuzjazm w związku z opowieściami i faktem zresztą, że po bilety wstępu na wieże trzeba się wybrać około godziny 8 rano, o zakupie biletów decyduje kolejność, ich ilość na dany dzień jest ograniczona, a nie można zakupić biletu na inny dzień (np. w piątek na sobotę). Słyszeliśmy też, że nie wszystkim udaje się zakupić bilet, bo...panie z okienka zwyczajnie niektórym odmawiają! Cóż, obsługa Twin Towers rządzi się najwidoczniej swoimi prawami, poza tym żaden z kolegów Taty z firmy ani naszych tutejszych znajomych "szczytu" wież nie zdobył, więc nie byliśmy do końca przekonani, czy warto, czy nie warto...Jasne, że mogliśmy się o tym przekonać! Ale...czy nie lepiej było wjechać na Menarę KL Tower, aby z niej zobaczyć, zlokalizowane niemal na wyciągnięcie ręki dwie wieże? Plusem takiego rozwiązania było również to, że mogliśmy przybyć o dowolnej porze dnia, by zakupić bilet. I mieliśmy gwarancję, że zakup nam się uda!

Wybraliśmy się więc w niedzielne popołudnie metrem do KLCC, następnie spacerkiem prawie pod Menarę. Spacer nie należał do najprzyjemniejszych i najłatwiejszych, bo w okolicy Surii KLCC chodniki wcale nie są dostosowane do pieszych, nie wspominając o wózkach! Owszem, z drugiej strony Surii w parku wszystko jest idealnie rozwiązane, ale tu...no niekoniecznie. W końcu dotarliśmy prawie pod KL Tower, gdzie zostaliśmy poinformowani przez miłego pana ochroniarza, że do Menary jeszcze 1km drogi pod górę i radzi, aby zaczekać na busik, który kursuje średnio co 15 min.(bezpłatny). Tata oczywiście stanowczo podziękował i już, już mnie przekonał, abym pchała słodki 13kg ciężar Antosiowy w wózku pod górę, kiedy to Antoni głośnym i wyraźnym rykiem zamanifestował swoje zdanie na ten temat! Grzecznie poczekaliśmy więc na busik, by...po dwóch minutach znaleźć się u bram wieży - drzwi busa otworzył nam uśmiechnięty Malaj w nienagannym uniformie, a zewsząd dobiegała głośna muzyka (disco). Ruchomymi schodami udaliśmy się na pięterki, do kasy i tam przeżyliśmy lekki szok :) Tłum białych ludzi z nielicznymi Malajami i Hindusami w tle, a bilet wstępu na Menarę - 45zł/os! Ale - uwaga!- co byśmy nie mieli poczucia, że cena jest ciut wygórowana, do biletu dorzucono nam wątpliwej jakości rozrywkę - mini ZOO, czyli Animal Zone. Można było wybrać również atrakcję w postaci symulatora Formuły 1, ale jako, że nie było nas przy Tacie, kiedy kupował bilety, postawił na mini ZOO (skąd mógł wiedzieć, że Brzdąc pierwszy zaśnie w wielkich rykach na punkcie widokowym wieży, a Brzdąc drugi ryczeć będzie na widok gadów z Animal Zone?!) Przy wejściu do windy wiodącej na punkt widokowy wieży obsługa pstryknęła nam pamiątkowe zdjęcie (po które zresztą, zdenerwowani, zapomnieliśmy się zgłosić), następnie poprowadzono nas do windy, migusiem wjechaliśmy na wysokość 276 metrów, a u góry...wszystko byłoby w porządku, gdyby Wiktor nie zaczął zachowywać się jak...no właśnie, sami nie wiemy, jak, ale takie zachowanie widzieliśmy po raz pierwszy w życiu (a myślałam, że takie pokazy to tylko w cyrku!), pierwszy raz też zupełnie nie widzieliśmy powodu, dla którego zaczął ryczeć i wić się z płaczu, ale to źle rokować może na nasz rychły lot do Polski! W każdym razie, widoki z płaczem stereo w tle (co będzie sam ryczał, pomyślał Antoni i natychmiast dołączył się do Braciszka. Dość szybko został jednak spacyfikowany i oglądał z nami) szybko obejrzeliśmy, zdjęć kilka pstryknęliśmy, zawiedliśmy się pejzażem miasta, które z góry wygląda mniej więcej jak jeden wielki plac budowy, poprzerywany wysokimi biurowcami. Oczywiście, na Petronas Towers miło było popatrzeć! Zgodnie z Tatą stwierdziliśmy, że Kuala Lumpur o wiele lepiej prezentuje się z ziemi:) chociaż z góry widać jak pięknie jest położone i jaką zielenią otoczone!

Następnie udaliśmy się do Animal Zone, czemu towarzyszyła głośna muzyka (pop), w zoo chodnik było kompletnie nie dostosowany do poruszania się po nim wózkami, więc jedno z nas musiało zostać ze śpiącym Brzdącem na zewnątrz. Tata zgłosił się czym prędzej, zniechęcony widokiem gadów: wężów i jaszczurek, które okupowały miejsca przy wejściu. Weszłam więc z Antosiem, który szybko postanowił dołączyć do Taty, nie zainteresował się nawet majaczącymi małpkami, które znajdowały sie na końcu pomieszczenia. W rezultacie Animal Zone odwiedziłam sama, nic interesującego poza małpkami w niej nie znalazłam, nie polecam!!!






Chinatown








W pieszej wędrówce z Menary KL Tower do przystanku busa, mijaliśmy jeszcze takie atrakcje, jak: Pony Ride czy 1 Malaysia Cultural Village, ale nie skorzystaliśmy, zawiedzeni Animal Zone i tłumem turystów. Myślę, że możemy być odosobnieni w swoich odczuciach zw. z "menarowym przemysłem", bo non stop podjeżdżały pod wieżę taksówki i autobusy pełne turystów. Z drugiej strony, jeśli ktoś zatrzymuje się w Kuala Lumpur tylko na chwilę, może nie mieć czasu na obejrzenie innych interesujących miejsc, a widok z KL Tower zapewnia zobaczenie wszystkiego w pigułce :)

wtorek, 6 grudnia 2011

1 Malaysia, czyli gdzie ci Chińczycy?!

W sobotni poranek znowu zamierzaliśmy jechać do Cameron Highlands i po raz n-ty nasze plany pokrzyżował stan zdrowia Brzdąców, tym razem najgorszy jak dotąd, w Malezji. Przedpołudnie spędziliśmy więc u lekarza, stojąc wcześniej w długiej kolejce. Sama wizyta przebiegła szybko i sprawnie; a  jako, że pediatra odradziła nam wycieczkę na herbaciane wzgórza (ze względu na długą i krętą drogę, klimat i to, że tam małe miasteczka są, w których nie znajdziemy lekarza, gdyby się Brzdącom pogorszyło), korzystając z pięknej, słonecznej pogody postanowiliśmy wybrać się nad morze (przecież to niespełna godzina drogi, trzypasmową autostradą). No właśnie...nie będę pisała o tym, jak klnęliśmy podczas prawie trzy godzinnej drogi do Port Dickson. Najpierw, utknęliśmy w koreczku w Kuala Lumpur (ale to normalne tu przecież, chociaż była dopiero godz.13), by po jakimś czasie utknąć na dobre w gigantycznym korku, a wszystko przez...zepsuty samochód, który stał na poboczu z podniesioną maską! Nie do wiary!!! Nie pisałam chyba jeszcze tego żenującego faktu: dziesiątki razy zdarzało nam się utknąć w Malezji w strasznym korku, którego powodem okazywał się zepsuty samochód lub - rzadziej - stłuczka. Jak to możliwe? Ano tak, że Malezyjczycy kochają zatrzymywać się i obserwować, co się przydarzyło innym kierowcom. Kochają też rozmawiać za kierownicą przez swoje telefony komórkowe, co nie sprzyja ich koncentracji uwagi i pogarszać - i tak już, w większości obserwowanych przez nasz przypadków, kiepski - sposób prowadzenia samochodu. Względnie wysyłają czy odbierają smsy. Kochają czytać gazety (choć to widziałam tylko w mieście),  jeść, palić papierosy (choć myślałam, że to zabronione). A niech sobie kochają, ale czemu na autostradach, trzy-, czteropasmowych zachować się nie potrafią?! Czemu zwykle, kiedy gdzieś wyjeżdżamy, musimy utknąć w korku?! Czemu zawsze, kiedy chcemy zatrzymać się na stacji benzynowej (celem skorzystania z toalety, oczywiście, bo zawsze tankujemy wcześniej, aby uniknąć potem długiego oczekiwania na przydrożnej stacji) musimy stanąć w kolejce do wjazdu na stację? Ano temu, że zwykle przy stacjach są restauracje, ławki, ławeczki, czasem i place zabaw, i Malezyjczycy namiętnie obsiadają wolne miejsca i skrawki zieleni, wypuszczają dzieciaki i delektują się lokalnym (tudzież z niezwykle popularnego tu KFC) jedzeniem. Bo oni ciągle jedzą i robią to bardzo powoli. A ich auta stoją zaparkowane wzdłuż stacji, często niezgodnie z przepisami, a i zdarza się, że ktoś, kto chce się zatrzymać na stacji przyczaja się gdzieś na drodze w oczekiwaniu aż ktoś wyjedzie...A kolejka samochodów za delikwentem się ustawia. Jego to jednak niewiele interesuje, bo on ma czas, jemu się nie spieszy. Brr! Reasumując, droga nad morze nie należała do większych przyjemności, ale za to potem...

"Nasza" plaża w Port Dickson jak zwykle świeciła pustkami, mieliśmy więc kawałek piasku i czas tylko dla siebie - później zaczęli się gromadzić Malajowie. Zanim jednak przyszli, Tata znalazł w morzu statuetkę hinduskiego boga. Wow! Przeszło mi przez myśl, aby zabrać ją do domu, ale przecież i tak nie wzięlibyśmy jej do Polski za sobą (ograniczony bagaż...żeby nie napisać, totalny brak miejsca i konieczność nadbagażu). Statuetka została więc obfotografowana z każdej strony, a Wiki chętnie się nią bawił :) Na plaży, właściwie po raz pierwszy od 5 miesięcy, widzieliśmy w jednym miejscu, w jednym czasie tylko jedną nację (a przepraszam, na weselu w Shah Alam też byli sami Malajowie, ale to przecież coś innego)! Nie dostrzegliśmy ani jednego Chińczyka! Ani jednego Hindusa! I nie to, żebyśmy się z tego powodu cieszyli, ale zastanawiało nas...gdzie ci Chińczycy?! No przecież do tej pory oni byli wszędzie: w każdym miejscu, o każdej porze! A teraz jakby czas zatrzymał się w miejscu: morze, piękna plaża, palmy, uśmiechnięci, powolni jak żółtwie Malajowie, spokojnie i bezpiecznie...i tylko kiedy kręciłam krótki filmik z zachodem słońca w tle uświadomiłam sobie, że już grudzień jest...Chciałabym móc zawsze w ten sposób spędzać grudniowe popołudnia :)










PS. Nasi przyjaciele z Indii wyrazili swój czynny żal z powodu pozostawienia przez nas statuetki Ich boga na plaży! Nie mogli uwierzyć, że Tata wyłowił ją z morza i nie mogli zrozumieć, czemu zostawiliśmy na piasku boga pieniędzy...Money?!-zapytał Tata. Muszę zagrać na loterii!!! Cóż, gdybyśmy tylko wiedzieli...Mądry Polak po szkodzie :)

środa, 30 listopada 2011

Nie takie rozstanie ze smokiem straszne, jak go malują!

Już od jakiegoś czasu zastanawialiśmy się, jaki wybrać sposób na rozstanie się Brzdąców z Ich smokami. Co prawda, niemal od urodzenia przyjaciele z Aventu pomagali Brzdącom tylko do snu, ale przyzwyczajenie było silne, a miłość do smoków, okazywana zwłaszcza przed popołudniową drzemką, gorąca! I tak oto razu pewnego, w listopadowe południe Wiki tak bardzo chciał usnąć w swym łóżeczku, że...odgryzł tę część smoka, którą aktualnie miał w buzi! Zdziwił się bardzo i zapłakał, a następnie z wielkim zainteresowaniem się temu przyglądał i bardzo się starał dopasować części smoka. Oczywiście, nie udało się, ku mojej radości, ale i zmartwieniu, bo przecież "to nie tak miało być";) Co ja teraz powiem Brzdącowi na dobranoc, że gdzie jest smok?! Nie żyje, bo przecież go pogryzł?! A poza tym, co dodam, jak zobaczy, że Braciszek wciąż ma smoka (bo przecież nie będę go gryźć niewinnemu dziecku!). Wielce byliśmy zaskoczeni, kiedy wieczorem Brzdąc usnął samodzielnie bez żadnego problemu, a całą noc przespał jak niemowlę (oczywiście, cudze - Brzdące w okresie niemowlęctwa budziły się zwykle po 3-4 razy w nocy, nie licząc ząbkowania, oczywiście, kiedy potrafili budzić się po 20 razy!). Pomyśleliśmy, że pewnie był zmęczony, dlatego padł jak mucha bez "przyjaciela", dlatego tak ładnie przespał noc...Ale drugiego dnia i każdego kolejnego schemat się powtarzał - po smoku zostało tylko wspomnienie:)

Drugiego dnia Tata wyleciał służbowo do Tajlandii, a ja pakowałam rzeczy do żłobka. Kiedy wszystko było już gotowe, pozostało mi tylko obudzić drzemiące Brzdące, ubrać Im buty i wpakować do taksówki. Antoni spał ze smokiem, więc niepedagogicznie, dla większego komfortu i świętego spokoju, po raz pierwszy pozwoliłam Mu z tym smokiem wsiąść do taxi i wejść do żłobka. Ku mojej radości, po pięciu godzinach pobytu w placówce Antoś wyszedł zadowolony, bez smoka - nie było go ani w buzi, ani w torbie, wszelki ślad po nim zaginął. I znów miałam dylemat: co ja powiem dziecku na dobranoc, że gdzie smok? Zagubił się w akcji? Smoka nie ma, Taty nie ma, będą trudności z zasypianiem i ciężka noc...Ale znowu, historia lubi się powtarzać: Brzdąc usnął bez większych problemów, całą noc przespał jak niemowlę (oczywiście, cudze niemowlę) i każdy kolejny dzień był dowodem na to, że po smoku pozostało już tylko wspomnienie!

Często podczas zakupów widzimy dzieci, często starsze od Brzdąców, którzy mają smoczki w buzi. Wówczas zawsze Juniory wskazują ich paluszkami (żeby nie powiedzieć, wytykają palcami;)).
 
Oczywiście, każde dziecko jest inne, na co najlepszym przykładem są nasze twinsy, tak różne od siebie (za wyjątkiem podobnej historii smokowej). Nie twierdzę, że każde dziecko tak łagodnie zniosłoby rozstanie ze smoczkiem, ale myślę (przyszłościowo), że nic się nie stanie, jeśli pomoże się dziecku z nim rozstać, poprzez delikatne i subtelne nacięcie smoczka. Oczywiście, metoda lekko drastyczna i nie dostosowana do każdego wieku dziecka, ale wiktorkowe doświadczenie wskazuje, że mogłaby być skuteczna:)

wtorek, 29 listopada 2011

Kółka do kwadratu!

Brzdące kochają auta. Właściwie, to jeszcze nie potrafią po polsku prawidłowo nazwać swojego przedmiotu pożądania, mówią: "brruma" (auto), "tituja" (ciężarówka - nie pytajcie, dlaczego!?), a ze żłobka przynieśli takie angielskie słownictwo, jak: "kar" (car) i "tra" (truck). W każdym razie, tak samo gorącym uczuciem pałają do pojazdów mechanicznych, jak i ich...kółek! Odkąd nauczyli się rozpoznawać kółka (wskazywać na autkach-zabawkach, w książeczkach i w magazynie motoryzacyjnym Taty, a także na naszym "prawdziwym" samochodzie) i je artykułować, robią to namiętnie! Myśleliśmy, że w końcu, wraz z nabyciem umiejętności nazywania innych przedmiotów, przestaną jak papugi dwie powtarzać "kółka, kółka", a tymczasem "problem kółkowy" narasta:)

Brzdące wszędzie widzą kółka (zgodnie zresztą z kształtem danych przedmiotów), co jest dla nas bardzo zabawne, a czasem i zaskakujące, bo Brzdące sięgają wzrokiem tam, gdzie nasz wzrok nie sięga, albo przynajmniej umysł nie rejestruje danego przedmiotu jako "kółko". I tak na ten przykład...przycisk do windy to "kółko", lampa w windzie "kółko", znak "don`t smoke" - "kółko", wizjer w drzwiach "kółko", tarcza na zegarku - "kółko", ba!-nawet na majteczkach w kropeczkach Mamy próbują wskazać "kółka", oliwka na pizzy to też "kółko"! Ostatnio jednak przeszli samych siebie...otóż jeden Brzdąc - podniecony rzucił się na drugiego z szaleńczym "kółko" na ustach, bo dostrzegł, że...głowa Braciszka jest okrągła!!!

Z kamerą wśród zwierząt

Police is coming, police is coming! - powtarzała 22-miesięczna Washini, kiedy od godziny staliśmy u bram ZOO Negara (uiściliśmy już opłatę za bilet wstępu, weszliśmy przez bramki, na ręce założono nam, dorosłym, stylowe "bransolety"i...rozpętała się burza), a nasze Brzdące i Ich hinduska przyjaciółka ze żłobka byli już znudzeni siedzieniem w wózkach i obserwacją, jak deszczyk robi "kap kap kap". W długim, choć radosnym dla nas oczekiwaniu na pogodę, wypuściliśmy Ich więc "na wolność", gdzie od razu zajęli się szperaniem w wózku koleżanki (Ich wózki oczywiście nie były już atrakcyjne - ani dla Brzdąców, ani dla Washini, która zdenerwowana nagłym zainteresowaniem, jaki wzbudził Jej pojazd, jak mantrę powtarzała,"police is coming":)). Sytuacja szybko została opanowana, cała trójka włożona do swych pojazdów i ruszyliśmy na spotkanie ze zwierzętami!

Najpierw powiedzieliśmy "hello" żyrafom, a w gwoli ścisłości - tylko Antoni się przywitał, Wiktor na sam widok żyrafek zaczął płakać...Pech chciał, że sąsiadami żyrafy były słonie - ich widok tylko spotęgował wiktorkowy płacz, który zdołały ukoić ptaki wylęgujące się przy pobliskim jeziorze. Niestety, wkrótce spotkaliśmy sarny i znów rozległo się głośne wycie (bynajmniej nie saren). Cóż, Wiki, który tak lubi oglądać zwierzęta w książeczkach, na żywo bał się każdego, które było większe od Niego...Dopiero po jakimś czasie przełamał swój strach. Z kolei Antoś od początku z zainteresowaniem oglądał wszystkie zwierzęta, cieszył się na widok każdego z nich, nawet długaśnego węża, którego z pasją naśladował ("pssssss", bo przecież tak robi wąż:)). Po długim spacerze po ZOO dotarliśmy do mini Zoo, gdzie znów wypuściliśmy nasze Gady "na wolność" - tam z zainteresowaniem przyjrzały się jedynie konikowi, a większą od pozostałych zwierzątek atrakcję stanowiła kolorowa ściana, wzdłuż której cała trójka biegała jak szalona:)

Powrót z ZOO był zaskakująco krótki i sprawny, bez żadnych korków (wow!). Oczywiście, mijaliśmy korek samochodów czekających na wjazd do galerii handlowej...ale tylko mijaliśmy!!!







PS. Po niespełna godzinie oczekiwania na przejaśnienie się, podeszliśmy do informacji ZOO z zapytaniem, kiedy przestanie padać;) Pani nie znała odpowiedzi na to pytanie, ale powiedziała, że jeśli nie przestanie, to jutro możemy wejść na tych samych biletach (czyli z tymi samymi "bransoletami"). Oczywiście, nie moglibyśmy przyjechać ze względu na brak czasu (praca Taty), ale był to sprawiedliwy układ!

PS2. Tata zapytał naszą koleżankę, czy w Jej mieście w Indiach jest ZOO. Odpowiedziała, że tak, oczywiście, mają ZOO, ale...nie ma zwierząt, już nie żyją;)

niedziela, 27 listopada 2011

Przedświąteczne spacerowanie

Czy pisałam już, że shopping jest narodowym sportem Malezyjczyków? Nie?! To najwyższa pora by o tym wspomnieć, bo dziś, jak już nie jeden raz w deszczowe popołudnie szaleńczy pęd mieszkańców Malezji do robienia zakupów, pokrzyżował nam plany! A było to tak...Niepewni pogody zapobiegawczo zrezygnowaliśmy z przejażdżki metrem i przesiedliśmy się w samochód, aby dojechać do Golden Triangle - chcieliśmy w końcu zdobyć szczyt Menary Tower i rozkoszować się widokiem Kuala Lumpur z lotu ptaka, by następnie wylądować na placu zabaw pod dwoma wieżami. Już w drodze zaczął padać deszcz, więc zdecydowaliśmy się na plan B - wycieczkę do jednej z galerii handlowych, w której mieści się dziecięce centrum rozrywki. Chcieliśmy tylko i wyłącznie po to do niej wejść, aby spędzić z Brzdącami miłe popołudnie w bezpiecznym i przyjaznym miejscu, w którym mogłyby poszaleć! Gdzie tam! Tak z jednej, z drugiej, jak i z trzeciej strony wjazd do galerii był zakorkowany, mało tego - utknęliśmy w korku już na chwilę przed tym, zanim ukazała się ona na horyzoncie...Nie do wiary! Nie dość, że było niedzielne popołudnie, to jeszcze długi weekend (jutro znów jest święto, a jak to zwykle w święta bywa, zwłaszcza w Malezji - dzień wolny od pracy)! Jasne, że rozumiem, że może część kierowców stojących wraz z nami w korku jechała tam po to, aby zorganizować swym dzieciom zabawę, po to, aby zagrać w kręgle, albo po to, aby pójść do kina...Ale z pewnością nie wszyscy!!! Postanowiliśmy spróbować dojechać do Lake Gardens, ale w drodze znowu utknęliśmy w korku, tym razem głównie z autobusami, które jechały na KL Sentral...Zawróciliśmy i tak oto po niespełna godzinie znaleźliśmy się na okolicznym placu zabaw. No i też było fajnie :) przynajmniej przez te pół godzinki, zanim dopadła nas burza...

Ale wracając do shoppingu. Dosłownie zawsze, kiedy jesteśmy w galerii (w której mieści się Carrefour, tej samej, w której jest dziecięca kraina zabawy i kręgielnia), panują w niej dzikie tłumy Azjatów! Wczoraj, na ten przykład, korzystając z pięknego przedpołudnia, wybraliśmy się pod Petronas Towers na relaks w pełnym słonku, pod palmami, kiedy to Brzdące słodko spały na (nie)świeżym powietrzu...Aby wydostać się ze stacji metra do parku, trzeba przejść przez pół galerii Suria KLCC. Zawsze lubimy się tamtędy przechadzać, obserwować kolorowy karawan mijających nas ludzi i poczuć powiew "wielkiego świata":) Zawsze też spotykamy tam tłumy, teraz tym większe, że rozpoczęły się wyprzedaże i to nie byle jakie, bo w wielu sklepach na wybrane produkty od razu -70%! Poza tym myślę sobie, że chyba w muzułmańskim kraju owym rozpoczął się "szał przedświątecznych zakupów", w galeriach słychać dźwięki Jingle Bells, a holle i często sklepy przyozdobione są choinkami! Toż to istne szaleństwo! Dziwnie tak jednak, przyjemnie: w środku ozdoby świąteczne i zima przychodzi na myśl, a na zewnątrz...Sami zobaczcie:)

Petronas Twin Towers step by step...(a dokładniej śladem naszego spaceru)









 I świąteczne nastroje w Surii KLCC