Welcome home - powiedział Tata, kiedy już drugiego dnia po powrocie do Malezji utknęliśmy w gigantycznym korku w drodze do centrum handlowego; w którym również przywitały nas dzikie tłumy!
Welcome home, westchnęłam, kiedy po powrocie z zakupów spotkaliśmy spacerującego po naszej kuchni, ok 5 cm karalucha i kiedy Tata niezdarnie, z butami w rękach i przekleństwami na ustach próbował gonić małego potwora...Bezskutecznie! Wspólnymi siłami, ostrożnie i delikatnie, staraliśmy się opróżnić szafkę, do której wszedł, ale skubaniec jakoś wygiął śmiało swoje karalusze ciało i czmyhnął nam między szafkami! A to oznacza, ni mniej, ni więcej, jak tylko, że jest naszym nowym lokatorem! Bo o jaszczurkach już chyba wspominałam?!...Otóż nasz malezyjski dom zamieszkują gekony i wcale mnie nie pociesza, że niektórzy hobbistycznie hodują je w swoich domach. Nie pociesza mnie również to, że są pożytecznymi zwierzakami - zjadają mniejszych przedstawicieli swojego, jak i innego gatunku...A inne gatunki małych potworów też mamy za lokatorów, a jakże! Spotkaliśmy już dwa typy mrówek, jedne bardzo jadowite - do tej pory mam blizny po ich ugryzieniach! Drugie, niegroźne dla człowieka, ale nieprzyjemne dla jego pożywienia - gdy tylko czegoś nie zamkniemy, natychmiast pojawiają się w otwartych kartonach, pudełkach, pojemnikach i wyżerają nam resztki jedzenia! Gdy czegoś nie dopijemy - natychmiast pojawiają się "spod ziemi", by wypić nam resztki! A kiedy na chwilę opuścimy nasze lokum - zasiedlają szafki! Cała ta fauna wesoło zamieszkuje apartamenty w Kuala Lumpur, a w sklepach roi się od środków owadobójczych, z których oczywiście korzystamy! Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do obecności jaszczurek, a Brzdące za każdym razem cieszą się, kiedy je spotykają! Biegają wtedy za nimi i głośno wołają "psss psss" (bo przecież tak robią jaszczurki;)). Podobnie było i dzisiaj w pokoju zabaw, gdzie mały gekon przyszedł się najwyraźniej pobawić;) Jako, że był malutki, nie pozwoliliśmy Brzdącom go terroryzować - przyjrzały mu się tylko dokładnie, zawołały "psss psss", by po chwili powiedzieć "pa pa psss psss!", czyli że przegoniliśmy z Tatą tę jaszczurkę, co by nie nabawiła się ataku serca;) Ale wszystkim innym małym potworom, z nieuchwytnym jak dotąd wielkim karaluchem na czele, mówimy stanowczo NIE i będziemy na ich tropie!
Gekon wkomponowany w wystrój wnętrza ;)
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)
poniedziałek, 23 stycznia 2012
piątek, 20 stycznia 2012
Ideał sięgnął bruku
Adaptacja Brzdąców do tropików przebiega nad wyraz dobrze (odpukać!), apetyt i dobre nastroje Im dopisują, wydawać by się mogło, że aż za bardzo...Gadzina pochłania niezliczone ilości jedzenia (ku mojemu zadowoleniu i rozpaczy Taty, który to chce mieć szczupłych Synów swych), świetnie się bawi i grasuje - dzień w dzień, a właściwie noc w noc - do ok 23-24 godziny...a potem...jeśli chodzi o Brzdąca Wiktorkowego - nie mamy żadnych zarzutów: jak już padnie, tak śpi ładnie na swoim własnym materacyku, w swoim pokoiku, w jednej pozycji, aż do rana. Ale za to z Brzdącem Antosiowym, niestety, przetestowaliśmy już wszystkie, poza "Donkey Kong", pozycje...
http://www.joemonster.org/art/19143/Pozycje_dziecka_w_lozku_rodzicow
Ideał pedagogiczny sięgnął bruku! Ale jak tylko się wyśpię, popracuję nad tym :)
http://www.joemonster.org/art/19143/Pozycje_dziecka_w_lozku_rodzicow
Ideał pedagogiczny sięgnął bruku! Ale jak tylko się wyśpię, popracuję nad tym :)
środa, 18 stycznia 2012
Bonjour, Mademoiselle...
...powiedział do Brzdąca Wiktorkowego pewien Francuz, siedzący obok nas na pokładzie samolotu, kiedy to Wiki, drzemiący w swojej kuszetce, otworzył oczka gdzieś nad Langkawi. Nie wyprowadzaliśmy pana Francuza z błędu - uroczo wyglądał, jak zagadywał Brzdąca, który to wszedł z Nim w dialog :)
Wczoraj szczęśliwie wylądowaliśmy na malezyjskiej ziemi, a lot - zwany przez nas na potrzeby Juniorów "hop przez chmurki" - był bardzo spokojny, choć towarzyszyły mu wielkie emocje (przez panującą w Krakowie aurę, śnieg i słabą widoczność gotowa byłam zrezygnować z niego, a potem, kiedy w Paryżu okazało się, ze nasz samolot ma problem techniczny, który naprawiano przez 2 godziny, ponownie gotowa byłam wysiąść z niego, byle tylko...żyć ;)! Tak tak, tak panicznie boję się latać, nie cierpię!). Brzdące za to, wraz z Tatą, zachwycone są lataniem, a na widok samolotu i jego skrzydeł podczas lotu wołały głośne i długie aaaaaa (bo przecież takie dźwięki wydaje samolot ;)!), poza tym biegały z poznanym kolegą (oczywiście w miejsca, gdzie nie wolno było...podczas uziemienia na pokładzie, kiedy to naprawiano usterkę samolotu), potem oglądały z Tatą bajki (bardzo niepedagogicznie, ale jakie spokojne przy tym były...Przy okazji okazało się, ze Smerfów, oglądanych po raz pierwszy, Gady nie lubią! Skandal ;)), spacerowały po pokładzie, a nawet podrywały nieco starszą dziewczynkę ze smoczkiem w buzi (tak naprawdę Ich celem było Jej autko-zabawka, którego nie pożyczyła, nieczuła na wdzięki młodszych zalotników).
Zabawy na lotnisku w Balicach
Gdzieś nad Penang
Słowem, po 24 godzinach w podróży, 14 tysiącach przebytych kilometrów i ubytku masy mojego ciała o jakieś 3kg (no, może 4kg licząc jeszcze szaleńczą jazdę pana taksówkarza z lotniska do domu, kiedy to w miejscach, gdzie należało ograniczyć prędkość do 60km/h jechał 120km/h, a Tata jeszcze cieszył się jak dziecko, że "suniemy"!), dotarliśmy!!! I gorąco pozdrawiamy ze słonecznego dziś Kuala Lumpur!
PS. Brzdące, przekroczywszy próg mieszkania, ku naszemu zaskoczeniu, spontanicznie i z zadowoleniem zaczęły wołać DOM, DOM! i naprawdę sprawiały wrażenie, jakby wszystko w nim pamiętały...więc jest dobrze, oby było tylko lepiej i adaptacja do tropików szybko i sprawnie nam przebiegła!
Wczoraj szczęśliwie wylądowaliśmy na malezyjskiej ziemi, a lot - zwany przez nas na potrzeby Juniorów "hop przez chmurki" - był bardzo spokojny, choć towarzyszyły mu wielkie emocje (przez panującą w Krakowie aurę, śnieg i słabą widoczność gotowa byłam zrezygnować z niego, a potem, kiedy w Paryżu okazało się, ze nasz samolot ma problem techniczny, który naprawiano przez 2 godziny, ponownie gotowa byłam wysiąść z niego, byle tylko...żyć ;)! Tak tak, tak panicznie boję się latać, nie cierpię!). Brzdące za to, wraz z Tatą, zachwycone są lataniem, a na widok samolotu i jego skrzydeł podczas lotu wołały głośne i długie aaaaaa (bo przecież takie dźwięki wydaje samolot ;)!), poza tym biegały z poznanym kolegą (oczywiście w miejsca, gdzie nie wolno było...podczas uziemienia na pokładzie, kiedy to naprawiano usterkę samolotu), potem oglądały z Tatą bajki (bardzo niepedagogicznie, ale jakie spokojne przy tym były...Przy okazji okazało się, ze Smerfów, oglądanych po raz pierwszy, Gady nie lubią! Skandal ;)), spacerowały po pokładzie, a nawet podrywały nieco starszą dziewczynkę ze smoczkiem w buzi (tak naprawdę Ich celem było Jej autko-zabawka, którego nie pożyczyła, nieczuła na wdzięki młodszych zalotników).
Zabawy na lotnisku w Balicach
Gdzieś nad Penang
Słowem, po 24 godzinach w podróży, 14 tysiącach przebytych kilometrów i ubytku masy mojego ciała o jakieś 3kg (no, może 4kg licząc jeszcze szaleńczą jazdę pana taksówkarza z lotniska do domu, kiedy to w miejscach, gdzie należało ograniczyć prędkość do 60km/h jechał 120km/h, a Tata jeszcze cieszył się jak dziecko, że "suniemy"!), dotarliśmy!!! I gorąco pozdrawiamy ze słonecznego dziś Kuala Lumpur!
PS. Brzdące, przekroczywszy próg mieszkania, ku naszemu zaskoczeniu, spontanicznie i z zadowoleniem zaczęły wołać DOM, DOM! i naprawdę sprawiały wrażenie, jakby wszystko w nim pamiętały...więc jest dobrze, oby było tylko lepiej i adaptacja do tropików szybko i sprawnie nam przebiegła!
środa, 11 stycznia 2012
Tupot małych stóp
Dzień w dzień, a właściwie, noc w noc dobiegają mnie dźwięki tuptania Brzdącowych stópek. Nie liczę już, ile razy w ciągu jednej nocy zdarza mi się je słyszeć, ale wiem na pewno, że raz jeden, raz drugi Junior wyłazi ze swojego łóżeczka z tekstem: "Mama", "Tata" i drepcze do łóżka swych rodziców...a bo smutno samemu leżeć w łóżeczku i chce się przytulić, a bo głodny, a bo spragniony...Oszaleć można! Różnica między Brzdącami a nami jest taka, że na drugi dzień wstają jak gdyby nic, o 7h rano, gotowe do zabawy...A nie daj Boże, żeby jeden wstał, a Braciszek jeszcze ucinał sobie drzemkę! Wówczas ten, który się już obudził włazi do łóżeczka Braciszka, przytula się, przynosi Mu zabawki i ma wielkiego focha, jak Brat nie reaguje! Wówczas nieco bardziej agresywnie zwraca na siebie uwagę swą, a jak Brat w końcu otwiera oczko, rozlega się głośne, triumfalne: "Jeee!!!" (czyt.: jest) na powitanie! W ciągu dnia z kolei obaj szaleją jak pijane zające, za nic mają popołudniowe drzemki i jak już sobie jakąś utną, to nie trwa ona dłużej niż godzinkę (w przypadku Brzdąca Pierwszego) i dłużej niż pół godzinki (w przypadku Drugiego, oczywiście). No masakra jakaś! I tak oto, po powrocie z Malezji, Juniory i owszem, zaadaptowały się już do zmiany czasu, ale w ciągu doby są "na nogach" 14 godzin!
Tupot małych stóp...czterech stóp, towarzyszy nam więc nieustannie!!!
Tupot małych stóp...czterech stóp, towarzyszy nam więc nieustannie!!!
wtorek, 10 stycznia 2012
Zima w Krakowie nas zaskakuje!
I co by nie było, że bloga zaniedbuję, załączam zdjęcie z podróży bliskich...bo po osiedlu (niestety, zima w Krakowie mocno zaskoczyła, tym razem nie kierowców, ale między innymi tych, co to z tropików przyjechali na śnieżne Święta, relaks przy lepieniu bałwana i aktywny wypoczynek na sankach!). Miało być tak pięknie, a tymczasem pogoda nie sprzyja podróżom dalszym (czyt.: spacerom) w wózku, za to okres świąteczno-noworoczny upływa nam na odwiedzaniu i przyjmowaniu wizyt bliskich oraz czerpaniu z tego wielkiej radości!
Zdjęcie tym razem nie spod palmy, a spod choinek ;)
I jeszcze jedno, z krakowskiego rynku Bożonarodzeniową porą...
Zdjęcie tym razem nie spod palmy, a spod choinek ;)
I jeszcze jedno, z krakowskiego rynku Bożonarodzeniową porą...
wtorek, 27 grudnia 2011
Przy wigilijnym stole
Niemal wszyscy w kraju naszym pięknym ojczystym zachwycają się brzdącowymi blond loczętami i twierdzą, że Brzdące wyglądają jak małe Aniołki...Ale jak to zwykle bywa, pozory mylą :)
Przy wigilijnym stole, łamiąc opłatek święty, zapytałam jednego z Juniorów:
- Wiki, chcesz ciało Jezuska?
- Noł - błyskawicznie odpowiedziało Dziecię.
- No, to rośnie Wam mały ateista! - skwitowała Babcia :)
Przy wigilijnym stole, łamiąc opłatek święty, zapytałam jednego z Juniorów:
- Wiki, chcesz ciało Jezuska?
- Noł - błyskawicznie odpowiedziało Dziecię.
- No, to rośnie Wam mały ateista! - skwitowała Babcia :)
wtorek, 20 grudnia 2011
Podniebne przypowieści
Home, sweet home...Dotarliśmy do domku szczęśliwie po 25-godzinnej podróży, podczas której Brzdące bardzo pozytywnie nas zaskoczyły...w najśmielszych marzeniach nie mogliśmy oczekiwać tak genialnego Ich zachowania podczas lotu i w ciągu 5-godzinnej przerwy na lotnisku w Paryżu! Ale po kolei...
Pierwszy lot prawie cały przespały, świetnie, że w ciągu całego lotu za oknami było ciemno, kiedy się przebudzili, bawili się w ciemności, obejrzeli z Tatą fragment bajki Cars (bardzo niepedagogicznie) by znowu uciąć komara :) Tata spał z Nimi, jak dziecko, przez 8 godzin, z otwartą jak Antoni buzią :) ja tam oka nie zmrużyłam, zbyt zestresowana lotem, podobnie jak nic nie przełknęłam (Tata z kolei z radością budził się tylko na dokarmianie). W lotnisku Charles-de-Gaulle Brzdące bardzo dobrze się bawiły, oglądały lądujące samoloty, wydając przy tym mnóstwo dźwięków i Ich ekscytacji nie było końca! "Czytaliśmy" też nabytą w Paryżu gazetkę o Panu Złotej Rączce (obecnie przeżywają nim fascynację), bawili się autkami, słowem - rewelacja! Mieliśmy też zabawną sytuację podczas kontroli paszportowej - pan rodem z jakiejś francuskiej komedii uniósł wysoko brew ujrzawszy Brzdące i powiedział uśmiechnięty, do swojego kolegi po fachu: Ooo, les memes! Za chwilę podniecony znów zagadał do swojego kolegi, sprawdzającego paszport komuś innemu: O, bliźniaki urodzone 1 kwietnia! Dobre ;) i życzył nam powodzenia!
Kolejny lot również przebiegł bez problemów, choć Brzdące wykazywały już zmęczenie i znudzenie podróżą samolotem. Na szczęście dostały od pani stewardessy książeczki i kredki, więc chwilę zajęły się tworzeniem! Ja z kolei niezmiennie się stresowałam i modliłam o to, aby jak najszybciej wylądować na Balicach!
Kiedy w końcu dotarliśmy do domku, zadowoleni z przebiegu podróży i dumni z zachowania małych Podróżników - Brzdące bawiły się zgodnie (!) aż do wieczora. Nic nie zapowiadało jeszcze nocnej katastrofy...otóż obudziły się szczęśliwe, wyspane i gotowe do zabawy o 3 nad ranem (czyli o 10 czasu malezyjskiego - w Malezji budziły się zwykle ok 7)...no i tak grasowały aż do 8 rano, na zmianę zajmując się zabawkami, biciem się o rzeczy, płaczem...Dodatkowo jeden z Brzdąców nie mógł zaakceptować, że Jego łóżeczko nie jest po prawej stronie, tylko po lewej...i właził non stop Bratu do łóżeczka, a że przywiązanie do własności jest silne, właściciel łóżeczka starał się Go wykopać, wyrywał Mu włosy z głowy...Tata przy tym spał jak niemowlę, chrapał i nic sobie nie robił z zachowania Brzdąców. A kiedy razu jednego się przebudził, stwierdził zaspany: Pierwszy raz współczuję sąsiadom...ale że nikt nie przyjdzie z pomocą?- zażartował.
Ale że nikt nie wezwie policji?!-odpowiedziałam całkiem poważnie. Słyszałam, że zdarza się, że złośliwi sąsiedzi wzywają policję, kiedy dzieci "zakłócają im ciszę nocną". Nasi sąsiedzi do najmilszych nie należą, więc tylko czekałam, kiedy ktoś zapuka do naszych drzwi! Nikt się jednak nie odważył :) Brzdące wyszalały się jak pijane zające do 8 rano i ucięły sobie godzinną drzemkę...I od tego czasu, przez 11 godzin nie zmrużyły oka! I tak oto, nastał pierwszy dzień bez Juniorowej popołudniowej drzemki! Mam nadzieję, że ten nowy trend się nie utrzyma! Toż to byłaby prawdziwa katastrofa, gdyby tak nagle i nieoczekiwanie zmieniły swoje zwyczaje nie dając od siebie chwilki wytchnienia w ciągu całego Bożego dnia!
Pierwszy lot prawie cały przespały, świetnie, że w ciągu całego lotu za oknami było ciemno, kiedy się przebudzili, bawili się w ciemności, obejrzeli z Tatą fragment bajki Cars (bardzo niepedagogicznie) by znowu uciąć komara :) Tata spał z Nimi, jak dziecko, przez 8 godzin, z otwartą jak Antoni buzią :) ja tam oka nie zmrużyłam, zbyt zestresowana lotem, podobnie jak nic nie przełknęłam (Tata z kolei z radością budził się tylko na dokarmianie). W lotnisku Charles-de-Gaulle Brzdące bardzo dobrze się bawiły, oglądały lądujące samoloty, wydając przy tym mnóstwo dźwięków i Ich ekscytacji nie było końca! "Czytaliśmy" też nabytą w Paryżu gazetkę o Panu Złotej Rączce (obecnie przeżywają nim fascynację), bawili się autkami, słowem - rewelacja! Mieliśmy też zabawną sytuację podczas kontroli paszportowej - pan rodem z jakiejś francuskiej komedii uniósł wysoko brew ujrzawszy Brzdące i powiedział uśmiechnięty, do swojego kolegi po fachu: Ooo, les memes! Za chwilę podniecony znów zagadał do swojego kolegi, sprawdzającego paszport komuś innemu: O, bliźniaki urodzone 1 kwietnia! Dobre ;) i życzył nam powodzenia!
Kolejny lot również przebiegł bez problemów, choć Brzdące wykazywały już zmęczenie i znudzenie podróżą samolotem. Na szczęście dostały od pani stewardessy książeczki i kredki, więc chwilę zajęły się tworzeniem! Ja z kolei niezmiennie się stresowałam i modliłam o to, aby jak najszybciej wylądować na Balicach!
Kiedy w końcu dotarliśmy do domku, zadowoleni z przebiegu podróży i dumni z zachowania małych Podróżników - Brzdące bawiły się zgodnie (!) aż do wieczora. Nic nie zapowiadało jeszcze nocnej katastrofy...otóż obudziły się szczęśliwe, wyspane i gotowe do zabawy o 3 nad ranem (czyli o 10 czasu malezyjskiego - w Malezji budziły się zwykle ok 7)...no i tak grasowały aż do 8 rano, na zmianę zajmując się zabawkami, biciem się o rzeczy, płaczem...Dodatkowo jeden z Brzdąców nie mógł zaakceptować, że Jego łóżeczko nie jest po prawej stronie, tylko po lewej...i właził non stop Bratu do łóżeczka, a że przywiązanie do własności jest silne, właściciel łóżeczka starał się Go wykopać, wyrywał Mu włosy z głowy...Tata przy tym spał jak niemowlę, chrapał i nic sobie nie robił z zachowania Brzdąców. A kiedy razu jednego się przebudził, stwierdził zaspany: Pierwszy raz współczuję sąsiadom...ale że nikt nie przyjdzie z pomocą?- zażartował.
Ale że nikt nie wezwie policji?!-odpowiedziałam całkiem poważnie. Słyszałam, że zdarza się, że złośliwi sąsiedzi wzywają policję, kiedy dzieci "zakłócają im ciszę nocną". Nasi sąsiedzi do najmilszych nie należą, więc tylko czekałam, kiedy ktoś zapuka do naszych drzwi! Nikt się jednak nie odważył :) Brzdące wyszalały się jak pijane zające do 8 rano i ucięły sobie godzinną drzemkę...I od tego czasu, przez 11 godzin nie zmrużyły oka! I tak oto, nastał pierwszy dzień bez Juniorowej popołudniowej drzemki! Mam nadzieję, że ten nowy trend się nie utrzyma! Toż to byłaby prawdziwa katastrofa, gdyby tak nagle i nieoczekiwanie zmieniły swoje zwyczaje nie dając od siebie chwilki wytchnienia w ciągu całego Bożego dnia!
Subskrybuj:
Posty (Atom)