O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

wtorek, 22 listopada 2011

Zamigotał świat...

W miniony weekend planowaliśmy jechać z naszymi hinduskimi znajomymi do Cameron Highlands, jednak plan ten spalił na panewce - najpierw znajomi zaproponowali przełożenie wycieczki, a później Brzdące wykazywały oznaki przeziębienia, więc postanowiliśmy zostać w Kuala Lumpur.

W sobotę wybraliśmy się na spacer po dzielnicach Little India i Chinatown. Pogoda przez te kilka godzin wyjątkowo nas rozpieściła, by następnie przegonić nas do domu! Popołudnie minęło nam słonecznie i miło, aczkolwiek później odczuwaliśmy dziwny ból w okolicy krtani i tchawicy, a wszystko przez...smog! Niesamowite, że nawet w sobotę w mieście jest straszny ruch, korki na drogach, tłoczno na ulicach, wszędzie głośno i kolorowo! To, co pierwsze przychodzi mi na myśl, kiedy ktoś pyta mnie o różnice między życiem w Polsce, a w Malezji, to...hałas! Straszny, wszędobylski hałas i gwar. Każdego dnia budzą mnie modlitwy i śpiewy dobiegające z pobliskiego meczetu, za chwilę słyszę dźwięki dochodzące z metra, odgłosy samochodów, motorów i autobusów, i ich klaksonów! Kierowcy tutaj trąbią na potęgę (nawet stojąc w korkach)! W ciągu dnia oprócz dźwięków pojazdów mechanicznych i muzułmańskich śpiewów dobiegają mnie jeszcze hałasy z pobliskiej budowy apartamentowca (trzeba przyznać, że Kuala Lumpur jest miastem, które stale się rozbudowuje i wszędzie są place budowy, a w ich okolicy - głośno od prac!). W drodze na angielski z trudem udaje mi się przedrzeć przez ruchliwe i głośne ulice pod Petronas Towers...na moje nieszczęście, British Council mieści się na przeciwko przystanku autobusowego, na którym zatrzymują się takie autobusy, jakich w życiu nie widziałam...no, może lata temu na Krymie;) w każdym razie ich stan techniczny pozostawia naprawdę wiele do życzenia! Nie dość, że za nimi unosi się czarny dym, śmierdzą, hałasują, to jeszcze bardzo często mają napisany numer linii odręcznie, na kartce z bloku, a pasażerowie często stoją przy...miejscu na drzwi, bo z przodu pojazdu, od strony kierowcy i pasażerów właśnie, nie ma drzwi. Ale co tam, niech sobie autobusy jeżdżą takie, jak im się podoba, my się autobusami nie wozimy:) Oczywiście, słyszałam wiele i nie raz widziałam gdzieś na autostradzie autobusy turystyczne, którym nic złego zarzucić nie można. Ale wracając do wszechobecnego hałasu...zasypiam przy dźwiękach dobiegających z ulicy, a Brzdące, kiedy opowiadam Im na dobranoc, "kto robi lulu?" raz po raz przerywają mi, słysząc dźwięki samochodów, klaksonów i wołają "brruuuma!" Oczywiście, wiem, że Azja słynie ze swojego gwaru i ponoć w Malezji nie jest jeszcze w tej kwestii aż tak źle (jak np. w Chinach czy Indiach), ale jakoś nie mogę się przyzwyczaić (ja, która całe życie mieszkała w mieście!).
Ale wracając do weekendu...kolorowy zawrót głowy, o jaki przyprawił nas długi spacer po ulicach Little India i Chinatown, był bardzo przyjemny:)











W niedzielne przedpołudnie postawiliśmy na relaks w basenie i spokojną drzemkę Brzdąców w domu, po której planowaliśmy wybrać się na wieżę Menara, aby zobaczyć Kuala Lumpur z lotu ptaka, ale burza pokrzyżowała nam plany. Wybraliśmy się więc z naszymi hinduskimi znajomymi na kręgle. W jednej z galerii handlowych mieści się kręgielnia, do której jak szybko weszliśmy, tak szybko wyszliśmy! Powód? Wyjący jak pies do księżyca jeden z Brzdąców, który od zawsze był bardziej niż Braciszek wrażliwy na dźwięki, a trzeba przyznać, że w kręgielni było naprawdę bardzo głośno! Było też ciemno, jedynie niebieskie światła lekko rozświetlały wielką salę. Biliśmy się z myślami, czy warto zapytać pana z obsługi o możliwość ściszenia muzyki i/lub zapalenia więcej światła, czy nie, bo przecież doskonale rozumiemy, że z założenia kręgielnie nie są dla roczniaków, a całe obecne tam towarzystwo świetnie się bawiło! Ale co zrobić, jeśli ma się ochotę dołączyć do towarzystwa, a nie ma odpowiedniej osoby, której można by powierzyć roczniaki pod opiekę?! Tata zapytał więc ambitnie, czy można by...ale pan wyjaśnił Mu, że tylko w weekendy (sobota-niedziela) jest tak głośno i ciemno, bo mają styl disco;) Cóż, spróbowaliśmy zostać i raz jeszcze odwracać uwagę (ale jak tu odwracać uwagę od głośnych dźwięków i "niebezpiecznej" ciemności) i zabawiać dwoje płaczących już Brzdąców, ale szybko się poddaliśmy zgodnie twierdząc, że nie jest to jednak najodpowiedniejsze miejsce dla małych dzieci. Postanowiliśmy, że jeszcze tam wrócimy w dzień powszedni, a znajomi z Indii stwierdzili, że chętnie się do nas przyłączą:) Obok kręgielni mieści się mini centrum gier, w którym już jaśniej, ale równie głośno - flipery, różne gry i krzyczący z emocji dorośli i...dzieci! Bardzo rozbawił nas widok pewnej rodzinki, którą dłuższą chwilę obserwowaliśmy z hollu - matka (no chyba, że maid, co by nieco "tłumaczyło") z trójką dzieci (w wieku od ok 2-10 lat) siedzi przed dużym ekranem, "ambitnie" gra - strzelając do postaci ludzkich i rekinów, i szaleńczo podskakuje z radości, kiedy udaje Im się kogoś zastrzelić! Dzieciaki też skaczą! Wow! Do tego najmłodsze dziecko ma przez cały ten czas w buzi smoczka!!! I wszyscy dobrze się bawiliśmy...

poniedziałek, 14 listopada 2011

Świętujemy w Shah Alam!

Miniony weekend również był deszczowy, choć w niedzielne przedpołudnie zaświeciło słońce i wykorzystaliśmy ten czas na małą wycieczkę do Shah Alam - stolicy regionu Selangor, w którym obecnie mieszkamy. Shah Alam mieści się ok 20 km od Kuala Lumpur i słynie głównie z meczetu Masjid Sultan Salahuddin Abdul Aziz Shah, zwanego także Niebieskim Meczetem, który oczywiście jest jednym z największych na świecie (a drugim co do wielkości w Azji Połuniowo-Wschodniej, z największą na świecie kopułą). Piszę "oczywiście", bo nie wiem właściwie, skąd wynika taka potrzeba Malajów, Chińczyków i im podobnym, i dlaczego tak jest, że wiele rzeczy, których tu powstaje musi być największych na świecie (a przynajmniej w Azji), z największym lub najdłuższym czymś, z największą zawartością czegoś, itp. W każdym razie rzeczywiście wielkość meczetu robi wrażenie, ale ani meczet, ani jego otoczenie nie jest tak przyjazne innowiercom jak w Putrajaya. Niestety, wszyscy na nas patrzyli jak na przybyszów z innej planety, kiedy spacerowaliśmy wokół meczetu (ambitnie chcieliśmy go okrążyć w poszukiwaniu głównego wejścia i mieliśmy nadzieję, że po zakończonych modlitwach uda nam się do niego wejść. Niestety, nie udało się). Hmm, ale może tak dziwnie na nas patrzyli nie dlatego, że nie jesteśmy Muzułmanami, ale dlatego, że...spacerowaliśmy?! Pojechaliśmy więc na plac zabaw z miłym widokiem na meczet, w pobliżu którego mieści się Wet World - oczywiście największy w Malezji park wodny:) Nie mieliśmy ze sobą strojów kąpielowych ani ręczników, więc nie skorzystaliśmy, zresztą i tak wkrótce przepędziła nas z Shah Alam burza! Po drugiej stronie jeziora grała muzyka, więc postanowiliśmy pójść zobaczyć, co tam się święci:) Spacerując alejkami po raz pierwszy w tym roku doświadczyliśmy jesieni - kolorowe liście spadały z drzew, lekki wietrzyk wiał i było prawie jak w Polsce, tylko temperatura powietrza i zapach nie taki, jak w kraju...Co ciekawe i od razu nas "uderzyło" - w Shah Alam spotkaliśmy tylko dwoje chińskich dzieci z rodzicami, żadnych Hindusów ani innych ekspatriatów czy turtystów. Sami Malajowie!-w meczecie,na placu zabaw, na alejkach. Wszędzie! A po drugiej stronie jeziora...okazało się, że trwało wesele, wszyscy goście byli pięknie ubrani w tradycyjne malajskie stroje, zaproszono nas na świętowanie, dostaliśmy też małe prezenty:) Nieco skrępowani, ale zadowoleni, spacerowaliśmy wśród gości, brzegiem jeziora i bardzo miło spędziliśmy czas, dopóki burza nas stamtąd nie przepędziła!













piątek, 11 listopada 2011

Hari Raya w Melace!

Po deszczowym weekendzie nastał poniedziałek i święto Hari Raya, obchodzone przez Muzułmanów, które przypada 70 dni po zakończeniu Ramadanu. Malajscy koledzy z mojej klasy angielskiego powiedzieli, że jest to "rodzinne święto" (wręcz "festival"), a meczety w dniu Hari Raya będą dla innowierców zamknięte. Wiedzieliśmy więc, że do meczetu wybrać nam się nie uda, ale modliliśmy się o słońce, aby móc gdzieś wyruszyć i aktywnie odpocząć, korzystając z kolejnego dnia wolnego w Malezji:)

Pomimo, że w poniedziałek rano lało jak z cedra postanowiliśmy zaryzykować i udać się do Melaki, aczkolwiek czytaliśmy wiele niepochlebnych opinii o tym mieście. Stwierdziliśmy, że jeśli rzeczywiście jest takie, jak niektórzy opisują je na swych blogach, to jeśli pogoda nie dopisze, to nie będziemy mieć czego żałować:) Chociaż...malajska koleżanka z mojej klasy angielskiego stwierdziła, że Melaka jest Jej zdaniem najpiękniejszym miastem Malezji i sama przeniosła się tam z Kuala Lumpur. Wiedzieliśmy, że Melaka określana jest "mini Lizboną", a Melaka River - "Wenecją Wschodu". Hmm...ruszyliśmy w drogę! Na miejscu oczywiście utknęliśmy w gigantycznym korku - nie wiedzieć czemu wszyscy o tej samej porze, co my, chcieli wjechać do centrum miasta! Pogoda jednak wyjątkowo dopisała i jak widzieliśmy ten żar lejący się z nieba i piękny błękit, przestaliśmy martwić się sytuacją na drodze. W końcu na niebie nie było żadnej chmury mogącej zwiastować pojawienie się deszczu, a to rzadkość ostatnimi czasy!

W Melace spędziliśmy całe popołudnie i pomimo, że dużo zobaczyliśmy, wciąż mamy niedosyt! Miasto bardzo nam się podobało, co prawda w Lizbonie jeszcze nie byliśmy, więc nie mamy porównania, ale klimatem przypominało trochę Lublijanę czy Amiens (chociaż Tata twierdzi, że takie porównanie jest bez sensu, bo przecież te miasta nie są położone nad morzem). Tak czy siak, było bardzo klimatycznie, chociaż wszędzie kłębił się tłum turystów i można było dostać kolorowego zawrotu głowy od wszędobylskich rikszy i ich kierowców, trąbiących i/lub głośno słuchających muzyki! W każdym razie poczuliśmy się przez chwilę jak na wakacjach w Europie! Słoneczna pogoda, historyczne miasteczko, a więc i odrestaurowane zabytki, rejs po rzece ("Wenecji Wschodu"...hmm, moim zdaniem podobieństw brak, jak widać na załączonych obrazkach!)...miła odmiana od tego, co do tej pory widzieliśmy w Malezji, chociaż tłum Chińczyków niezmiennie taki sam:)

















Councilowe opowieści

Kolejny tydzień pracy i nauki za nami, a weekend znów zapowiada się deszczowy. A przynajmniej deszczyk od rana robi "kap kap kap", a my od rana trwamy w nadziei, że słońce jeszcze zaświeci!

Tymczasem będąc myślami przy British Council chciałabym zapisać kilka wspomnień z pierwszego kursu. Żałuję, że nie pisałam na bieżąco, trudno. To, co szczególnie utkwiło mi w pamięci, to zabawna sytuacja z chińskim kolegą. Podczas pierwszych zajęć nauczyciel czytał listę obecności, a po odczytaniu imienia i nazwiska Chińczyka, składającego się z trzech czy czterech członów, otrzymał natychmiastową odpowiedź zwrotną "call me Jason". Może te słowa przelane na bloga nie brzmią śmiesznie, ale ja mam przed oczyma twarz Jasona, Jego sposób bycia i mówienia...no właśnie, nikt nie potrafił zrozumieć wszystkiego, co Jason mówił. I bynajmniej nie dlatego, że nie rozumieliśmy "co autor miał na myśli", ale nie potrafiliśmy skojarzyć, jakimi słowami się posługuje, bowiem mówił bardzo szybko i z mocnym chińskim akcentem. Ale to nieważne:) Istotne jest, że Jason chce zostać muzykiem rockowym, ma swój zespół i ubolewa nad tym, że w Malezji bardzo rzadko mają miejsce koncerty rockowe. Acha! Jason urodził się w Malezji, ale jako jedyny Malaj chińskiego pochodzenia czuje się bardziej Chińczykiem! Kolumbijska koleżanka powiedziała Mu kiedyś, że wydawało Jej się, że Jason przyjechał prosto z USA, na co On odpowiedział: "I look like a foreign? Oh no! I knew it!", no i się lekko załamał:) Poza tym stwierdził, że to może dlatego, że - jak o sobie powiedział - "I always look great". Przez całe dwa tygodnie, kiedy miałam pracować z chińskim kolegą, naprawdę z trudem powtrzymywałam się od tego, aby nie mówić do Niego "call me Jason", tylko Jason:) Podobnie, na obecnym kursie mamy chińskiego kolegę (prosto z Chin) i znowu - historia lubi się powtarzać - kiedy nauczycielka odczytywała listę obecności, On poprosił, aby nazywała Go Kevin. Hmm, czyżby Chińczycy mieli kompleks z powodu swych imion?!

Interesujące i lekko wstrząsające dla mnie są historie życia uczestników kursu i to, w jaki sposób znaleźli się w Malezji...I tak wszyscy Iranijczycy uciekli ze swojego kraju z powodu sytuacji politycznej - część z Nich pracuje w Kuala Lumpur, część studiuje, a część...uczy się angielskiego w oczekiwaniu na wizę do Kanady, gdzie zamierzają spędzić resztę życia. Jedna z irańskich koleżanek na każde zajęcia przychodziła ubrana jak na pokaz mody, w pełnym makijażu, włosy nienagannie ułożone, wydekoltowana, w spódniczce mini lub obcisłych spodniach...Jest Muzułmanką, ale - jak sama mówi - w Iranie nie zaznała wolności, więc tutaj chce ją manifestować poprzez swój styl. Ponadto chce studiować w Kuala Lumpur coś związanego z modą (hmm, istnieją takie studia wyższe?), a później...sama nie wie, może zostanie w Malezji, może wyjedzie do Kanady, może do Australii lub Europy...w każdym razie jest przekonana, że do Iranu nigdy nie wróci. Apropos, w nawiązaniu do poprzedniego posta, ta Iranka twierdzi, że w Jej condo mieszają sami Jej rodacy (hmm, co dzielnica, to obyczaj!), ale w przeciwieństwie do japońskiej koleżanki nie narzeka i integruje się z rodakami. Jeden z irańskich kolegów pracuje w malezyjskiej firmie, często służbowo wyjeżdża do innych azjatyckich lub europejskich krajów (ba! nawet był w Polsce, w stolicy naszej i w Łodzi), ale docelowo chce wrócić do Iranu, aby zmienić tamtejszą politykę. Opracował program i chce zmieniać irański świat...hmm, trzymam kciuki! Pozostała część kolegów i koleżanka z Iranu też myślą, że pewnego dnia wrócą do Iranu. Kiedy? Tego nie wie nikt - zgodnie przyznają - jak sytuacja w ich kraju się zmieni. Podobnie jak syryjski kolega, który do Malezji przybył z bratem - sytuacja polityczna zmusiła Ich do opuszczenia Syrii, rodzice wysłali Ich tutaj, aby mieli lepszą przyszłość, aby mogli pójść na studia. I tak studiują tutaj i planują zostać na najbliższe pięć lat. Co dalej? Myśli, że chcieliby wrócić do ojczystego kraju, ale czy wrócą - nie wiadomo. Kurczę, myślę sobie, to takie smutne. Uciekać z ojczyzny w poszukiwaniu lepszego życia za granicą, często zostawiając swoje rodziny i nie wiedząc, czy kiedykolwiek wróci się do kraju, do miejsc z dzieciństwa, przyjaciół, czy nie lepiej zabrać rodzinę do innego świata i zacząć życie na nowo (jak już pisałam, Iranijczycy masowo wyjeżdżają do Kanady). Jasne, że Polacy też emigrują, zwłaszcza do innych krajów europejskich, ale jednak większość tych, których znam myśli o powrocie do Polski lub ułożyli sobie życie z partnerem innej narodowości, założyli rodzinę i zostali w kraju męża, niemniej jednak chętnie wracają do Polski, odwiedzają swoje rodziny i przyjaciół. To zupełnie inna sytuacja od tej, która dotyka syryjskiego kolegę czy irańskich znajomych.

Na kursie poznałam też kolegę z Niemiec, ale niewiele o Nim wiem, poza tym, że mieszka w Heidelbergu (byliśmy tam!), przyjechał do Malezji na kontrakt, a po tym, jak zdobędzie doświadczenie zawodowe, planuje wrócić do ojczyzny. Podobnie zresztą jak kolega z Korei i jeden z naszych nauczycieli, który pochodzi z Anglii. Po zakończeniu pracy w British Council planuje wrócić do Londynu.

Kolumbijska koleżanka ma w Kuala Lumur dużo wolnego czasu, bowiem jedynym Jej zajęciem jest uczęszczanie na kurs angielskiego i zajmowanie się pieskami, które przyleciały tu razem z Nią i Jej chłopakiem! Biedaczyska! Spędziły trzy doby lecąc trzema samolotami, wraz z bagażami pasażerów. Ale mają się dobrze. Podobnie jak Ich pani, której chłopak przyjechał na kontrakt do Malezji i planują zostać tu dwa-trzy lata. Co będzie później, tego nie wiedzą - może powrót do Kolumbii (bardzo sobie chwali życie tam i prawie na każdym kroku podkreśla, jak piękna jest Ameryka Południowa i co warto w niej zobaczyć! Hmm...aż się rozmarzyłam!), może Australia...Jeden z naszych nauczycieli pochodzi z Australii i planuje podróż do Włoch. Być może zostanie tam na dłużej. Świat jest mały:)

I jeszcze jeden ciekawy "przypadek" - jemeński kolega, który żyje z rodzicami w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, pewnego dnia przyszedł na zajęcia bardzo podniecony! Otóż...rodzice przysłali Mu zdjęcia kilku dziewczyn, miał wybrać spośród nich swoją przyszłą żonę. Spodobała Mu się pewna dziewczyna, rozmawiali już ze sobą przez telefon i wraca do Emiratów zaręczyć się z Nią i pracować z ojcem w rodzinnej firmie. Arranged marriage z nieznajomą, a On tak bardzo się cieszył, że ma narzeczoną! Świat staje na głowie:)

PS. Oczywiście, małżeństwa wszystkich naszych hinduskich znajomych zostały zaaranżowane przez ich rodziców. Podobno częściej rozwodzą się w Indiach pary, które nie zostały zaaranżowane (rzadkie przypadki, ale się zdarzają. Później bardzo często się rozstają). Nigdy jednak nie spotkałam nikogo, kto dopiero miał się żenić! Widok radości i dumy malującej się na twarzy jemeńskiego kolegi - bezcenny:)

Iranian Lumpur

Jak już wspominałam, wczoraj rozpoczęłam nowy kurs jęz. angielskiego, wraz z którym poznałam kilka nowych osób. Większość grupy pozostała jednak ta sama (co tłumaczy, dlaczego tak trudno było się zapisać na pierwszy kurs! Otóż to nie dzikie tłumy ranną porą zaatakowały British Council, ale wcześniej zdążyli się już zapisać "starzy" kursanci - pierwszeństwo mają ci, którzy na kurs już uczęszczają. I słusznie. Dzień później, w miarę wolnych miejsc, zapisywani są inni chętni).

Nowi uczestnicy kursu przybyli do nas z Chin, Iranu, Japonii, Korei i Turcji. Co ciekawe, z Iranu są tylko dwie osoby, podczas gdy na pierwszym kursie Irańczycy stanowili prawie połowę grupy (jak stwierdziła kolumbijska koleżanka, jesteśmy nie w Kuala Lumpur, ale w "Iranian Lumpur", co miało dotyczyć nie tylko British Council, ale także Jej "bloku", czyli condo. Z naszych doświadczeń wynika jednak, że żyjemy w "Indian Lumpur" - w naszym "bloku" większość mieszkańców to Hindusi (choć nikogo z Indii na kursach nie spotkałam; ale mieszka też u nas kilka irańskich rodzin, które zatrzymały się w Malezji w oczekiwaniu na wizę do Kanady), z kolei nowa japońska koleżanka twierdzi i narzeka, że w Jej condo żyją sami Japończycy! Hmm, jak widać, co dzielnica, to obyczaj;)'!). Większość nowych uczestników kursu pochodzi z Chin.

Na początku wczorajszych zajęć nauczycielka czytała pełną listę obecności (jak w szkole!), ale szybko się zniechęciła po odczytaniu kilku chińskich i malajskich nazwisk, pozostając tylko przy czytaniu imion uczestników kursu. Wcześniej odczytała imię i nazwisko chińskiej koleżanki (która zwie się Yu Mu). Nauczycielka stwierdziła, że chyba będzie często wywoływać koleżankę do odpowiedzi, bo uwielbia Jej imię (Yu), jego melodię i zna wiele kobiet o tym imieniu. Zawstydzona koleżanka przytaknęła i cicho odpowiedziała, że właściwie to jest Jej nazwisko, imię to Mu;) Nauczycielka asertywnie stwierdziła, że imię Mu też fajne, a Yu Mu to już w ogóle brzmi rewelacyjnie!

Dziś z kolei mieliśmy zajęcia z mało doświadczonym/mało utalentowanym nauczycielem (jedynym jak dotąd, który nie przypadł mi do gustu, choć momentami nawet śmieszył mnie Jego angielski humor) i mieliśmy twardo dyskutować w grupach, czy lepszym przyjacielem człowieka jest pies, czy kot (to był jeden z tych durnych tematów discussion, które zadał). Padały więc odpowiedzi, że pies jest "loyal, honest, lovely", etc., aż tu nagle chiński kolega stwierdził, że pies jest "delicious". Hmm...Japońska koleżanka z kolei opowiadała historię swej miłości - miała 27 lat kiedy postanowiła poznać swojego przyszłego męża, a że nie miała czasu na poszukiwania, zgłosiła się do biura matrymonialnego i sowicie zapłaciła firmie za znalezienie odpowiedniego partnera. Twierdzi, że to norma wśród japońskich 30-latków, bowiem rzadko zdarza się, żeby kobiety szukały męża przed swoją 30-tką. W każdym razie pierwszym partnerem, jakiego dla Niej znaleziono był Jej obecny mąż, umówiono Ich w ekskluzywnym hotelu i...nie wiem, co było dalej tego wieczoru, ale pozostali już razem. Po trzech miesiącach znajomości zaręczyli się, po dziewięciu miesiącach wzięli ślub, a trzy dni po ślubie On wyjechał do Malezji. Świeżo upieczona mężatka przez trzy miesiące żyła sama w Japonii, aż uregulowała wszystkie sprawy i dołączyła do męża w Kuala Lumpur w marcu tego roku. Od tego czasu jest dumną "house manager" myślącą o dziecku...Urzekła mnie Jej historia - myślałam, że takie cuda to tylko w filmach;) Turecki kolega opowiadał o swojej przemianie - z zawodowego żołnierza stał się biznesmenem, założycielem jednej z firm w Malezji i bardzo chwalił sobie sytuację ekonomiczną i życie w Malezji. Podobnie jak większość uczestników kursu. Jedynie niektórzy Malajowie stwierdzili, że życie tutaj nie jest spełnieniem Ich marzeń i chcieliby przenieść się gdzieś indziej. Gdzie? Do Australii lub Europy. Hmm...Europa, Europa...

czwartek, 10 listopada 2011

Brytyjski akcent

Szybko minęły dwa tygodnie, wczoraj otrzymałam certyfikat ukończenia kursu jęz.angielskieo i dziś rozpoczęłam nowy! Na wczorajszych zajęciach było zabawnie, część osób ubrała się w galowe stroje z okazji zakończenia kursu, a potem ambitnie pozowała do pamiątkowych zdjęć:) Oczywiście, miałam plan, aby na bieżąco opisywać różne śmieszne przygody z życia mojej grupy w British Council (a było ich mnóstwo!), ale plan ten szybko spalił na panewce z powodu, oczywiście, braku czasu. Po prostu. Od wczesnego ranka zajmowała mnie opieka, zabawy i oporządzanie Brzdąców, a w wolnej chwilce lektura czegoś po angielsku (najczęściej zadania domowego lub stronki Expat Malaysia). Później odwożenie Juniorów do chińskiego żłobka, marsz do metra, 25 minut później marsz pod Petronas Towers do szkoły angielskiego, dalej zajęcia, po nich marsz do metra, spotkanie z Tatą na naszej stacji i wspólny spacer/przejażdżka samochodem (w przypadku deszczowej pogody) do żłobka i odbieranie Brzdąców, dalej powrót do domu i tak oto nadchodziła godz.19! Mała kolacja, wyjście na pole przed "blok"/do pokoju zabaw (w przypadku deszczowej pogody), tam spotkanie z hinduskimi kolegami i wspólne zabawy. Czasem wykorzystywałam ten czas na naukę angielskiego, podczas gdy Tata czuwał nad bezpieczną zabawą Brzdąców. Następnie powrót do domu, butla mleka przed snem i do łóżeczek marsz! Dalej...hmm, co było dalej, tego może nie będę nazywać...padaliśmy z Tatą na pyszczki, zmęczeni po całym dniu pracy, nauki i zabawy! Ot, proza życia!


Wczoraj było wyjątkowo męcząco, ponieważ Tata służbowo wyjechał do Tajlandii. Wszystko więc było na mojej głowie: przygotowanie Brzdąców do wyjścia do żłobka, zamówienie taxi, wgramolenie się do taksówki z bliźniakami na szelkach, z moją torebeczką, torebką z książkami i Ich żłobkową torbą, dalej odwiezienie Ich do żłobka, marsz do metra...a pięć godzin później spotkanie z hinduskim kolegą, wspólne zamówienie taxi i w drogę po Juniory i Ich hinduską koleżankę! Później zostaliśmy już w domu, bawiąc się do upadłego (tak tak, przyznaję, wybawiłam Ich "na śmierć"(celowy zabieg), toteż padły jak muchy w swych łóżeczkach godzinkę wcześniej, niż zwykle:)). Teoretycznie miałam więc cały wieczór dla siebie w oczekiwaniu na przylot Taty z Bangkoku...Nic bardziej mylnego, tzn. owszem, miałam czas, ale byłam już tak zmęczona jak pies Pluto, że poza selekcją zdjęć nie zrobiłam nic innego! Cóż, byle do przodu:)

Tymczasem na angielskim poznałam nowe osoby, moją grupkę stanowiły dziewczyny z Chin, Japonii i Korei, więc było zabawnie:) O tym i innych "brytyjskich" przygodach następnym razem!

wtorek, 8 listopada 2011

Taman Rama-Rama czyli Butterfly Park

Niestety, gorączka jednego z Brzdąców i bardziej deszczowa niż zwykle pogoda pokrzyżowała nam weekendowe plany (chcieliśmy się wybrać do Cameron Highlands) i lekko nas uziemiła. Tak oto sobotę spędziliśmy na porządkach domowych i zakupach w galerii handlowej, a w niedzielne popołudnie wybraliśmy się do Butterfly Park w Kuala Lumpur.

W sobotę w Carrefour dane nam było zobaczyć dość niecodzienne - nawet jak na kraj muzułmański - zjawisko, mianowicie po raz pierwszy widziałam panią muzułmankę, która miała zakryte ciało od stóp do głów! Dosłownie! Oczywiście, na porządku dziennym są te panie, które mają odsłonięte tylko oczy i dłonie, i ich widok nie wprawia nas w zdumienie, ale ta spotkana w sklepie nawet oczy miała zasłonięte cienkim, czarnym materiałem, a na dłoniach miała rękawiczki...Zabawnie było obserwować Ją podczas wybierania owoców i rozmowy z mężem, który ubrany był w tradycyjne, białe szaty. Antoni nie mógł od Nich oczu swych oderwać, aż wstyd mi było;) Poza tym spotkaliśmy parę Polaków - między lodówkami z serem i jogurtami ktoś powiedział nam "Dzień dobry". Oczywiście, zastygliśmy w bezruchu (to było zanim spotkaliśmy tą muzułmańską parę - później to dopiero znieruchomieliśmy!) i zanim spostrzegliśmy, że to Rodacy, nie było po nich ani śladu;) Cóż, właściwie to było do przewidzenia, że prędzej czy później spotkamy się przypadkiem z kimś z liczącej sto osób Polonii w Malezji!

W niedzielę, w związku z wybitnie deszczową pogodą, planowaliśmy zabrać Brzdące do centrum zabaw dziecięcych, mieszczącego się w jednej z galerii handlowych. Pojechaliśmy tam, ale nie dane nam było dojechać - odstraszył nas bowiem długi rząd samochodów czekających w kolejce na wjazd na parking, który był już pełny! Bardzo długa kolejka samochodów nawet nie umywała się do tej sprzed Galerii Krakowskiej w okresie świątecznym! Wybraliśmy się więc do Taman Rama-Rama (btw, bardzo podoba mi się ta nazwa), opowiadając wcześniej Brzdącom o motylach i obiecując Im, że zobaczą motylki "fru fru"! Tymczasem w parku motyli było jak na lekarstwo, właściwie to władze mogłyby zmienić nazwę parku na Ogród Botaniczny i podejrzewam, że nikt nie zauważyłby różnicy:) Myślę, że zdają sobie sprawę z nikłego zbioru swych motyli i w związku z tym niska jest cena biletu wstępu do parku (dorośli 18RM, a dorośli-rezydenci Malezji tylko 10RM, czyli ok 10zł). Pani przy kasie od razu zapytała, czy jesteśmy rezydentami, odpowiedzieliśmy, że tak i nauczeni doświadczeniem zaczęliśmy na dowód naszych słów wyciągać paszporty, ale powiedziała, że nie trzeba! W samym Butterfly Park i owszem, spotkaliśmy kilka motyli (całym dwóm okazom udało mi się zrobić zdjęcie) jednak byliśmy rozczarowani, że było ich tak mało. W końcu to park motyli, nie?! Sam park też jest malutki, ale warto się do niego wybrać jeśli ktoś chce odpocząć chwilkę i nacieszyć oko przyrodą, nam bardzo podobały się kwiaty, poza tym było kilka okazów żółwi, żab, ryb, jaszczurek i...stonoga! Niestety, park kompletnie nie jest przystosowany do wózków, co przysporzyło nam lekkiego problemu - Brzdące chciały biec, gdzie Ich oczy poniosą, najchętniej wskoczyłyby pod wodospad - uwielbiają wodę, rybki "plum plum" i...w ramach kompensacji koniecznie musiały zaliczyć każdą kałużę (a że było po deszczu, miały po czym skakać i w czym się taplać)...Brr! Koniec końców miło spędziliśmy godzinkę w parku, a w drodze powrotnej spotkaliśmy małpki i oczywiście w aucie rozległ się chór Juniorów: "a-a-a a-a-a" (gdyby ktoś miał wątpliwości - to przecież tak robią małpki;))! Okazało się, że największą atrakcją wycieczki do parku motyli są małpy!!!