Końcem sierpnia wybraliśmy się na krótkie wakacje na Langkawi. Z racji tego, że w Malezji świętowano, a Dzień Niepodległości zbiegł się z końcem Ramadanu, mogliśmy wykorzystać ten wolny od pracy czas na wyjazd! Po przeanalizowaniu wszystkich możliwych sposobów dojazdu i środków transportu, jak również po namyśle, jak to zrobić, aby było nam jak najsprawniej przemieszczać się z bliźniakami, dwoma wózkami i bagażami, a przy tym maksymalnie wykorzystać czas urlopu Taty, zdecydowaliśmy, że wybierzemy się w podróż firmowym autkiem do Kuala Kedah, tam zaparkujemy i udamy się promem na wyspę. Na Langkawi zaś wynajmiemy samochód, aby bez problemu móc się przemieszczać do miejsc, które chcemy zobaczyć...A że mieliśmy apetyt na eksplorowanie wyspy, taka opcja była najlepsza:)
Podróż z Kuala Lumpur do Kuala Kedah zajęła nam 6h (zaliczając korki w KL i w okolicy Ipoh). W KK spotkaliśmy się z naganiaczami na motorkach, którzy proponowali nam zaparkowanie samochodu w "najlepszym miejscu w mieście", oczywiście ze specjalnym nadzorem, obiecując, że będą "very special" traktować auto...Jako, że nie mieliśmy większego pojęcia, jak poruszać się po mieście, nie mieliśmy gps, ani zarezerwowanego promu, a pozostały nam jeszcze tylko trzy (kursowały co godzinę, od 17-19h jeszcze), nie chcieliśmy też dotrzeć na Langkawi zbyt późno i że ruch turystów w okolicy portu był bardzo duży, postanowiliśmy skorzystać z oferty panów "parkingowych". Ci skierowali nas na publiczne miejsce parkingowe, pod lokalną restaurację, zażądali 10zł/dobę za "parking", podnieśli przednie wycieraczki auta i stwierdzili, że jest "ok"...cóż, pozostało nam mieć nadzieję, że po 5 dniach samochód nadal będzie stał w tym samym miejscu. Szybko zapomnieliśmy jednak o jego "miejscu spoczynku" i udaliśmy się na prom - płynął 1,5h, koszt 23RM/osobę, Brzdące gratis (bardzo się cieszymy, że nie skończyli jeszcze 2 roku życia, bo jak wiadomo dzięki temu wszędzie póki co wpuszczani są za free! Ach, gdyby jeszcze tak za free się Nimi chwilkę zajęto, żeby Rodzicom odpoczęły troszkę ręcę i kręgosłup...marzenia!) Na promie był kolorowy zawrót głowy, Juniory były tak podniecone morzem, promami i statkami, że usiedzieć na jednym miejscu spokojnie nie chciały! Do tego próbowały - zafascynowane wszelkimi pojazdami mechanicznymi - oglądać film, który nam puszczono...ktoś dokonał "świetnego" wyboru i na małym ekranie co chwila lała się "krew", co rusz ktoś miał wypadek samochodowy lub podczas wyścigu motocykli...Dodam, że większość turystów (głównie Chińczyków) ambitnie oglądała film, było wśród nich kilkoro dzieci w wieku szkolnym...
Tuż po tym, jak dopłynęliśmy na Langkawi, wynajęliśmy w jednym z licznych biur mieszczących się koło portu, samochód (120RM/dobę, ale można było wziąć mniejszy i tańszy, jednak mieliśmy na uwadze nasze dwa wózki). Autko bardzo dobrze się sprawdziło, chociaż dla mnie osobiście niezłym hardcorem była jazda z Juniorami bez fotelików...Z racji tego, że i tak byliśmy obładowani jak osły, dwoje maluchów, dwa wózki, jedna walizka na kółeczkach dla całej familii, ale jeszcze jakieś torby i torebeczki z pampersami, chusteczkami, ubrankami na zmianę (na wypadek promowego pawia - Mama słynie ze swej przezorności i pamięta, jak sama kiedyś pawia puściła na Czarnogórze czy Chorwacji...a teraz myślała, że może to "genetycznie uwarunkowane"!), zabawkami, pożywieniem i przekąskami dla Juniorów...nie wzięliśmy ze sobą fotelików - żywcem nie było jak ich upchnąć, a panowie na promie i tak już na nas lekko dziwnie patrzyli, że tyle mamy bagażu! W każdym razie, jazda po wyspie z dwoma Brzdącami z pewnością na długo pozostanie mi w pamięci:) Oczywiście, tutaj to standard, dzieci jeżdżą "samopas", nawet na Langkawi widzieliśmy w samochodzie czwórkę maluchów z tyłu, same chłopaki, tak samo ubrane (przynajmniej od pasa w górę) i tak samo bujające się po całym tyle samochodu!!! Udało nam się też zobaczyć dwójkę maluchów (z czego jeden był młodszy od Wiktorka&Antosia, a drugi myślę, że mógł mieć 3 latka) z rodzicami na motorze...oczywiście, tylko ojciec stadka miał kask;) Tutaj to bardzo częsty widok, dzieciaki tak na motorze, jak i w samochodzie, bez żadnych środków bezpieczeństwa, jednak dla mnie nowością było opanowanie Gadziny, która bardzo aktywna, chciała jednocześnie siedzieć na kolanach Mamy (opcja najrzadziej spotykana, ale wymieniam jako pierwszą, gdyż najbardziej pożądana i znacząca), stać przy oknie, siedzieć pod nogami Mamy, zaglądać, co u Taty słychać i jak Mu się prowadzi nasze "wesołe autko brrrum brrrum", włażąc do przodu między fotelami, wdrapywać się na półkę pod tylną szybą, aby lepiej zobaczyć to, co już za nami...Dzielnie jednak daliśmy radę i było to bardzo ciekawe doświadczenie - ku pamięci je tutaj opisuję - jeśli czas przykurzy nieco to wspomnienie, przeczytam i obiecam sobie: "nigdy więcej!" :) Jeśli chodzi o podróżowanie, skoro przy tym jestem, to przejechaliśmy całą wyspę wzdłuż i wszerz:) Nie dotarliśmy tylko do Farmy Krokodyli, chociaż mijaliśmy ją w drodze na jeden z "cypelków"...cóż, Tata stchórzył i stwierdził, że już widział krokodyle w ZOO. Co fakt, to fakt;)
Langkawi jest rajskie i anielskie, i grzechem byłoby się tutaj rozpisywać na jego temat...Po prostu trzeba zobaczyć, albo chociaż wrzucić w google i sobie obejrzeć, bo niestety jakość naszych zdjęć nie do końca oddaje jego piękno i klimat (chociaż bardzo się starałam i zdjęć kilka tutaj zamieszczam!). To najpiękniejsze miejsce, jakie w życiu widziałam...Jeśli wyobrażałabym sobie, jak wygląda raj, to właśnie tak: białe, piaszczyste plaże (choć nie wszędzie, byliśmy też na Black Sand Beach), palmy kokosowe i piękne, turkusowe morze...do tego bardzo mili tubylcy i sympatyczni turyści - w naszym sąsiedztwie mieszkali sami Chińczycy, ale spotkaliśmy też inne nacje, wielu białych. Za wyjątkiem pierwszej nocy, którą spędziliśmy w CD Motel (nikomu nie polecam, tym bardziej, że zapłaciliśmy 100RM, a nie wart nawet połowy tej ceny! Jedynym plusem było położenie motelu - nad samym brzegiem morza, o co jednak nie trudno na Pantai Cenang). Z samego rana udaliśmy się na poszukiwania nowego lokum i od razu trafiliśmy do White Lodge - po drugiej stronie drogi, a więc bez dostępu do morza, ale za to z własnym ogródkiem i miejscem do hasania dla dzieci. Na plażę były dosłownie 3 minuty drogi, a było cicho i spokojnie, mieszkaliśmy w małym, bardzo zadbanym i komfortowym domku, za sąsiadów mając właśnie chińskie rodziny, które bardzo przypadły do gustu Antoniemu i kiedy tylko byliśmy na terenie White Lodge, non stop chciał przesiadywać na ganku z chińskimi dziećmi, a kiedy ich nie było - zbierał kamyczki i inne "skarby" sprzed chińskich domków;)
Bardzo miłym akcentem było spotykanie prawie na każdym kroku (czytaj: zakręcie, bo przecież podróżowaliśmy samochodem) małp...Wiki i Antoś nauczyli się, jak robi małpka ("a a a", gdyby ktoś miał wątpliwości:) a gdyby ktoś nadal nie wierzył, że tak właśnie robi małpka, to gdyby zobaczył ekspresję ciała Antosiowego, nie miałby już żadnych wątpliwości:)), obserwując krowy nauczyli się też robić "muuu". Poza tym byli bardzo dzielnymi małymi Podróżnikami, których wszystko, podobnie jak i Rodziców, zachwycało!!! Z kolei Cable Car nie wzbudziło takiej jak u Rodziców grozy, chociaż oczywiście warto było wjechać na szczyt, aby móc podziwiać wyspę z lotu ptaka...było tym piękniej, że dotarliśmy na górę na zachód słońca...Zjeżdżanie kolejką na dół było nie lada przygodą, wszędzie ciemno, w oddali światła miast, żadnych, poza odgłosami płynącymi z dżungli i kaskady wodospadów, dźwięków. Niesamowite!!! Warto było stać w ponad godzinnej kolejce do Cable Car i zapłacić, zdaje się, 35RM/osobę (Brzdące za free). Mama chciała pojeździć na słoniu w Oriental Village (bo chociaż zawsze była przeciwna ujeżdżaniu tego niewinnego zwierzęcia, to jednak nigdy słoń nie był na wyciągnięcie ręki), ale szybko Jej przeszło i wróciła do swych ideałów po tym, jak "pan od słonia" powiedział, że 5-minutowa jazda kosztuje 100RM (oczywiście, były też i 20-minutowe jazdy...nie pytaliśmy jednak o ich cenę). Żałowaliśmy, że Brzdące przespały naszą wizytę w Oriental Village, bo był tam - między innymi - Animals Garden, a nawet dwa gardeny - nie dość, że za darmo, to jeszcze pełne małych, przyjaznych dzieciom zwierzątek (Mama zrobiła zdjęcie królików dla cioci S., która na pewno bardzo żałuje, że nie mogła wejść wśród nie i się zrealizować;) Wiki też na pewno żałuje;)). Poza tym to właśnie w Oriental Village zjedliśmy najlepszy obiad na wyspie, w zawrotnej cenie 13zł/wszystko!
Reasumując, cały pobyt na Langkawi bardzo nam się udał i z wielką chęcią wrócilibyśmy na wyspę raz jeszcze...Pomimo sezonu turystycznego, plaże, za wyjątkiej tej za Sunset Beach Resort, mniej więcej w centrum Pantai Cenang, świeciły pustkami...na jakąkolwiek plażę w różnych częściach wyspy nie docieraliśmy, była pusta lub niemal pusta...Co tylko podkreślało egzotyczny charakter wyspy i można było poczuć się jak we własnym, prywatnym kawałku raju:) A, zapomniałabym napisać o przepięknym ogrodzie, mieszczącym się tuż koło drogi do "Wielkiego Orła" (nie specjalnego, zresztą) - doskonałym miejscu do wypoczynku, z widokiem na morze, góry, z cudowną tropikalną roślinnością, gdzie...nie spotkaliśmy żywej duszy!
W drodze powrotnej już tak cudownie nie było...najpierw płynęliśmy lekko zdezelowanym promem, ściśnięci jak sardynki w puszce, z podskakującymi na naszych kolanach Juniorami, następnie znaleźliśmy nasz samochód (stał nienaruszony) i udaliśmy się nim w długą drogę "do domu"...Podróż (włącznie z promem i korkami) zajęła nam ponad 10h...Ale byle do przodu i do następnego wolnego:)!
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)
czwartek, 15 września 2011
wtorek, 6 września 2011
Gryzonie małe dwa!
Dzisiejszy dzień rozpoczął się wyciem dwóch Brzdąców (z których jeden jest przeziębiony, a drugi już zdrów) do wschodzącego słońca, ale...potem, tj. po południowej drzemce było już tylko lepiej!
Zanim jednak zasnęli, obaj, w tym samym czasie, co się ostatnio rzadko zdarza, Wiktor zaliczył upadek z łóżeczka. A było to tak: zostawiłam Gadzinę samą na minutkę, nasłuchując Ich cały czas...Słyszę, jak niczym owce becą i becą...Pomyślałam, pewnie robią: "beee", bo a) jeden otwiera szuflady, a drugi Mu nie pozwala (wiedzą, że nie wolno), b) próbują dostać się do kosza na śmieci (wiedzą, że tam jest brudno i w ogóle "beee" i że Im nie wolno), c) któryś zrobił coś brzydkiego do pieluszki i ambitnie to sygnalizuje. Wchodząc do salonu zobaczyłam, jak Brzdące siedzą w kupce śmieci, bawią się rurkami od soczków, wołając - oczywiście - "beee". Masakra! W podskokach i z wielkim bekiem na ustach szli więc do łóżeczek, wyciszać się...na szczęście, zdążyłam umieścić pod łóżeczkami materac, bo Wiktor protestując przeciw uziemieniu Go w łóżeczku, tak się na nie wspiął, że wyskoczył i...zaliczył miękkie lądowanie! Ale się zdziwił:)
Spieszę z nowiną, iż zostało dziś wypowiedziane ze zrozumieniem słowo: "kaka" (na określenie, hmm, kupy)! I to przez dwóch Juniorów! Mała rzecz, a cieszy:)
Z mniej zadowalających rzeczy, zaczęli dziś gryźć Mamę - celowo i z premedytacją oraz tym rozkosznym uśmiechem na ustach...aż strach pomyśleć, co teraz się będzie działo!
Zanim jednak zasnęli, obaj, w tym samym czasie, co się ostatnio rzadko zdarza, Wiktor zaliczył upadek z łóżeczka. A było to tak: zostawiłam Gadzinę samą na minutkę, nasłuchując Ich cały czas...Słyszę, jak niczym owce becą i becą...Pomyślałam, pewnie robią: "beee", bo a) jeden otwiera szuflady, a drugi Mu nie pozwala (wiedzą, że nie wolno), b) próbują dostać się do kosza na śmieci (wiedzą, że tam jest brudno i w ogóle "beee" i że Im nie wolno), c) któryś zrobił coś brzydkiego do pieluszki i ambitnie to sygnalizuje. Wchodząc do salonu zobaczyłam, jak Brzdące siedzą w kupce śmieci, bawią się rurkami od soczków, wołając - oczywiście - "beee". Masakra! W podskokach i z wielkim bekiem na ustach szli więc do łóżeczek, wyciszać się...na szczęście, zdążyłam umieścić pod łóżeczkami materac, bo Wiktor protestując przeciw uziemieniu Go w łóżeczku, tak się na nie wspiął, że wyskoczył i...zaliczył miękkie lądowanie! Ale się zdziwił:)
Spieszę z nowiną, iż zostało dziś wypowiedziane ze zrozumieniem słowo: "kaka" (na określenie, hmm, kupy)! I to przez dwóch Juniorów! Mała rzecz, a cieszy:)
Z mniej zadowalających rzeczy, zaczęli dziś gryźć Mamę - celowo i z premedytacją oraz tym rozkosznym uśmiechem na ustach...aż strach pomyśleć, co teraz się będzie działo!
czwartek, 25 sierpnia 2011
Bliźniacza codzienność i inne "atrakcje"
Otóż dopadł mnie dół. Mały, bo mały, ale zawsze dołek. Życie 24h/dobę z szalejącymi jak pijane zające bliźniakami nie jest wcale łatwe, nie zawsze też jest przyjemne, choć mimo wszystko daje ogromnie dużo satysfakcji! Zdarza się, że Brzdące drą się wniebogłosy wyrywając sobie wzajemnie włosy z głowy - ot tak, dla zabawy. Często biją się, kopią, popychają, szarpią, a od trzech dni nawet gryzą, bo akurat chcą się bawić tą samą zabawką, jedna książka jest dla nich interesująca w tym samym czasie, a kiedy Mama próbuje załagodzić konflikt, biorąc Brzdące na kolana i poczytać Im obu - wówczas przepychają się i zazdrośni są o Mamę, chcą mieć Jej dwa kolanka wyłącznie dla siebie...Mają szczęście, bo Cierpliwość to drugie imię Mamy, choć mimo wszystko czasem nie jest łatwo...Jak każdego dnia podejmują próby wejścia tam, gdzie wejść nie można?-muszą koniecznie sprawdzić, co kryje się za wszystkimi drzwiami i drzwiczkami, z tymi oczywiście od szaf, szafek i szuflad włącznie, ostatnio nawet Wiktor próbował wejść do...zamrażarki (tak, tak)! Muszą wspiąć się na wszystko, krzesła i sofa już od dawna przestały być atrakcyjnym celem wspinaczki, teraz modne jest wdrapanie się na szafki i stół, a nawet...na krzesełko do karmienia. Jest to o tyle niebezpieczne, że jeśli Mama nie zdąży zareagować do 3 sekund po tym, jak szalony pomysł wejścia na krzesłko do karmienia się pojawi, to przy próbie jego realizacji krzesełko składa się na Brzdąca powodując upadek (tak krzesełka, jak i Brzdąca) i ogólne "bum", "aj aj", płacz i zgrzytanie zębów (i dziąseł, bo Brzdące mają po zębów 12, w sumie 24:) pomiędzy którymi okazale prezentują się dziąsełka w białe kropeczki)!
Dzielnie daję radę, bo przecież oprócz gonitwy za Juniorami, oprócz wyciszania Ich, tłumaczeń, ściągania z niebezpiecznych miejsc, karmienia, przewijania, kąpania, jest też dużo wesołej zabawy, głośnego czytania, śmiechów i przytulania! Prawdziwą radością jest obserwowanie Ich postępów rozwojowych, małych i dużych osiągnięć. Poza tym, braterska miłość kwitnie, często Brzdące tulą się do siebie, posyłają sobie całuski, pomagają sobie, dają sobie nawzajem zabawki - zwłaszcza, kiedy jeden upatrzy sobie coś fajnego, daje Braciszkowi coś innego, dla odwrócenia Jego uwagi...Ale ten drugi nie daje się omamić podarowną zabawką, odbiera więc Braciszkowi Jego rzecz, która akurat w tym samym czasie wydaje Mu się być jedyną super zabawką z tysiąca innych...zaczyna się więc próba odebrania, wyrywanie włosów z głowy, bicie, kopanie...I tak w kółko, byle do przodu, byle do weekendu:)
Ale nie o tym miało być. A o dołku...a wszystko przez to, że przed wyjazdem na azjatycką ziemię, kiedy procedura przyznania nam wiz przedłużała się w nieskończoność, rozniosłam kilka cv do placówek, w których chciałabym pracować. Naprawdę myślałam, że przyznanie wizy potrwa jeszcze wieki, więc będę mogła iść do pracy - tak, jak zakładałam to jeszcze będąc w ciąży...że najjjpóźniej rozpocznę pracę zawodową we wrześniu 2011 r., choć to wówczas było jeszcze tak odległe! Im bliżej było jednak do tegorocznych wakacji, im dłużej trwało przyznanie wizy, stało się dla mnie niemal pewne, że cel swój osiągnę i już wkrótce zacznę się realizować w pracy...Tak. No więc zrobiłam krok do przodu, rozniosłam cv...I dzwonią. Dzwonią. A mi jest zwyczajnie przykro i tak jakoś dziwnie, że chciałabym, ale nie mogę...Gdyby jeszcze nie dzwonili, byłoby łatwiej. Jasne, że wiem, że te placówki wciąż istnieć będą po naszym powrocie do Krakowa i oczywiście, mam nadzieję, że będą zainteresowani przyjęciem mnie w poczet swych pedagogów. Jasne, że staram się korzystać z pobytu tutaj, z tej zwykłej codzienności i czerpać jak najwięcej radości z obcowania 10h/dziennie z roczniakami - jedynymi osobami, z którymi mam kontakt przez cały boży dzień i do których tylko buzię mogę otworzyć...bo że korzystam w weekendy, nie muszę nawet wspominać:) Och, gdyby dało się wszystko połączyć...zacząć realizować się w pracy zawodowej, a nie tylko jako pełnoetatowa Mama, a w weekendy nadal móc podróżować i poznawać azjatycki świat...No, ale nie można mieć wszystkiego. Pisałam już chyba, że Cierpliwość to moje drugie imię...Zatem kiedyś nadejdzie dzień, w którym będę się realizować na wszystkich płaszczyznach, a póki co...
Postanowiliśmy, że zapiszę się tutaj na kurs jęz. angielskiego (horrendalnie drogi, btw!). Myśl o tym dojrzewała w mym umyśle bardzo długo...Cóż, ostatni raz z tym językiem miałam do czynienia (czytaj: do uczenia się) na maturze, więc już dobre 10 lat temu...Jasne, że wiedziałam, że dobrze byłoby być z angielskim za pan brat, ale nigdy nie dążyłam do tego, aby tak było. Tutaj jednak po raz pierwszy w życiu poczułam zażenowanie i wstyd, że jak to, pan od wiatraka mówi po angielsku lepiej niż ja?! - o nieee! Powiedział mi co prawda, że dobrze mówię po angielsku, ale jestem przekonana, że było to wierutne kłamstwo:) Tak więc klamka (prawie) zapadła i jutro idę zapisać się na kurs (prawdopodobnie). Dla Brzdąców szukałam opiekunki, jednak po tym, jak niewiele znalazłam ofert niań (a jeszcze będąc w Polsce, koledzy Taty z firmy mówili, że nie jest tutaj łatwo o opiekunkę...o dobrej opiekunce, nie wspominając) i po tym, kiedy ostatnio koleżanka Taty z firmy powiedziała, że zatrudniając nianię możemy "stracić" dzieci, zarzuciliśmy ten pomysł. Szukamy więc żłobka (któremu w Polsce byłam przeciwna, gł. ze względu na zachorowalność dzieci, choć oczywiście zawsze powtarzałam, że gdybym nie miała wyboru...) - nie ma tutaj ryzyka przeziębień czy zachorowań sezonowych (typu: idzie jesień, zmiana pogody, itp.), za to...są wysokie ceny i tropikalna sceneria.
Wczoraj byliśmy całą Czwóreczką w potencjalnym żłobku, który zresztą polecili nam nasi sąsiedzi Hindusi, którym z kolei polecono go w Ich firmie...Żłobek mieści się w małym chińskim domku, w którym jest bardzo czystko, schludnie i...jest bardzo mało miejsca. Ale chyba nikomu to nie przeszkadza, bo przed chińskim domkiem jest ogród większy chyba niż sam domek, placyk zabaw. Wiktor już na samym początku zaczął płakać tak, że w szoku byliśmy, że tak płakać można...Cóż, ostatni raz wydawał z siebie takie dźwięki podczas pobytu w szpitalu, w styczniu tego roku. Antoni spisał się na medal. Tak więc jak szybko weszliśmy, tak szybko wyszliśmy. Rozmawialiśmy z panią Ong w ogródku, Brzdące oczywiście świetnie się w nim czuły, mogły swobodnie się bawić, biegać i szaleć. Po omówieniu szczegółów, znów weszliśmy do środka, abym mogła obejrzeć dokładnie, co chiński domek ma do zaoferowania. I znowu...Wiki wył jak pies do księżyca, Antoś był bardzo grzeczny i zainteresowany otoczeniem. Panie były pod wrażeniem Antoniego, mówiąc, że jest "so cute, so cool". Na koniec Wiki pierwszy zaczął machać "pa pa" z uśmiechem na buzi, Antoś miał ochotę jeszcze zostać, ale musieliśmy opuścić progi chińskiego domku i na spokojnie zastanowić się, co począć...Szczegóły zapisu Juniorów do żłobka są niezadawalające: 500zł miesięcznie/5h/dziennie (promocja z 600zł, jako, że jest Ich dwóch) / alternatywnie 800zł/mc/8h/dziennie (ale w naszym przypadku to bez sensu) + 200zł wpisowe + 200zł opłata jednorazowa na "wyposażenie" żłobka + 100zł na zakup materacyka = 1000zł/Junior. 1000zł/drugi Junior. Przy zapisie zatem trzeba uiścić kwotę 2000zł + 2000zł (kaucja, bezzwrotna, na poczet ostatniego miesiąca uczęszczania do żłobka). Hmm...Warto w tym miejscu zaznaczyć, że a) mleko, b) inne, poza chlebem, ryżem i makaronem, jedzenie, c) butelki (2x/Junior), d) pampersy, e) chusteczki nawilżane, f) żel do mycia ciała, g) szczoteczkę do zębów i pastę, trzeba przynieść wraz z dzieckiem. Zapytaliśmy więc miłą panią Ong, na pokrycie jakiego wyposażenia mamy zapłacić w sumie 400zł? - odpowiedziała, że na zabawki...Acha. W związku z powyższym wznawiam poszukiwania opiekunki (przez agencję opiekunek, tym razem) i innych żłobków, bo chociaż ten wydawał się świetny, jestem ciekawa, czy wysokość opłat jest tutaj normą, czy też kwestią indywidualną, podyktowaną przez właściciela żłobka? Oczywiście, planując pobyt w Malezji w ogóle nie myśleliśmy - na tym etapie rozwoju Juniorów - ani o opiekunce, ani o żłobku. Chcąc jednak wyjść z domu, podszkolić swój angielski czy zrobić cokolwiek innego, czego jednak robić nie zamierzam, ktoś zaufany do opieki nad Juniorami jest nam niezbędny. Żłobek ma te niewątpliwe zalety, że jest instytucją (prywatną, ale zawsze), a co za tym idzie, przynajmniej teoretycznie bezpiecznym i przyjaznym maluchom miejscem, no i tą, że Brzdące miałyby kontakt z rówieśnikami, no i...że rozumiałyby polecenia i zwroty kierowane do Nich w jęz. angielskim...16-miesięczni Wiktor i Antoni, i pan od wiatraka znający angielski lepiej ode mnie?!- o nieee!!! :)
Dzielnie daję radę, bo przecież oprócz gonitwy za Juniorami, oprócz wyciszania Ich, tłumaczeń, ściągania z niebezpiecznych miejsc, karmienia, przewijania, kąpania, jest też dużo wesołej zabawy, głośnego czytania, śmiechów i przytulania! Prawdziwą radością jest obserwowanie Ich postępów rozwojowych, małych i dużych osiągnięć. Poza tym, braterska miłość kwitnie, często Brzdące tulą się do siebie, posyłają sobie całuski, pomagają sobie, dają sobie nawzajem zabawki - zwłaszcza, kiedy jeden upatrzy sobie coś fajnego, daje Braciszkowi coś innego, dla odwrócenia Jego uwagi...Ale ten drugi nie daje się omamić podarowną zabawką, odbiera więc Braciszkowi Jego rzecz, która akurat w tym samym czasie wydaje Mu się być jedyną super zabawką z tysiąca innych...zaczyna się więc próba odebrania, wyrywanie włosów z głowy, bicie, kopanie...I tak w kółko, byle do przodu, byle do weekendu:)
Ale nie o tym miało być. A o dołku...a wszystko przez to, że przed wyjazdem na azjatycką ziemię, kiedy procedura przyznania nam wiz przedłużała się w nieskończoność, rozniosłam kilka cv do placówek, w których chciałabym pracować. Naprawdę myślałam, że przyznanie wizy potrwa jeszcze wieki, więc będę mogła iść do pracy - tak, jak zakładałam to jeszcze będąc w ciąży...że najjjpóźniej rozpocznę pracę zawodową we wrześniu 2011 r., choć to wówczas było jeszcze tak odległe! Im bliżej było jednak do tegorocznych wakacji, im dłużej trwało przyznanie wizy, stało się dla mnie niemal pewne, że cel swój osiągnę i już wkrótce zacznę się realizować w pracy...Tak. No więc zrobiłam krok do przodu, rozniosłam cv...I dzwonią. Dzwonią. A mi jest zwyczajnie przykro i tak jakoś dziwnie, że chciałabym, ale nie mogę...Gdyby jeszcze nie dzwonili, byłoby łatwiej. Jasne, że wiem, że te placówki wciąż istnieć będą po naszym powrocie do Krakowa i oczywiście, mam nadzieję, że będą zainteresowani przyjęciem mnie w poczet swych pedagogów. Jasne, że staram się korzystać z pobytu tutaj, z tej zwykłej codzienności i czerpać jak najwięcej radości z obcowania 10h/dziennie z roczniakami - jedynymi osobami, z którymi mam kontakt przez cały boży dzień i do których tylko buzię mogę otworzyć...bo że korzystam w weekendy, nie muszę nawet wspominać:) Och, gdyby dało się wszystko połączyć...zacząć realizować się w pracy zawodowej, a nie tylko jako pełnoetatowa Mama, a w weekendy nadal móc podróżować i poznawać azjatycki świat...No, ale nie można mieć wszystkiego. Pisałam już chyba, że Cierpliwość to moje drugie imię...Zatem kiedyś nadejdzie dzień, w którym będę się realizować na wszystkich płaszczyznach, a póki co...
Postanowiliśmy, że zapiszę się tutaj na kurs jęz. angielskiego (horrendalnie drogi, btw!). Myśl o tym dojrzewała w mym umyśle bardzo długo...Cóż, ostatni raz z tym językiem miałam do czynienia (czytaj: do uczenia się) na maturze, więc już dobre 10 lat temu...Jasne, że wiedziałam, że dobrze byłoby być z angielskim za pan brat, ale nigdy nie dążyłam do tego, aby tak było. Tutaj jednak po raz pierwszy w życiu poczułam zażenowanie i wstyd, że jak to, pan od wiatraka mówi po angielsku lepiej niż ja?! - o nieee! Powiedział mi co prawda, że dobrze mówię po angielsku, ale jestem przekonana, że było to wierutne kłamstwo:) Tak więc klamka (prawie) zapadła i jutro idę zapisać się na kurs (prawdopodobnie). Dla Brzdąców szukałam opiekunki, jednak po tym, jak niewiele znalazłam ofert niań (a jeszcze będąc w Polsce, koledzy Taty z firmy mówili, że nie jest tutaj łatwo o opiekunkę...o dobrej opiekunce, nie wspominając) i po tym, kiedy ostatnio koleżanka Taty z firmy powiedziała, że zatrudniając nianię możemy "stracić" dzieci, zarzuciliśmy ten pomysł. Szukamy więc żłobka (któremu w Polsce byłam przeciwna, gł. ze względu na zachorowalność dzieci, choć oczywiście zawsze powtarzałam, że gdybym nie miała wyboru...) - nie ma tutaj ryzyka przeziębień czy zachorowań sezonowych (typu: idzie jesień, zmiana pogody, itp.), za to...są wysokie ceny i tropikalna sceneria.
Wczoraj byliśmy całą Czwóreczką w potencjalnym żłobku, który zresztą polecili nam nasi sąsiedzi Hindusi, którym z kolei polecono go w Ich firmie...Żłobek mieści się w małym chińskim domku, w którym jest bardzo czystko, schludnie i...jest bardzo mało miejsca. Ale chyba nikomu to nie przeszkadza, bo przed chińskim domkiem jest ogród większy chyba niż sam domek, placyk zabaw. Wiktor już na samym początku zaczął płakać tak, że w szoku byliśmy, że tak płakać można...Cóż, ostatni raz wydawał z siebie takie dźwięki podczas pobytu w szpitalu, w styczniu tego roku. Antoni spisał się na medal. Tak więc jak szybko weszliśmy, tak szybko wyszliśmy. Rozmawialiśmy z panią Ong w ogródku, Brzdące oczywiście świetnie się w nim czuły, mogły swobodnie się bawić, biegać i szaleć. Po omówieniu szczegółów, znów weszliśmy do środka, abym mogła obejrzeć dokładnie, co chiński domek ma do zaoferowania. I znowu...Wiki wył jak pies do księżyca, Antoś był bardzo grzeczny i zainteresowany otoczeniem. Panie były pod wrażeniem Antoniego, mówiąc, że jest "so cute, so cool". Na koniec Wiki pierwszy zaczął machać "pa pa" z uśmiechem na buzi, Antoś miał ochotę jeszcze zostać, ale musieliśmy opuścić progi chińskiego domku i na spokojnie zastanowić się, co począć...Szczegóły zapisu Juniorów do żłobka są niezadawalające: 500zł miesięcznie/5h/dziennie (promocja z 600zł, jako, że jest Ich dwóch) / alternatywnie 800zł/mc/8h/dziennie (ale w naszym przypadku to bez sensu) + 200zł wpisowe + 200zł opłata jednorazowa na "wyposażenie" żłobka + 100zł na zakup materacyka = 1000zł/Junior. 1000zł/drugi Junior. Przy zapisie zatem trzeba uiścić kwotę 2000zł + 2000zł (kaucja, bezzwrotna, na poczet ostatniego miesiąca uczęszczania do żłobka). Hmm...Warto w tym miejscu zaznaczyć, że a) mleko, b) inne, poza chlebem, ryżem i makaronem, jedzenie, c) butelki (2x/Junior), d) pampersy, e) chusteczki nawilżane, f) żel do mycia ciała, g) szczoteczkę do zębów i pastę, trzeba przynieść wraz z dzieckiem. Zapytaliśmy więc miłą panią Ong, na pokrycie jakiego wyposażenia mamy zapłacić w sumie 400zł? - odpowiedziała, że na zabawki...Acha. W związku z powyższym wznawiam poszukiwania opiekunki (przez agencję opiekunek, tym razem) i innych żłobków, bo chociaż ten wydawał się świetny, jestem ciekawa, czy wysokość opłat jest tutaj normą, czy też kwestią indywidualną, podyktowaną przez właściciela żłobka? Oczywiście, planując pobyt w Malezji w ogóle nie myśleliśmy - na tym etapie rozwoju Juniorów - ani o opiekunce, ani o żłobku. Chcąc jednak wyjść z domu, podszkolić swój angielski czy zrobić cokolwiek innego, czego jednak robić nie zamierzam, ktoś zaufany do opieki nad Juniorami jest nam niezbędny. Żłobek ma te niewątpliwe zalety, że jest instytucją (prywatną, ale zawsze), a co za tym idzie, przynajmniej teoretycznie bezpiecznym i przyjaznym maluchom miejscem, no i tą, że Brzdące miałyby kontakt z rówieśnikami, no i...że rozumiałyby polecenia i zwroty kierowane do Nich w jęz. angielskim...16-miesięczni Wiktor i Antoni, i pan od wiatraka znający angielski lepiej ode mnie?!- o nieee!!! :)
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Weekend 6: KUALA LUMPUR na domowo
Sobota była dniem sprawunków, które miały zostać dopełnione już miesiąc temu, ale...Nie wiem, czy tak tu już jest, czy tylko nam przydarza się to, że na wiele rzeczy trzeba tutaj czekać, a osoby nam wcale nie bliskie wpadają do nas ot tak, nie anonsując się wcześniej. W każdym razie, jeśli chodzi o sprawy związane z naszym mieszkaniem, nic nie dostajemy od razu. Sama procedura wynajmu trwała dobrą chwilę (choć od razu tu zamieszkaliśmy, jak tylko pani posprzątała mieszkanie), w między czasie Tata musiał podpisywać stos papierków i załączać stos różnych rzeczy. Warto zaznaczyć, że wybierając to mieszkanie, mogliśmy negocjować z agentką nieruchomości warunki (niestety, nie co do ceny wynajmu!), tj. mogliśmy sobie zażyczyć pewne rzeczy, wyposażenie, jak np. czajnik czy biurko. W końcu, kiedy formalności stało się za dość i wydawało by się, że ani agentka nieruchomości, ani właścicielka mieszkania nie będą nas nawiedzać bez wcześniejszego powiadomienia, dopiero się zaczęło...a bo to właścicielka mieszkania przyniosła nowe firanki (przy okazji oglądając całe mieszkanie), a to szafkę...A bo to agentka była w pobliżu i pomyślała, że zajrzy...A bo hydraulik był w pobliżu i też pomyślał, że zajrzy - wiedział, że miał nas odwiedzić, ale nie wiedział kiedy, więc nie pomyślał, żeby się umówić...Wszystko ok, ale naprawdę irytujące jest, kiedy ktoś dziesiątki razy wpada bez uprzedzenia...i nie chodzi o to, że mamy coś do ukrycia, mamy bałagan czy dzieci płaczą, bo tak nie jest, ale o taką zwykłą "kulturę", tym bardziej przekładając to na warunki polskie, w jakich żyjemy i to, że też wynajmujemy komuś mieszkanie...Nie wyobrażam sobie pukać tam raz po raz bez wcześniejszego zapytania czy informacji, że będę i lustrowania, niby przypadkiem, mieszkania...Wynajmowaliśmy też mieszkania we Francji - tam z kolei dostawaliśmy list z informacją, kiedy przyjdzie właściciel i w jakim celu (właściciel wrzucał go do skrzynki pocztowej, jak sądzę). Tak czy owak, byliśmy uprzedzeni, w Krakowie też uprzedzamy naszych lokatorów. Ale nie o tym miało być:)
Otóż jeden z wiatraków zepsuł się nam prawie zaraz po przyjeździe, czyli ponad 4 tygodnie temu...Najpierw musieliśmy czekać długimi, dusznymi dniami, aż ktoś się zjawi ku pomocy. W końcu, oczywiście bez zapowiedzi (tj. zapowiedział się, ale nie dotarł, przyszedł w innym terminie) zjawił się pan, który myślał, że naprawi wiatrak poruszając jego skrzydłami. Dotknął je, myślał chyba, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wiatrak zacznie działać. Nic z tego! Pan wyszedł spłoszony stwierdzając, że "wiatrak nie działa" i że trzeba kupić nowy. Poinformowaliśmy o tym właścicielkę mieszkania. Po kilku dniach miał do nas przyjść w celu wymiany wiatraka inny pan. Czekaliśmy, w końcu 30 minut po umówionym spotkaniu Tata zadzwonił do pana i zapytał, czy będzie. Otóż pana nie będzie, pojawi się dopiero za 5 dni. Ok. Po 5 dniach pan przyszedł, zobaczył, że wiatrak nie działa i postanowił: trzeba kupić nowy (Eureka!). Wyszedł do sklepu, zakupił, a po powrocie do nas, zamontował go. Następnie w żółwim tempie mył w naszym mieszkaniu, nie wiedząc po co i dlaczego u nas, stary wiatrak. Ok. Po upływie 3,5h, wykonując jeszcze drobną pracę przy umywalce, pan wyszedł. Tak oto nastało południe pierwszego dnia weekendu. Brzdące były bardzo zainteresowane pracą pana, tak, że po jego wyjściu aż padły ze zmęczenia!
W tym czasie odwiedził nas kolega z Taty pracy, Belg, który przyniósł nam świeżo upieczony przez siebie chleb...Mniam! Było bardzo miło, ale nie mogliśmy się już doczekać, jak opuści nasze skromne progi, co by...rzucić się na chleb! W Malezji nie ma chleba, jest tylko tostowy, pakowany w woreczek, ale to nie to samo. Są bagietki, widziane przez nas jak dotąd tylko w centrach handlowych, no i mają to do siebie, że na drugi dzień są już twarde jak kamień. Po posiłku, z chlebem w roli głównej, udaliśmy się do Taty firmy po paczkę z Polski, która czekała już tam na nas! Ale o tym za chwilę...
Po południu, z racji tego, że znowu było pochmurno i zbierało się na burze, pojechaliśmy na shopping do Sunway Lagoon, z którego generalnie wyszły nici, bo otaczał nas dziki tłum! Udało się nam przymierzyć kilka rzeczy, Brzdące na początku znosiły to cierpliwie, potem musiałam Ich nieco przekupywać cukiereczkami, żeby były grzeczne (wiem wiem, bardzo nie pedagogicznie...ale czasem trzeba!). Reasumując, poza koszulkami w oszałamiającej cenie 17zł/szt. i autkami Playskool w dobrej cenie 20zł/szt., niewiele udało nam się skorzystać z promocji, które trwają tutaj do końca sierpnia. Za to z ciekawością obserwowaliśmy otoczenie - ludzie wyglądali inaczej od tych, których mijamy na ulicy czy w metrze...Wszyscy bardzo zadbani, ładnie ubrani, kobiety wymalowane...No, takie widoki to jak dotąd tylko w galerii pod Petronas Towers! Aż czułam się nieswojo w szortach i bluzeczce, a la turystka;) Nawet Chinki, słynące na codzień ze stroju "a la ja", czyli szortów i bluzeczek, były inaczej ubrane...Hmm, w końcu to weekend? Centrum handlowe? Tak czy owak, interesujące zjawisko.
Wracając do paczki z Polski...Nie będę się już rozpisywać o tym, ile zachodu kosztowało jej nadanie (dziękujemy cioci Uli!), ale gdybyśmy o tym wiedzieli, paczki byśmy nie chcieli. Miała polecieć na koszt firmy, więc zamówiliśmy tonę kaszek, chlebków, które kochają Brzdące i...chrupek kukurydzianych! Poza tym kilka książeczek dla Nich (bo te z Polski zostały już, hmm, zjedzone?! Juniory są prawdziwymi "molami książkowymi" i z pasją zdobywały nową wiedzę, pożerając książeczki;) Kupiliśmy Im tutaj kilka nowych, ale z racji tego, że są drogie, stwierdziliśmy, że to nie ma sensu, skoro mają w domu, w Krakowie i mogą przylecieć "za darmo"), do tego książka dla mnie, kilka ubranek dla Brzdąców, no i PASZTETY:) I to chyba właśnie przez te pasztety, albo może przez proszki (kaszki) nasza przesyłka, doleciwszy do Malezji, została zatrzymana i odesłana do Chin...Tam została otworzona, wymagano deklaracji o zwolnieniu z opłat celnych i telefonowano do Taty z pytaniem, co znajduje się w paczce i na jaki jest to użytek. Dodam, że ciocia lekko nagięła fakty, jeśli chodzi o zawartość przesyłki, jak również jej wartość:) Wszyscy się zestresowaliśmy, Tata chyba najbardziej, bo przesyłka była na koszt firmy i na jej adres, powiedział więc w pracy, że w niej są "same niezbędne rzeczy dla dzieci" i stwierdził, że będzie miał problem, jak w firmie zobaczą pasztety;) Wszystko dobrze się jednak skończyło i po 4 dniach mogliśmy w końcu odebrać paczkę!
Po powrocie z Sunway Lagoon mieliśmy więc wielkie rozpakowywanie i degustację...Brzdące chrupały chlebki jak szalone, a pasztet był pyszny...Mała rzecz, a cieszy :)
W niedzielę wybraliśmy się na przydomowy basen i do "pokoju zabaw", a po popołudniowej drzemce Juniorów na spacer do parku pod Petronas Towers. Akurat przestał padać deszcz (lało jak z cedra), jednak wciąż grzmiało i krajobraz nie zachęcał do pieszych wycieczek, ale postanowiliśmy zaryzykować:) Wkróce wyszło piękne słońce i prawie w mgnieniu oka wyschły alejki, tak, że Brzdące po spacerze miały też czas na aktywny wypoczynek i zabawę:)
Otóż jeden z wiatraków zepsuł się nam prawie zaraz po przyjeździe, czyli ponad 4 tygodnie temu...Najpierw musieliśmy czekać długimi, dusznymi dniami, aż ktoś się zjawi ku pomocy. W końcu, oczywiście bez zapowiedzi (tj. zapowiedział się, ale nie dotarł, przyszedł w innym terminie) zjawił się pan, który myślał, że naprawi wiatrak poruszając jego skrzydłami. Dotknął je, myślał chyba, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wiatrak zacznie działać. Nic z tego! Pan wyszedł spłoszony stwierdzając, że "wiatrak nie działa" i że trzeba kupić nowy. Poinformowaliśmy o tym właścicielkę mieszkania. Po kilku dniach miał do nas przyjść w celu wymiany wiatraka inny pan. Czekaliśmy, w końcu 30 minut po umówionym spotkaniu Tata zadzwonił do pana i zapytał, czy będzie. Otóż pana nie będzie, pojawi się dopiero za 5 dni. Ok. Po 5 dniach pan przyszedł, zobaczył, że wiatrak nie działa i postanowił: trzeba kupić nowy (Eureka!). Wyszedł do sklepu, zakupił, a po powrocie do nas, zamontował go. Następnie w żółwim tempie mył w naszym mieszkaniu, nie wiedząc po co i dlaczego u nas, stary wiatrak. Ok. Po upływie 3,5h, wykonując jeszcze drobną pracę przy umywalce, pan wyszedł. Tak oto nastało południe pierwszego dnia weekendu. Brzdące były bardzo zainteresowane pracą pana, tak, że po jego wyjściu aż padły ze zmęczenia!
W tym czasie odwiedził nas kolega z Taty pracy, Belg, który przyniósł nam świeżo upieczony przez siebie chleb...Mniam! Było bardzo miło, ale nie mogliśmy się już doczekać, jak opuści nasze skromne progi, co by...rzucić się na chleb! W Malezji nie ma chleba, jest tylko tostowy, pakowany w woreczek, ale to nie to samo. Są bagietki, widziane przez nas jak dotąd tylko w centrach handlowych, no i mają to do siebie, że na drugi dzień są już twarde jak kamień. Po posiłku, z chlebem w roli głównej, udaliśmy się do Taty firmy po paczkę z Polski, która czekała już tam na nas! Ale o tym za chwilę...
Po południu, z racji tego, że znowu było pochmurno i zbierało się na burze, pojechaliśmy na shopping do Sunway Lagoon, z którego generalnie wyszły nici, bo otaczał nas dziki tłum! Udało się nam przymierzyć kilka rzeczy, Brzdące na początku znosiły to cierpliwie, potem musiałam Ich nieco przekupywać cukiereczkami, żeby były grzeczne (wiem wiem, bardzo nie pedagogicznie...ale czasem trzeba!). Reasumując, poza koszulkami w oszałamiającej cenie 17zł/szt. i autkami Playskool w dobrej cenie 20zł/szt., niewiele udało nam się skorzystać z promocji, które trwają tutaj do końca sierpnia. Za to z ciekawością obserwowaliśmy otoczenie - ludzie wyglądali inaczej od tych, których mijamy na ulicy czy w metrze...Wszyscy bardzo zadbani, ładnie ubrani, kobiety wymalowane...No, takie widoki to jak dotąd tylko w galerii pod Petronas Towers! Aż czułam się nieswojo w szortach i bluzeczce, a la turystka;) Nawet Chinki, słynące na codzień ze stroju "a la ja", czyli szortów i bluzeczek, były inaczej ubrane...Hmm, w końcu to weekend? Centrum handlowe? Tak czy owak, interesujące zjawisko.
Wracając do paczki z Polski...Nie będę się już rozpisywać o tym, ile zachodu kosztowało jej nadanie (dziękujemy cioci Uli!), ale gdybyśmy o tym wiedzieli, paczki byśmy nie chcieli. Miała polecieć na koszt firmy, więc zamówiliśmy tonę kaszek, chlebków, które kochają Brzdące i...chrupek kukurydzianych! Poza tym kilka książeczek dla Nich (bo te z Polski zostały już, hmm, zjedzone?! Juniory są prawdziwymi "molami książkowymi" i z pasją zdobywały nową wiedzę, pożerając książeczki;) Kupiliśmy Im tutaj kilka nowych, ale z racji tego, że są drogie, stwierdziliśmy, że to nie ma sensu, skoro mają w domu, w Krakowie i mogą przylecieć "za darmo"), do tego książka dla mnie, kilka ubranek dla Brzdąców, no i PASZTETY:) I to chyba właśnie przez te pasztety, albo może przez proszki (kaszki) nasza przesyłka, doleciwszy do Malezji, została zatrzymana i odesłana do Chin...Tam została otworzona, wymagano deklaracji o zwolnieniu z opłat celnych i telefonowano do Taty z pytaniem, co znajduje się w paczce i na jaki jest to użytek. Dodam, że ciocia lekko nagięła fakty, jeśli chodzi o zawartość przesyłki, jak również jej wartość:) Wszyscy się zestresowaliśmy, Tata chyba najbardziej, bo przesyłka była na koszt firmy i na jej adres, powiedział więc w pracy, że w niej są "same niezbędne rzeczy dla dzieci" i stwierdził, że będzie miał problem, jak w firmie zobaczą pasztety;) Wszystko dobrze się jednak skończyło i po 4 dniach mogliśmy w końcu odebrać paczkę!
Po powrocie z Sunway Lagoon mieliśmy więc wielkie rozpakowywanie i degustację...Brzdące chrupały chlebki jak szalone, a pasztet był pyszny...Mała rzecz, a cieszy :)
W niedzielę wybraliśmy się na przydomowy basen i do "pokoju zabaw", a po popołudniowej drzemce Juniorów na spacer do parku pod Petronas Towers. Akurat przestał padać deszcz (lało jak z cedra), jednak wciąż grzmiało i krajobraz nie zachęcał do pieszych wycieczek, ale postanowiliśmy zaryzykować:) Wkróce wyszło piękne słońce i prawie w mgnieniu oka wyschły alejki, tak, że Brzdące po spacerze miały też czas na aktywny wypoczynek i zabawę:)
niedziela, 21 sierpnia 2011
Świętujemy Nuzul Al-Quran w PUTRAJAYA!
17 sierpnia, środa, była dniem wolnym od pracy, który postanowiliśmy wykorzystać na aktywny wypoczynek i udać się do Putrajaya, nowego centrum administracyjnego Malezji, oddalonego 25km od Kuala Lumpur. Oczywiście, na początek utknęliśmy w korkach. Dopiero po wyjechaniu poza granice miasta ruch na drodze był znikomy, podobnie jak ruch pieszych w Putrajaya:)
Zaparkowaliśmy na płatnym parkingu, z którego było zejście wprost na promenadę z widokiem na piękny meczet, Putra Mosque. Byliśmy jedyni, którzy spacerowali brzegiem jeziorka i podążali pieszo do meczetu. Było cudownie, cicho i spokojnie, co stanowiło miłą odmianę od głośnego i gwarnego KL, żar lał się z nieba, co również było wyjątkiem, ponieważ w ostatnim czasie w stolicy jest raczej pochmurno. Słowem - idealne warunki do wypoczynku! Koło meczetu spotkaliśmy prawdziwy tłum, głównie Chińczyków, którzy ustawili się już w kolejce do zwiedzania. W Putra Mosqe trwały jednak modlitwy, musieliśmy więc zaczekać do 14h, czyli tylko 10 minut:) Brzdące były zafascynowane ilością autobusów, które przywiozły chiński naród, tj. jego część. Trzeba podkreślić po raz kolejny, że w Malezji, a przynajmniej w miejscach, w których byliśmy, nie ma "kultury chodzenia". Autobusy z wycieczkami Chińczyków zaparkowały wprost pod bramą wiodącą do meczetu, ale też w trakcie naszego długiego spaceru po Putrajaya, zabaw na placu, nie spotkaliśmy żywej duszy poruszającej się pieszo! Spotkaliśmy się za to z ładem i porządkiem panującym na ulicach, placach i skwerkach, z ludźmi dbający o czystość miasta - pomimo święta część osób kosiła trawniki, część sprzątała, pozostali wykonywali inne prace...
Wracając do naszego oczekiwania na wejście do meczetu - Juniory były zafascynowane autobusami, a oczekujący na wejście - Juniorami. Był także miły pan, który obsługiwał cały ten tłum, bardzo zainteresował się chłopczykami, zrobiliśmy sobie nawet pamiątkowe zdjęcie:) Przed wejściem musiałam ubrać różowe wdzianko z kapturem, wszyscy musieliśmy zdjąć buty. Obawialiśmy się trochę, jak Brzdące zachowają się w miejscu, gdzie należy zachować ciszę, gdzie porządku pilnują liczni strażnicy (którzy zwracali uwagę m.in. na to, czy wszystkie kobiety w meczecie mają prawidłowo założone wdzianko, czy wszystkie jego rzepy (!) są zapięte, a kaptur jest na głowie...). Myśleliśmy, że będzie bardzo poważnie i restrykcyjnie. Tymczasem Brzdące spisały się na medal, z zainteresowaniem zwiedziły Putra Mosque, były ciche i spokojne, i bardzo zadowolone, ponieważ strażnicy sami do Nich podeszli, kusząc swoimi telefonami, zabawiając Juniory aby te pozowały z Nimi do wspólnego zdjęcia:) Oczywiście, do zdjęć ustawiła się też kolejka Chińczyków;) Po wyjściu okrążyliśmy jeszcze meczet, z tarasów rozciągał się piękny widok na okolicę - rzekę, parki i pagórki oraz domki mieszkańców i drapacze chmur. Posadzka była tak gorąca, że biedny Antoni poparzył sobie troszkę stópki;) nie obyło się więc bez płaczu i zgrzytania ząbków, co jednak w Jego przypadku już wcale nie dziwi:) Wiktor był bardzo dzielny i za wszelką cenę chciał pomóc przy pracach porządkowych przy meczecie!
Następnie, ruszyliśmy dalej - inną już drogą na parking, a z niego na samochodową wycieczkę po Putrajaya w poszukiwaniu placu zabaw, co by Brzdące się wyhasały przed jazdą do drugiego celu naszej podróży - toru Formuły 1 Sepang. Zatrzymaliśmy się jednak przy uroczym wodospadzie, gdzie wszyscy mężczyźni - ci mali i ten duży zagrali "mecz" piłki nożnej:) Później udaliśmy się właśnie do Sepang, Brzdące genialnie przespały w samochodzie wyprawę Taty na tor oraz jazdę na torze kartingowym. Wszyscy byli zadowoleni i spełnieni - Tata, choć nie spotkał Kubicy, wczuł się w atmosferę na torze F1, po czym spełniał się jako kierowca (prawie) rajdowy;) Juniory słodko spały, w ogóle nie przeszkadzał Im hałas kartów, samochodów i motorów, które koło Nich jeździły, a ja realizowałam się pstrykając zdjęcia i pilnując naszych pociech!
Niestety, po tak miłej wycieczce, czekała nas droga powrotna do Kuala Lumpur...51km do miejsca naszego zamieszkania, jazda w korkach i jakby tego było mało - w burzy. Masakra!!! Co jak co, ale ja już widziałam początek końca naszego żywota, tropikalne burze naprawdę robią wrażenie, tym bardziej, jak jest się uziemionym w samochodzie, pośród setek innych aut...Wiadomo, jest bezpiecznie, jednak wyobraźnia działa! Po 3h dotarliśmy do okolicznej - naszej ulubionej - restauracji, koło domu, ściana deszczu wciąż lała się z nieba...Wszystko jednak dobre, co się dobrze kończy - pysznie zjedliśmy, Brzdące rzuciły się na ryż, jakby przynajmniej tydzień go nie jadły, przy okazji robiąc mały bałagan...pan kelner, widząc, jak sprzątam, rzucił się z pomocą - pozbierał ryż nie tylko z podłogi, ale też, a może przede wszystkim - z Antosia, z Jego wózka i w ogóle mieliśmy wrażenie, że zrobiłby dla Niego wszystko;)
I tak oto, po całym dniu zmęczeni, ale szczęśliwi, wrócilismy do domu!
Zaparkowaliśmy na płatnym parkingu, z którego było zejście wprost na promenadę z widokiem na piękny meczet, Putra Mosque. Byliśmy jedyni, którzy spacerowali brzegiem jeziorka i podążali pieszo do meczetu. Było cudownie, cicho i spokojnie, co stanowiło miłą odmianę od głośnego i gwarnego KL, żar lał się z nieba, co również było wyjątkiem, ponieważ w ostatnim czasie w stolicy jest raczej pochmurno. Słowem - idealne warunki do wypoczynku! Koło meczetu spotkaliśmy prawdziwy tłum, głównie Chińczyków, którzy ustawili się już w kolejce do zwiedzania. W Putra Mosqe trwały jednak modlitwy, musieliśmy więc zaczekać do 14h, czyli tylko 10 minut:) Brzdące były zafascynowane ilością autobusów, które przywiozły chiński naród, tj. jego część. Trzeba podkreślić po raz kolejny, że w Malezji, a przynajmniej w miejscach, w których byliśmy, nie ma "kultury chodzenia". Autobusy z wycieczkami Chińczyków zaparkowały wprost pod bramą wiodącą do meczetu, ale też w trakcie naszego długiego spaceru po Putrajaya, zabaw na placu, nie spotkaliśmy żywej duszy poruszającej się pieszo! Spotkaliśmy się za to z ładem i porządkiem panującym na ulicach, placach i skwerkach, z ludźmi dbający o czystość miasta - pomimo święta część osób kosiła trawniki, część sprzątała, pozostali wykonywali inne prace...
Wracając do naszego oczekiwania na wejście do meczetu - Juniory były zafascynowane autobusami, a oczekujący na wejście - Juniorami. Był także miły pan, który obsługiwał cały ten tłum, bardzo zainteresował się chłopczykami, zrobiliśmy sobie nawet pamiątkowe zdjęcie:) Przed wejściem musiałam ubrać różowe wdzianko z kapturem, wszyscy musieliśmy zdjąć buty. Obawialiśmy się trochę, jak Brzdące zachowają się w miejscu, gdzie należy zachować ciszę, gdzie porządku pilnują liczni strażnicy (którzy zwracali uwagę m.in. na to, czy wszystkie kobiety w meczecie mają prawidłowo założone wdzianko, czy wszystkie jego rzepy (!) są zapięte, a kaptur jest na głowie...). Myśleliśmy, że będzie bardzo poważnie i restrykcyjnie. Tymczasem Brzdące spisały się na medal, z zainteresowaniem zwiedziły Putra Mosque, były ciche i spokojne, i bardzo zadowolone, ponieważ strażnicy sami do Nich podeszli, kusząc swoimi telefonami, zabawiając Juniory aby te pozowały z Nimi do wspólnego zdjęcia:) Oczywiście, do zdjęć ustawiła się też kolejka Chińczyków;) Po wyjściu okrążyliśmy jeszcze meczet, z tarasów rozciągał się piękny widok na okolicę - rzekę, parki i pagórki oraz domki mieszkańców i drapacze chmur. Posadzka była tak gorąca, że biedny Antoni poparzył sobie troszkę stópki;) nie obyło się więc bez płaczu i zgrzytania ząbków, co jednak w Jego przypadku już wcale nie dziwi:) Wiktor był bardzo dzielny i za wszelką cenę chciał pomóc przy pracach porządkowych przy meczecie!
Następnie, ruszyliśmy dalej - inną już drogą na parking, a z niego na samochodową wycieczkę po Putrajaya w poszukiwaniu placu zabaw, co by Brzdące się wyhasały przed jazdą do drugiego celu naszej podróży - toru Formuły 1 Sepang. Zatrzymaliśmy się jednak przy uroczym wodospadzie, gdzie wszyscy mężczyźni - ci mali i ten duży zagrali "mecz" piłki nożnej:) Później udaliśmy się właśnie do Sepang, Brzdące genialnie przespały w samochodzie wyprawę Taty na tor oraz jazdę na torze kartingowym. Wszyscy byli zadowoleni i spełnieni - Tata, choć nie spotkał Kubicy, wczuł się w atmosferę na torze F1, po czym spełniał się jako kierowca (prawie) rajdowy;) Juniory słodko spały, w ogóle nie przeszkadzał Im hałas kartów, samochodów i motorów, które koło Nich jeździły, a ja realizowałam się pstrykając zdjęcia i pilnując naszych pociech!
Niestety, po tak miłej wycieczce, czekała nas droga powrotna do Kuala Lumpur...51km do miejsca naszego zamieszkania, jazda w korkach i jakby tego było mało - w burzy. Masakra!!! Co jak co, ale ja już widziałam początek końca naszego żywota, tropikalne burze naprawdę robią wrażenie, tym bardziej, jak jest się uziemionym w samochodzie, pośród setek innych aut...Wiadomo, jest bezpiecznie, jednak wyobraźnia działa! Po 3h dotarliśmy do okolicznej - naszej ulubionej - restauracji, koło domu, ściana deszczu wciąż lała się z nieba...Wszystko jednak dobre, co się dobrze kończy - pysznie zjedliśmy, Brzdące rzuciły się na ryż, jakby przynajmniej tydzień go nie jadły, przy okazji robiąc mały bałagan...pan kelner, widząc, jak sprzątam, rzucił się z pomocą - pozbierał ryż nie tylko z podłogi, ale też, a może przede wszystkim - z Antosia, z Jego wózka i w ogóle mieliśmy wrażenie, że zrobiłby dla Niego wszystko;)
I tak oto, po całym dniu zmęczeni, ale szczęśliwi, wrócilismy do domu!
czwartek, 18 sierpnia 2011
Weekend 5: PORT DICKSON
Miniony weekend postanowiliśmy spędzić spokojnie i miło wypocząć, a że pogoda w sobotę wyjątkowo dopisała (co, jak się okazuje, nie jest takie ewidentne - w zeszłym tygodniu padało przez kilka dni z rzędu, zaskoczyła nas też niezła, tropikalna burza!), wybraliśmy się nad morze do Port Dickson. Co więcej - nawet na dokładnie tę samą plażę, co miesiąc temu! Nie spodziewaliśmy się dzikich tłumów - plaża, podobnie jak ostatnio, świeciła pustkami.
Ku naszej małej radości, mamy coraz większą wprawę w plażowaniu z Brzdącami:)
Ku naszej małej radości, mamy coraz większą wprawę w plażowaniu z Brzdącami:)
czwartek, 11 sierpnia 2011
Weekend 4: BATU CAVES
W minioną sobotę wybraliśmy się do Batu Caves, kompleksu jaskiń oddalonych 13km od Kuala Lumpur. Batu Caves słynie z tego, że jest ważnym celem pielgrzymek dla Hindusów. Przed wejściem do jaskiń stoi prawie 43-metrowa figura hinduskiej bogini Murugan, która jest widoczna już z drogi, kilka kilometrów wcześniej! Spodziewaliśmy się, że jaskinie będą w jakiejś dziczy, albo chociaż w lesie, czy na polanie, tymczasem znajdują się zaraz koło obwodnicy miasta. Do jaskiń prowadzą schody liczące 272 stopnie, których pokonanie, z 11-12kg Brzdącem na rękach, w upalne południe, było dla mnie małym wyzwaniem, no i osiągnięciem:) We wnętrzu jaskiń znajdują się małe świątynie czy ołtarze, miejsca kultu. Tak na tych licznych schodach, jak i na samej górze można spotkać małpki...prawdziwe stada małp, które oczywiście były wielką atrakcją dla odwiedzających. Niestety, z zażenowaniem patrzyłam na kilku turystów, którzy biegali za małpami, chcąc zrobić im zdjęcie. Nie było to trudne zadanie - małpki same podchodziły, więc bez problemu i mi udało się pstryknąć fotki:) Odwiedzający Batu Caves także i Brzdącom robili zdjęcia...część osób pytało, czy może się z Nimi sfotografować,a część bez pytania po prostu robiła im fotki, zwłaszcza, kiedy podeszła do nas hinduska para, wzięła Juniory na ręce i zapytała, czy może nam pomóc w Ich zniesieniu na dół...Oczywiście, że mogli nam pomóc:) Później poszliśmy jeszcze na mały spacer po okolicy i udaliśmy się do restauracji na obiad.
Subskrybuj:
Posty (Atom)