O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

niedziela, 21 sierpnia 2011

Świętujemy Nuzul Al-Quran w PUTRAJAYA!

17 sierpnia, środa, była dniem wolnym od pracy, który postanowiliśmy wykorzystać na aktywny wypoczynek i udać się do Putrajaya, nowego centrum administracyjnego Malezji, oddalonego 25km od Kuala Lumpur. Oczywiście, na początek utknęliśmy w korkach. Dopiero po wyjechaniu poza granice miasta ruch na drodze był znikomy, podobnie jak ruch pieszych w Putrajaya:)



Zaparkowaliśmy na płatnym parkingu, z którego było zejście wprost na promenadę z widokiem na piękny meczet, Putra Mosque. Byliśmy jedyni, którzy spacerowali brzegiem jeziorka i podążali pieszo do meczetu. Było cudownie, cicho i spokojnie, co stanowiło miłą odmianę od głośnego i gwarnego KL, żar lał się z nieba, co również było wyjątkiem, ponieważ w ostatnim czasie w stolicy jest raczej pochmurno. Słowem - idealne warunki do wypoczynku! Koło meczetu spotkaliśmy prawdziwy tłum, głównie Chińczyków, którzy ustawili się już w kolejce do zwiedzania. W Putra Mosqe trwały jednak modlitwy, musieliśmy więc zaczekać do 14h, czyli tylko 10 minut:) Brzdące były zafascynowane ilością autobusów, które przywiozły chiński naród, tj. jego część. Trzeba podkreślić po raz kolejny, że w Malezji, a przynajmniej w miejscach, w których byliśmy, nie ma "kultury chodzenia". Autobusy z wycieczkami Chińczyków zaparkowały wprost pod bramą wiodącą do meczetu, ale też w trakcie naszego długiego spaceru po Putrajaya, zabaw na placu, nie spotkaliśmy żywej duszy poruszającej się pieszo! Spotkaliśmy się za to z ładem i porządkiem panującym na ulicach, placach i skwerkach, z ludźmi dbający o czystość miasta - pomimo święta część osób kosiła trawniki, część sprzątała, pozostali wykonywali inne prace...

Wracając do naszego oczekiwania na wejście do meczetu - Juniory były zafascynowane autobusami, a oczekujący na wejście - Juniorami. Był także miły pan, który obsługiwał cały ten tłum, bardzo zainteresował się chłopczykami, zrobiliśmy sobie nawet pamiątkowe zdjęcie:) Przed wejściem musiałam ubrać różowe wdzianko z kapturem, wszyscy musieliśmy zdjąć buty. Obawialiśmy się trochę, jak Brzdące zachowają się w miejscu, gdzie należy zachować ciszę, gdzie porządku pilnują liczni strażnicy (którzy zwracali uwagę m.in. na to, czy wszystkie kobiety w meczecie mają prawidłowo założone wdzianko, czy wszystkie jego rzepy (!) są zapięte, a kaptur jest na głowie...). Myśleliśmy, że będzie bardzo poważnie i restrykcyjnie. Tymczasem Brzdące spisały się na medal, z zainteresowaniem zwiedziły Putra Mosque, były ciche i spokojne, i bardzo zadowolone, ponieważ strażnicy sami do Nich podeszli, kusząc swoimi telefonami, zabawiając Juniory aby te pozowały z Nimi do wspólnego zdjęcia:) Oczywiście, do zdjęć ustawiła się też kolejka Chińczyków;) Po wyjściu okrążyliśmy jeszcze meczet, z tarasów rozciągał się piękny widok na okolicę - rzekę, parki i pagórki oraz domki mieszkańców i drapacze chmur. Posadzka była tak gorąca, że biedny Antoni poparzył sobie troszkę  stópki;) nie obyło się więc bez płaczu i zgrzytania ząbków, co jednak w Jego przypadku już wcale nie dziwi:) Wiktor był bardzo dzielny i za wszelką cenę chciał pomóc przy pracach porządkowych przy meczecie!











Następnie, ruszyliśmy dalej - inną już drogą na parking, a z niego na samochodową wycieczkę po Putrajaya w poszukiwaniu placu zabaw, co by Brzdące się wyhasały przed jazdą do drugiego celu naszej podróży - toru Formuły 1 Sepang. Zatrzymaliśmy się jednak przy uroczym wodospadzie, gdzie wszyscy mężczyźni - ci mali i ten duży zagrali "mecz" piłki nożnej:) Później udaliśmy się właśnie do Sepang, Brzdące genialnie przespały w samochodzie wyprawę Taty na tor oraz jazdę na torze kartingowym. Wszyscy byli zadowoleni i spełnieni - Tata, choć nie spotkał Kubicy, wczuł się w atmosferę na torze F1, po czym spełniał się jako kierowca (prawie) rajdowy;) Juniory słodko spały, w ogóle nie przeszkadzał Im hałas kartów, samochodów i motorów, które koło Nich jeździły, a ja realizowałam się pstrykając zdjęcia i pilnując naszych pociech!













Niestety, po tak miłej wycieczce, czekała nas droga powrotna do Kuala Lumpur...51km do miejsca naszego zamieszkania, jazda w korkach i jakby tego było mało - w burzy. Masakra!!! Co jak co, ale ja już widziałam początek końca naszego żywota, tropikalne burze naprawdę robią wrażenie, tym bardziej, jak jest się uziemionym w samochodzie, pośród setek innych aut...Wiadomo, jest bezpiecznie, jednak wyobraźnia działa! Po 3h dotarliśmy do okolicznej - naszej ulubionej - restauracji, koło domu, ściana deszczu wciąż lała się z nieba...Wszystko jednak dobre, co się dobrze kończy - pysznie zjedliśmy, Brzdące rzuciły się na ryż, jakby przynajmniej tydzień go nie jadły, przy okazji robiąc mały bałagan...pan kelner, widząc, jak sprzątam, rzucił się z pomocą - pozbierał ryż nie tylko z podłogi, ale też, a może przede wszystkim - z Antosia, z Jego wózka i w ogóle mieliśmy wrażenie, że zrobiłby dla Niego wszystko;)

I tak oto, po całym dniu zmęczeni, ale szczęśliwi, wrócilismy do domu!