Ale od początku...Wydaje mi się, że bardzo dobrze przygotowaliśmy się do podróży, chociaż nie mieliśmy nawet przewodnika po Malezji, przylatując tutaj! Nie to było jednak dla nas najważniejsze, skupiliśmy się bowiem na szczepieniach, apteczce dla Brzdąców, zakupie mleka, kaszek i dań w słoiczkach na pierwsze dni, co by przynajmniej Juniorowe brzuszki mogły stopniowo adaptować się do nowego schematu żywienia (dostępne jest tutaj z w/w tylko mleko, na szczęście jest Nestle, więc nie musieliśmy Im zmieniać. Poza tym są gotowe deserki w słoiczkach, ale kto by je jadł, skoro jest tyle pysznych świeżych owoców? I drogie są, przynajmniej w KL i na Penang, ponad 3zł/mały słoiczek)...może bardzo przyziemnie, ale mając małe dziecko, a w naszym przypadku dwoje maluchów, o takich właśnie rzeczach trzeba myśleć w pierwszej kolejności. Bo zdrowe Juniory, z pełnymi brzuszkami, to szczęśliwe Juniory:) Do tej wyprawki jeszcze trochę ubrań dla nas wszystkich i książek dla Mamy, co by mogła w wolnej chwili poszerzać swoje horyzonty myślowe!
Spakowani, dotarliśmy w końcu na lotnisko w Balicach i kiedy Mama ze wszystkich sił starała się zracjonalizować podróż, odsunąć od siebie paraliżujący strach związany z tak długim lotem, Brzdące w najlepsze, z własnej inicjatywy, zaczęły bawić się na malutkim placu zabaw, śmiejąc się przy tym w głos! Z kolei na lotnisku w Paryżu (lecieliśmy linią LOT na Charles de Gaulle) szalały jak pijane zające, a kiedy Tata załatwiał niezbędne sprawunki, przechadzały się po lotnisku na szelkach...Podszedł do nas wysoki, czarny pan - pracownik lotniska, zapytać, skąd jesteśmy i czy "c`est normal?", że trzymamy dzieci na "smyczach"...Cóż, na początku troszkę się zestresowałam, następnie ta sytuacja mnie rozbawiła, zaczęliśmy rozmawiać i już po chwili pan okazał się być bardzo miły i zadowolony z nowo zawartej z Juniorami znajomości:)
Spodziewałam się, że po przylocie będę mieć jet laga, byłam pełna obaw co do zachowania Brzdąców...Jasne, że wiedziałam, że dzieci łatwiej niż dorośli adaptują się do nowych warunków i zmian, jednak nie byłam przekonana co do tego, czy tak małe dzieci?! Okazało się, że niepotrzebnie się denerwowałam (ale "mądry Polak po szkodzie", hmm?!), większość czasu podróży samolotem Smyki przebyły świetnie (z Paryża do KL lecieliśmy Malaysia Airlines, polecam!), byli weseli i wyluzowani, z zainteresowaniem śledzili trasę lotu na monitorach, a kiedy Mama patrząc, jak lecimy nad wodą, prawie umierała (hmm, jakby to miało mieć w przypadku ewentualnej katastrofy jakieś znaczenie!), Oni w najlepsze bawili się pod nogami Rodziców. A kiedy odczuwali zmęczenie, wspinali się nam na kolana i po wspólnych przytulankach, zasypiali. Odkładaliśmy Ich wówczas do takich "łóżeczek"-kuszetek (wcześniej, jeszcze przy rezerwacji biletów, zamówiliśmy je). Oczywiście, przez cały czas nie było tak różowo! Momentami Brzdące były znudzone powyższymi aktywnościami i miały nieodpartą chęć poznawania samolotu i spacerowania po nim, więc cóż...musieliśmy Im pomóc w zaspokojeniu potrzeby ruchu, zakładaliśmy Im szelki i...w drogę po pokładzie!
Po wyjściu z lotniska w Kuala Lumpur nie uderzył mnie nieznośny upał, zapach spalin i potu, o których czytałam, ale może dlatego, że byłam zbyt skoncentrowana na tym, aby pan szofer taxi dowiózł nas bezpiecznie te 40km do wynajętego juz mieszkania (oczywiście, czytałam również o tym, jak koszmarnie tutaj jeżdżą i te informacje się sprawdziły, ale o tym innym razem!) i na tym, jak Brzdące będą się zachowywać, uziemieni w samochodzie po tak długim locie. Tymczasem Smyki wpadły w drzemkę, a jak dojechaliśmy do mieszkania, ku naszej rozpaczy, były już jak nowo narodzone! Cóż, jak już pisałam, co prawda jet laga nie mieliśmy, ale miło byłoby zdrzemnąć się chwilkę po tak długiej i wyczerpującej podróży. Mając jednak takie dwa aktywne Szkraby, które nie usiedzą spokojnie dłużej w jednym miejscu (w tym przypadku również w nowym miejscu, a konkretniej - na 120m2 nowego miejsca), które próbują życie biorąc do buzi to, co tylko znajdzie się w zasięgu Ich małych rączek (na szczęście już wychodzą z tego etapu, niemniej jednak wciąż musimy uważać, aby w Ich paszczach nie znalazło się coś zakazanego!), nie możemy sobie pozwolić na nieuwagę. Z drugiej strony, mając małe dzieci, człowiek nieustannie ma też "naładowane akumulatorki", a zmęczenie z opieki nad nimi odczuwa dopiero wtedy, kiedy znajdzie wolną chwilę dla siebie (kiedy Brzdące już śpią), usiądzie wygodnie i...poczuje, że na nic nie ma już siły:) Jestem jednak przekonana, że jest to stan przejściowy, więc spokojnie i byle do przodu!
Wkrótce po przyjeździe kolega Taty z firmy wziął nas na zakupy, co byśmy mogli nabyć kilka niezbędnych rzeczy na start, później trochę się zainstalowaliśmy, poszliśmy do okolicznej knajpki na zasłużone piwko i kolację (hmm, co jedliśmy? Wstyd się przyznać, ale słynące ze swej pyszności malezyjskie jedzenie od razu trafiło do naszych głodnych polskich brzuszków, tak, że nawet nie pamiętam, co konsumowaliśmy! Ale dobrze było, no i pamiątkowe zdjęcie jest:)). Brzdące od razu usnęły w fotelikach samochodowych pod stołem (foteliki wzięliśmy ze sobą z Krakowa, ponieważ wiedzieliśmy, że nie ma tutaj obowiązku przewożenia w nich dzieci, nie wiedzieliśmy zatem, jak jest tutaj z ich dostępnością i cenami...ale o tym innym razem!). I tak oto zakończył się dzień pierwszy...
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)