Tak oto, drugi weekend spędziliśmy na uroczym Penang. Niestety, podróż samochodem na wyspę zajęła nam prawie 6h! A miało być szybko i sprawnie...Warto w tym miejscu zaznaczyć, że malezyjskie drogi, również autostrady, są przeznaczone dla ludzi o mocnych nerwach...Jakość dróg jest zdecydowanie lepsza (a przynajmniej tych, po których my się poruszamy) niż dróg w Polsce, ale do czarnej gorączki doprowadza mnie ruch na tutejszych drogach! Otóż nie wiem, skąd to wynika, ale tubylcy są ciągle w drodze...Masakra, oni cały czas gdzieś jadą, przez co o każdej porze dnia, któregokolwiek dnia (czy to tydzień pracy, czy weekend), stoimy w korkach...wielkich korkach! Wydawało mi się, że w Krakowie, czy w ogóle w Europie widziałam już wiele i że większych korków być nie może! Otóż mogą być. Zastanawia mnie tylko, czy tak jest w całej Azji, czy tylko w niektórych krajach, a może tylko w Malezji (w co wątpię)? Tak czy owak, wieczne stanie w korku i brak dostosowania infrastruktury do pieszych, brak chodników, po których można by się przechadzać i spokojnie jeździć wózkami, brak przejść dla pieszych, zniechęca mnie do podróżowania po tym kraju. Oczywiście, kiedy zapakujemy wózki i cały tandem do samochodu, uzbroimy się w cierpliwość i dojedziemy do jakiegoś atrakcyjnego miejsca, parku czy placu zabaw, tam można już spotkać kilka alejek i pospacerować, można puścić Brzdące, aby same troszkę pochodziły, aby mogły się wybiegać. Przyzwyczajona jestem jednak do europejskich standardów i tego, że kiedy mam ochotę wyjść z dziećmi na spacer, po prostu wychodzimy, ponieważ mamy ku temu warunki. Plus jest taki, że od tej pory przestanę narzekać na "bariery architektoniczne" dla naszego bliźniaczego wózka w Krakowie :) typu: wystające płytki z chodnika, dziury...Te zawsze można ominąć, a braku jakiegolwiek chodnika nie można "przeskoczyć"! Jasne, że ludzie tutaj żyją, mieszkają, pracują, rodzą i opiekują się dziećmi, i wydają się być szczęśliwi, jednak to, co mnie zaskakuje, to fakt, że nie ma tu "kultury chodzenia", nikt nie spaceruje i zastanawiamy się: czy tubylcy dlatego nie spacerują, bo nie mają ku temu warunków, czy może dlatego, że gdyby mieli już te chodniki i inne udogodnienia, to i tak nie mieliby nawyku przechadzania się i właśnie z tej przyczyny nikt nie pomyśli, aby dostosować infrastrukturę dla pieszych?...No, nieważne zresztą. Może nawet dobrze, że jest tutaj, jak jest, bo dzięki temu mamy możliwość doświadczyć czegoś nowego i sprawdzić się w nowych warunkach, tj. przebieganie przez trzy-cztero pasmową ulicę z wózkami (mamy dwie pojedyncze spacerówki) między samochodami, bo kierowcy rzadko kiedy zatrzymują się i nas przepuszczają (nawet, jak im już wtargniemy na drogę, to i tak bardzo często musimy czekać, aż przejadą! Co ciekawe, jeśli ktoś się już zatrzyma, to zawsze jest to mężczyzna. Nigdy się nie zdarzyło, żeby kobiety nas puściły, co osobiście bardzo mnie dziwi, bo widząc parę z wózkami wydaje mi się logiczne, że powinna się zatrzymać. Ale wiem już, że w Azji wiele rzeczy, które nam, Europejczykom, wydają się logiczne, logicznymi nie są...Ale o tym innym razem). Koniec narzekania, wracamy do uroczej wyspy Penang...:) Kiedy już udało nam się dotrzeć do Georgetown, okazało się, że nie mamy się gdzie zakwaterować, ponieważ hotele, na które mieliśmy namiary, są już przepełnione. Jakiś pan z jednego hotelu wskazał nam Copthorne Orchid Hotel, gdzie ostatecznie spędziliśmy noc. Hotel wart był swej ceny, za noc w pokoju dla trzech osób (była z nami jeszcze siostra Taty) zapłaciliśmy 250zł, do tego były łóżeczka turystyczne dla dzieci. Niemniej jednak na dłuższy pobyt nie polecam, widać było, że czasy świetności hotelu dawno już minęły, był dość zaniedbany, chociaż pokój i łazienka były czyste, więc nie mamy na co narzekać:)
Od razu poszliśmy na plażę i ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, znowu nikogo na niej nie było! Co więcej, z naszej plaży roztaczał się też widok na inne, które również świeciły pustkami. Oczywiście, cieszyliśmy się, że taka rajska plaża jest wyłącznie do naszej dyspozycji:) od razu zaczęliśmy aktywnie wypoczywać, pstrykać zdjęcia (było ślicznie!), Brzdące zaczęły bawić się w piasku i wyszukiwały muszle do schrupania, znowu więc trzeba było bacznie Ich obserwować! W drodze z plaży zatrzymaliśmy się przy hotelowym basenie, aby popływać i pograć w piłkę, ale też wysuszyć się przed wejściem do klimatyzowanego hotelu. Basen za to był przepełniony! Wieczorem udaliśmy się na wycieczkę po mieście, jedliśmy pyszne specjały z wyspy w jednej z ulicznych restauracji.
W niedzielę udaliśmy się na samochodową wycieczkę po wyspie, zatrzymaliśmy się w Tropical Spice Garden (polecam!) i na plaży Batu Ferringhi. Później okazało się (przeczytałam w przewodnikach), że jest ona najpiękniejszą i najbardziej popularną plażą na Penang, o czym nie wiedzieliśmy wcześniej. Po prostu jechaliśmy i postanowiliśmy, że zatrzymamy się tam, gdzie nam się najbardziej spodoba:) Nie byliśmy już zdziwieni, że tak mało osób na niej spotkaliśmy, za to mile zaskoczyła nas obecność polskiej pary, która przyjechała na swój miesiąc miodowy:)
Mamy nadzieję wrócić jeszcze na Penang, bardzo nam się tam podobało i jest jeszcze wiele do zobaczenia!!!
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)