Otóż dopadł mnie dół. Mały, bo mały, ale zawsze dołek. Życie 24h/dobę z szalejącymi jak pijane zające bliźniakami nie jest wcale łatwe, nie zawsze też jest przyjemne, choć mimo wszystko daje ogromnie dużo satysfakcji! Zdarza się, że Brzdące drą się wniebogłosy wyrywając sobie wzajemnie włosy z głowy - ot tak, dla zabawy. Często biją się, kopią, popychają, szarpią, a od trzech dni nawet gryzą, bo akurat chcą się bawić tą samą zabawką, jedna książka jest dla nich interesująca w tym samym czasie, a kiedy Mama próbuje załagodzić konflikt, biorąc Brzdące na kolana i poczytać Im obu - wówczas przepychają się i zazdrośni są o Mamę, chcą mieć Jej dwa kolanka wyłącznie dla siebie...Mają szczęście, bo Cierpliwość to drugie imię Mamy, choć mimo wszystko czasem nie jest łatwo...Jak każdego dnia podejmują próby wejścia tam, gdzie wejść nie można?-muszą koniecznie sprawdzić, co kryje się za wszystkimi drzwiami i drzwiczkami, z tymi oczywiście od szaf, szafek i szuflad włącznie, ostatnio nawet Wiktor próbował wejść do...zamrażarki (tak, tak)! Muszą wspiąć się na wszystko, krzesła i sofa już od dawna przestały być atrakcyjnym celem wspinaczki, teraz modne jest wdrapanie się na szafki i stół, a nawet...na krzesełko do karmienia. Jest to o tyle niebezpieczne, że jeśli Mama nie zdąży zareagować do 3 sekund po tym, jak szalony pomysł wejścia na krzesłko do karmienia się pojawi, to przy próbie jego realizacji krzesełko składa się na Brzdąca powodując upadek (tak krzesełka, jak i Brzdąca) i ogólne "bum", "aj aj", płacz i zgrzytanie zębów (i dziąseł, bo Brzdące mają po zębów 12, w sumie 24:) pomiędzy którymi okazale prezentują się dziąsełka w białe kropeczki)!
Dzielnie daję radę, bo przecież oprócz gonitwy za Juniorami, oprócz wyciszania Ich, tłumaczeń, ściągania z niebezpiecznych miejsc, karmienia, przewijania, kąpania, jest też dużo wesołej zabawy, głośnego czytania, śmiechów i przytulania! Prawdziwą radością jest obserwowanie Ich postępów rozwojowych, małych i dużych osiągnięć. Poza tym, braterska miłość kwitnie, często Brzdące tulą się do siebie, posyłają sobie całuski, pomagają sobie, dają sobie nawzajem zabawki - zwłaszcza, kiedy jeden upatrzy sobie coś fajnego, daje Braciszkowi coś innego, dla odwrócenia Jego uwagi...Ale ten drugi nie daje się omamić podarowną zabawką, odbiera więc Braciszkowi Jego rzecz, która akurat w tym samym czasie wydaje Mu się być jedyną super zabawką z tysiąca innych...zaczyna się więc próba odebrania, wyrywanie włosów z głowy, bicie, kopanie...I tak w kółko, byle do przodu, byle do weekendu:)
Ale nie o tym miało być. A o dołku...a wszystko przez to, że przed wyjazdem na azjatycką ziemię, kiedy procedura przyznania nam wiz przedłużała się w nieskończoność, rozniosłam kilka cv do placówek, w których chciałabym pracować. Naprawdę myślałam, że przyznanie wizy potrwa jeszcze wieki, więc będę mogła iść do pracy - tak, jak zakładałam to jeszcze będąc w ciąży...że najjjpóźniej rozpocznę pracę zawodową we wrześniu 2011 r., choć to wówczas było jeszcze tak odległe! Im bliżej było jednak do tegorocznych wakacji, im dłużej trwało przyznanie wizy, stało się dla mnie niemal pewne, że cel swój osiągnę i już wkrótce zacznę się realizować w pracy...Tak. No więc zrobiłam krok do przodu, rozniosłam cv...I dzwonią. Dzwonią. A mi jest zwyczajnie przykro i tak jakoś dziwnie, że chciałabym, ale nie mogę...Gdyby jeszcze nie dzwonili, byłoby łatwiej. Jasne, że wiem, że te placówki wciąż istnieć będą po naszym powrocie do Krakowa i oczywiście, mam nadzieję, że będą zainteresowani przyjęciem mnie w poczet swych pedagogów. Jasne, że staram się korzystać z pobytu tutaj, z tej zwykłej codzienności i czerpać jak najwięcej radości z obcowania 10h/dziennie z roczniakami - jedynymi osobami, z którymi mam kontakt przez cały boży dzień i do których tylko buzię mogę otworzyć...bo że korzystam w weekendy, nie muszę nawet wspominać:) Och, gdyby dało się wszystko połączyć...zacząć realizować się w pracy zawodowej, a nie tylko jako pełnoetatowa Mama, a w weekendy nadal móc podróżować i poznawać azjatycki świat...No, ale nie można mieć wszystkiego. Pisałam już chyba, że Cierpliwość to moje drugie imię...Zatem kiedyś nadejdzie dzień, w którym będę się realizować na wszystkich płaszczyznach, a póki co...
Postanowiliśmy, że zapiszę się tutaj na kurs jęz. angielskiego (horrendalnie drogi, btw!). Myśl o tym dojrzewała w mym umyśle bardzo długo...Cóż, ostatni raz z tym językiem miałam do czynienia (czytaj: do uczenia się) na maturze, więc już dobre 10 lat temu...Jasne, że wiedziałam, że dobrze byłoby być z angielskim za pan brat, ale nigdy nie dążyłam do tego, aby tak było. Tutaj jednak po raz pierwszy w życiu poczułam zażenowanie i wstyd, że jak to, pan od wiatraka mówi po angielsku lepiej niż ja?! - o nieee! Powiedział mi co prawda, że dobrze mówię po angielsku, ale jestem przekonana, że było to wierutne kłamstwo:) Tak więc klamka (prawie) zapadła i jutro idę zapisać się na kurs (prawdopodobnie). Dla Brzdąców szukałam opiekunki, jednak po tym, jak niewiele znalazłam ofert niań (a jeszcze będąc w Polsce, koledzy Taty z firmy mówili, że nie jest tutaj łatwo o opiekunkę...o dobrej opiekunce, nie wspominając) i po tym, kiedy ostatnio koleżanka Taty z firmy powiedziała, że zatrudniając nianię możemy "stracić" dzieci, zarzuciliśmy ten pomysł. Szukamy więc żłobka (któremu w Polsce byłam przeciwna, gł. ze względu na zachorowalność dzieci, choć oczywiście zawsze powtarzałam, że gdybym nie miała wyboru...) - nie ma tutaj ryzyka przeziębień czy zachorowań sezonowych (typu: idzie jesień, zmiana pogody, itp.), za to...są wysokie ceny i tropikalna sceneria.
Wczoraj byliśmy całą Czwóreczką w potencjalnym żłobku, który zresztą polecili nam nasi sąsiedzi Hindusi, którym z kolei polecono go w Ich firmie...Żłobek mieści się w małym chińskim domku, w którym jest bardzo czystko, schludnie i...jest bardzo mało miejsca. Ale chyba nikomu to nie przeszkadza, bo przed chińskim domkiem jest ogród większy chyba niż sam domek, placyk zabaw. Wiktor już na samym początku zaczął płakać tak, że w szoku byliśmy, że tak płakać można...Cóż, ostatni raz wydawał z siebie takie dźwięki podczas pobytu w szpitalu, w styczniu tego roku. Antoni spisał się na medal. Tak więc jak szybko weszliśmy, tak szybko wyszliśmy. Rozmawialiśmy z panią Ong w ogródku, Brzdące oczywiście świetnie się w nim czuły, mogły swobodnie się bawić, biegać i szaleć. Po omówieniu szczegółów, znów weszliśmy do środka, abym mogła obejrzeć dokładnie, co chiński domek ma do zaoferowania. I znowu...Wiki wył jak pies do księżyca, Antoś był bardzo grzeczny i zainteresowany otoczeniem. Panie były pod wrażeniem Antoniego, mówiąc, że jest "so cute, so cool". Na koniec Wiki pierwszy zaczął machać "pa pa" z uśmiechem na buzi, Antoś miał ochotę jeszcze zostać, ale musieliśmy opuścić progi chińskiego domku i na spokojnie zastanowić się, co począć...Szczegóły zapisu Juniorów do żłobka są niezadawalające: 500zł miesięcznie/5h/dziennie (promocja z 600zł, jako, że jest Ich dwóch) / alternatywnie 800zł/mc/8h/dziennie (ale w naszym przypadku to bez sensu) + 200zł wpisowe + 200zł opłata jednorazowa na "wyposażenie" żłobka + 100zł na zakup materacyka = 1000zł/Junior. 1000zł/drugi Junior. Przy zapisie zatem trzeba uiścić kwotę 2000zł + 2000zł (kaucja, bezzwrotna, na poczet ostatniego miesiąca uczęszczania do żłobka). Hmm...Warto w tym miejscu zaznaczyć, że a) mleko, b) inne, poza chlebem, ryżem i makaronem, jedzenie, c) butelki (2x/Junior), d) pampersy, e) chusteczki nawilżane, f) żel do mycia ciała, g) szczoteczkę do zębów i pastę, trzeba przynieść wraz z dzieckiem. Zapytaliśmy więc miłą panią Ong, na pokrycie jakiego wyposażenia mamy zapłacić w sumie 400zł? - odpowiedziała, że na zabawki...Acha. W związku z powyższym wznawiam poszukiwania opiekunki (przez agencję opiekunek, tym razem) i innych żłobków, bo chociaż ten wydawał się świetny, jestem ciekawa, czy wysokość opłat jest tutaj normą, czy też kwestią indywidualną, podyktowaną przez właściciela żłobka? Oczywiście, planując pobyt w Malezji w ogóle nie myśleliśmy - na tym etapie rozwoju Juniorów - ani o opiekunce, ani o żłobku. Chcąc jednak wyjść z domu, podszkolić swój angielski czy zrobić cokolwiek innego, czego jednak robić nie zamierzam, ktoś zaufany do opieki nad Juniorami jest nam niezbędny. Żłobek ma te niewątpliwe zalety, że jest instytucją (prywatną, ale zawsze), a co za tym idzie, przynajmniej teoretycznie bezpiecznym i przyjaznym maluchom miejscem, no i tą, że Brzdące miałyby kontakt z rówieśnikami, no i...że rozumiałyby polecenia i zwroty kierowane do Nich w jęz. angielskim...16-miesięczni Wiktor i Antoni, i pan od wiatraka znający angielski lepiej ode mnie?!- o nieee!!! :)
O nas
- Wróbelki
- Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)