O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Weekend 6: KUALA LUMPUR na domowo

Sobota była dniem sprawunków, które miały zostać dopełnione już miesiąc temu, ale...Nie wiem, czy tak tu już jest, czy tylko nam przydarza się to, że na wiele rzeczy trzeba tutaj czekać, a osoby nam wcale nie bliskie wpadają do nas ot tak, nie anonsując się wcześniej. W każdym razie, jeśli chodzi o sprawy związane z naszym mieszkaniem, nic nie dostajemy od razu. Sama procedura wynajmu trwała dobrą chwilę (choć od razu tu zamieszkaliśmy, jak tylko pani posprzątała mieszkanie), w między czasie Tata musiał podpisywać stos papierków i załączać stos różnych rzeczy. Warto zaznaczyć, że wybierając to mieszkanie, mogliśmy negocjować z agentką nieruchomości warunki (niestety, nie co do ceny wynajmu!), tj. mogliśmy sobie zażyczyć pewne rzeczy, wyposażenie, jak np. czajnik czy biurko. W końcu, kiedy formalności stało się za dość i wydawało by się, że ani agentka nieruchomości, ani właścicielka mieszkania nie będą nas nawiedzać bez wcześniejszego powiadomienia, dopiero się zaczęło...a bo to właścicielka mieszkania przyniosła nowe firanki (przy okazji oglądając całe mieszkanie), a to szafkę...A bo to agentka była w pobliżu i pomyślała, że zajrzy...A bo hydraulik był w pobliżu i też pomyślał, że zajrzy - wiedział, że miał nas odwiedzić, ale nie wiedział kiedy, więc nie pomyślał, żeby się umówić...Wszystko ok, ale naprawdę irytujące jest, kiedy ktoś dziesiątki razy wpada bez uprzedzenia...i nie chodzi o to, że mamy coś do ukrycia, mamy bałagan czy dzieci płaczą, bo tak nie jest, ale o taką zwykłą "kulturę", tym bardziej przekładając to na warunki polskie, w jakich żyjemy i to, że też wynajmujemy komuś mieszkanie...Nie wyobrażam sobie pukać tam raz po raz bez wcześniejszego zapytania czy informacji, że będę i lustrowania, niby przypadkiem, mieszkania...Wynajmowaliśmy też mieszkania we Francji - tam z kolei dostawaliśmy list z informacją, kiedy przyjdzie właściciel i w jakim celu (właściciel wrzucał go do skrzynki pocztowej, jak sądzę). Tak czy owak, byliśmy uprzedzeni, w Krakowie też uprzedzamy naszych lokatorów. Ale nie o tym miało być:)

Otóż jeden z wiatraków zepsuł się nam prawie zaraz po przyjeździe, czyli ponad 4 tygodnie temu...Najpierw musieliśmy czekać długimi, dusznymi dniami, aż ktoś się zjawi ku pomocy. W końcu, oczywiście bez zapowiedzi (tj. zapowiedział się, ale nie dotarł, przyszedł w innym terminie) zjawił się pan, który myślał, że naprawi wiatrak poruszając jego skrzydłami. Dotknął je, myślał chyba, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wiatrak zacznie działać. Nic z tego! Pan wyszedł spłoszony stwierdzając, że "wiatrak nie działa" i że trzeba kupić nowy. Poinformowaliśmy o tym właścicielkę mieszkania. Po kilku dniach miał do nas przyjść w celu wymiany wiatraka inny pan. Czekaliśmy, w końcu 30 minut po umówionym spotkaniu Tata zadzwonił do pana i zapytał, czy będzie. Otóż pana nie będzie, pojawi się dopiero za 5 dni. Ok. Po 5 dniach pan przyszedł, zobaczył, że wiatrak nie działa i postanowił: trzeba kupić nowy (Eureka!). Wyszedł do sklepu, zakupił, a po powrocie do nas, zamontował go. Następnie w żółwim tempie mył w naszym mieszkaniu, nie wiedząc po co i dlaczego u nas, stary wiatrak. Ok. Po upływie 3,5h, wykonując jeszcze drobną pracę przy umywalce, pan wyszedł. Tak oto nastało południe pierwszego dnia weekendu. Brzdące były bardzo zainteresowane pracą pana, tak, że po jego wyjściu aż padły ze zmęczenia!

W tym czasie odwiedził nas kolega z Taty pracy, Belg, który przyniósł nam świeżo upieczony przez siebie chleb...Mniam! Było bardzo miło, ale nie mogliśmy się już doczekać, jak opuści nasze skromne progi, co by...rzucić się na chleb! W Malezji nie ma chleba, jest tylko tostowy, pakowany w woreczek, ale to nie to samo. Są bagietki, widziane przez nas jak dotąd tylko w centrach handlowych, no i mają to do siebie, że na drugi dzień są już twarde jak kamień. Po posiłku, z chlebem w roli głównej, udaliśmy się do Taty firmy po paczkę z Polski, która czekała już tam na nas! Ale o tym za chwilę...

Po południu, z racji tego, że znowu było pochmurno i zbierało się na burze, pojechaliśmy na shopping do Sunway Lagoon, z którego generalnie wyszły nici, bo otaczał nas dziki tłum! Udało się nam przymierzyć kilka rzeczy, Brzdące na początku znosiły to cierpliwie, potem musiałam Ich nieco przekupywać cukiereczkami, żeby były grzeczne (wiem wiem, bardzo nie pedagogicznie...ale czasem trzeba!). Reasumując, poza koszulkami w oszałamiającej cenie 17zł/szt. i autkami Playskool w dobrej cenie 20zł/szt., niewiele udało nam się skorzystać z promocji, które trwają tutaj do końca sierpnia. Za to z ciekawością obserwowaliśmy otoczenie - ludzie wyglądali inaczej od tych, których mijamy na ulicy czy w metrze...Wszyscy bardzo zadbani, ładnie ubrani, kobiety wymalowane...No, takie widoki to jak dotąd tylko w galerii pod Petronas Towers! Aż czułam się nieswojo w szortach i bluzeczce, a la turystka;) Nawet Chinki, słynące na codzień ze stroju "a la ja", czyli szortów i bluzeczek, były inaczej ubrane...Hmm, w końcu to weekend? Centrum handlowe? Tak czy owak, interesujące zjawisko.

Wracając do paczki z Polski...Nie będę się już rozpisywać o tym, ile zachodu kosztowało jej nadanie (dziękujemy cioci Uli!), ale gdybyśmy o tym wiedzieli, paczki byśmy nie chcieli. Miała polecieć na koszt firmy, więc zamówiliśmy tonę kaszek, chlebków, które kochają Brzdące i...chrupek kukurydzianych! Poza tym kilka książeczek dla Nich (bo te z Polski zostały już, hmm, zjedzone?! Juniory są prawdziwymi "molami książkowymi" i z pasją zdobywały nową wiedzę, pożerając książeczki;) Kupiliśmy Im tutaj kilka nowych, ale z racji tego, że są drogie, stwierdziliśmy, że to nie ma sensu, skoro mają w domu, w Krakowie i mogą przylecieć "za darmo"), do tego książka dla mnie, kilka ubranek dla Brzdąców, no i PASZTETY:) I to chyba właśnie przez te pasztety, albo może przez proszki (kaszki) nasza przesyłka, doleciwszy do Malezji, została zatrzymana i odesłana do Chin...Tam została otworzona, wymagano deklaracji o zwolnieniu z opłat celnych i telefonowano do Taty z pytaniem, co znajduje się w paczce i na jaki jest to użytek. Dodam, że ciocia lekko nagięła fakty, jeśli chodzi o zawartość przesyłki, jak również jej wartość:) Wszyscy się zestresowaliśmy, Tata chyba najbardziej, bo przesyłka była na koszt firmy i na jej adres, powiedział więc w pracy, że w niej są "same niezbędne rzeczy dla dzieci" i stwierdził, że będzie miał problem, jak w firmie zobaczą pasztety;) Wszystko dobrze się jednak skończyło i po 4 dniach mogliśmy w końcu odebrać paczkę!

Po powrocie z Sunway Lagoon mieliśmy więc wielkie rozpakowywanie i degustację...Brzdące chrupały chlebki jak szalone, a pasztet był pyszny...Mała rzecz, a cieszy :)



W niedzielę wybraliśmy się na przydomowy basen i do "pokoju zabaw", a po popołudniowej drzemce Juniorów na spacer do parku pod Petronas Towers. Akurat przestał padać deszcz (lało jak z cedra), jednak wciąż grzmiało i krajobraz nie zachęcał do pieszych wycieczek, ale postanowiliśmy zaryzykować:) Wkróce wyszło piękne słońce i prawie w mgnieniu oka wyschły alejki, tak, że Brzdące po spacerze miały też czas na aktywny wypoczynek i zabawę:)