O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

czwartek, 11 sierpnia 2011

Weekend 3: ZOO NEGARA

Niestety, w nasz malezyjski trzeci weekend pogoda nie dopisała, w sobotę było deszczowo i dopiero w niedzielę zaświeciło słońce. Wybraliśmy się więc do ZOO :) Rzecz jasna, nie lubimy zwierząt w klatkach, poza tym nie wiedzieliśmy, jak na ich obecność zareagują Brzdące, które dotychczas widziały jedynie psy, koty i chomiki;) w każdym razie znalazłam informację, że w tym ZOO jest sawanna - nie było więc innej możliwości, jak tylko wyjechać i zobaczyć:) Oczywiście, w niedzielne południe, utknęliśmy w strasznych korkach (hmm, może tubylcy też jechali do ZOO lub na obiadki do swych krewnych i znajomych?) i dotarliśmy na miejsce dopiero po godzinie (choć ZOO znajduje się tylko 20km od nas). Przygotowani na tak duży ruch, przyjęliśmy go ze spokojem:) Brzdące zasnęły (jeśli to możliwe, to zawsze, również w Polsce, planujemy wyjazd dostosowując go do Ich rytmu dnia, czytaj: drzemki), więc powoli i do przodu!

ZOO świetnie zorganizowane, chociaż momentami czuło się aż przesyt tych wszystkich budek z napojami, lodami, souvenirami i koszmarnymi magnesikami (choć w dobrej cenie, trzy za 10zł;)). Juniory świetnie się spisały, spędziły w wózkach ponad 3h zafascynowane głównie...autobusikami, które jeździły po ZOO! Na szczęście było ich tak dużo i jeździły z taką częstotliwością (stale mając komplet lub prawie komplet pasażerów), że Brzdące nie miały czasu na nudę i co chwila wołały radośnie "brr brr", wskazując na autobusy! W tym czasie mogliśmy spokojnie poruszać się po ZOO:) Właściwie, zwierzaki jak zwierzaki, ale piękna, bujna, tropikalna roślinność i dźwięki całej tej fauny i flory robiły niesamowite wrażenie:) że o sawannie nie wspomnę...Nie lada atrakcją były też dla innych odwiedzających ZOO same Juniory, co chwilę ktoś przychodził, pytał "TWIN?", dotykał Ich po buziach, machał do nas, mówił, jakie są "cute", itp. Apropos, stąd adres tego bloga...Twinsy, bo odkąd przylecieliśmy do Malezji, nie ma dnia, żeby ktoś nie podszedł do nas i nie zapytał: "twin?" Dalsza część nazwy, czyli "w podróży", wzięła się stąd, że...po prostu podróż była pierwszą rzeczą, która przyszła mi na myśl:) Oczywiście, Tata uważa, że tak nasze Brzdące, jak i my nie jesteśmy w podróży, bo przecież zamieszkaliśmy tutaj, tu ma pracę...dla mnie jednak pobyt tutaj jest nieustającą podróżą:) I tego się trzymajmy!

Wracając do ZOO...Było super, Juniory momentami przejawiały też zainteresowanie zwierzątkami;) więc przyjmijmy, że cel został osiągnięty! A najbardziej podobały Im się chyba kolorowe rybki;) Co prawda Antoni, kiedy tylko zauważył żyrafę, słonia i nosorożca krzyczał: "nie, nie, nieee!" i oscentacyjne odwracał się, ale przynajmniej było wesoło:) Biedaczysko, potem miało ciężką noc, budził się z płaczem...może śniły Mu się tabuny dużych zwierząt?! Z ZOO, a właściwie z sawanny, bo ją zostawiliśmy sobie na koniec, przepędziły nas czarne chmury i takie nagłe ataki duszności...Już po chwili zaczął padać tropikalny deszcz, a właściwie z nieba zaczęła płynąć ściana wody. Oczywiście, Brzdące wiedziały już, że "to deszczyk robi kap kap", więc my czym prędzej udaliśmy się na parking. W wielkim deszczu, zadowoleni i wypoczęci, wracaliśmy do domu.