O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

czwartek, 23 lutego 2012

Cameron Highlands, czyli plantacje herbaty

W ostatni długi weekend (z okazji hinduistycznego święta Thaipusam*, kiedy to nikt nie chciał uczestniczyć ze mną w obchodach tegoż święta w Batu Caves) wybraliśmy się do małej miejscowości Brinchang położonej na wzgórzach, pomiędzy plantacjami herbaty i farmami truskawek. Pojechaliśmy wraz z naszymi hinduskimi znajomymi z dziećmi, którzy o Thaipusam nie chcieli w ogóle rozmawiać tłumacząc, że nawet go nie znają (czyt.: nawet się do niego nie przyznają).

Droga do Cameron Highlands, na ostatnim swym odcinku kręta była i wydawała się nie mieć końca. Ponad 60km pięliśmy się wąską dróżką pod górę, w żółwim tempie...ale kiedy już znaleźliśmy się na wzgórzach, zaparło nam dech w piersiach...Niesamowite widoki pięknych, zielonych plantacji herbaty zrobiły na nas duże wrażenie! Przeczytałam gdzieś, że w Cameron`ach codziennnie o 16h zaczyna padać deszcz, więc szybko zainstalowaliśmy się w hotelu Titiwangsa (którego nie polecamy - czasy świetności dawno ma już za sobą, choć może i dobrze, że się w nim znaleźliśmy - wystrojem i klimatem pasował do pochmurnego nieba nad Cameron Highlands), zjedliśmy pyszny, lokalny obiad w małej restauracji nieopodal naszego lokum i...już w trakcie obiadu, już po 15h zaczął padać deszcz, co jednak nie przeszkodziło nam w wyprawie na plantację herbaty. Chyba z racji tego, że dotarliśmy do niej tuż po deszczu, niewiele było jeszcze osób, a ci, którzy byli, byli Malezyjczykami. Bardzo miło spędziliśmy czas, Brzdące były zachwycone i wzruszyły nas, kiedy na widok tych zielonych wzgórz spontanicznie zaczęły wołać: "Wow, wow!" co znaczy, że Im się podobało:) Później usiedliśmy jeszcze w herbacianym domku, z napisem: "Anytime is Tea Time", gdzie delektowaliśmy się pyszną herbatą...ach, relaks!!! Chcieliśmy się jeszcze wybrać na farmę truskawek, ale że było już po 18h, nie było takiej możliwości. Pani, która przed nosem zamykała nam bramę do swojej farmy, poleciła największą w regionie Big Red Strawberry Farm, do której mieliśmy się udać następnego dnia. Tymczasem wieczorem wybraliśmy się na długi spacer po Tanah Rata i chłonęliśmy atmosferę tego niezwykłego miejsca!








Drugiego dnia wybraliśmy się do wspomnianej farmy truskawek Big Red i...gdyby nie to, że nasi hinduscy znajomi bardzo chcieli na niej pozostać, szybko zawrócilibyśmy z niej i udalibyśmy się na jakąś małą, kameralną faremkę, których w Cameron Higlands nie brakuje! Ta największa i najsłynniejsza farma w Brinchang okazała się największą porażką naszego wyjazdu - nie dość, że nie pozwalała zrywać truskawek przez dzieci poniżej 10 roku życia (co to za przyjemność wybrać się z dziećmi, które nie mogą zerwać czy dotknąć owoców?-czego pilnują strażnicy!), to jeszcze wszystko, co na niej spożyliśmy - kawy, herbaty czy ciastka truskawkowe, były najmniej smaczne i zdecydowanie najdroższe niż wszystkie specjały w innych miejscach w tym regionie. Jedynie shake truskawkowy nieco ratował sytuację! Koniec końców, odpoczęliśmy sobie troszkę podczas kiedy Brzdące szalały na grach dla dzieci, tuż obok ogrodzenia, za którym rosły truskawki...Właściwie, to apetyt na truskawki mamy zaspokojny po wizycie na farmie w Genting Highlands, byliśmy po prostu lekko zniesmaczeni zakazem zbierania truskawek przez dzieci i wszechobecną komercją!






A kiedy wybraliśmy się w dalszą podróż na wyspę Penang, utknęliśmy w masakrycznym korku! Tak, przyzwyczailiśmy się już do tego, że w Kuala Lumpur niemal zawsze i wszędzie są mniejsze lub większe korki. Tak, przyzwyczailiśmy się już do tego, że na autostradach też tworzą się korki - zawsze, ilekroć na poboczu stoi samochód/samochody na włączonych światłach awaryjnych (czasem coś rzeczywiście się dzieje, czasami Malezyjczycy urządzają sobie przerwę w jeździe, tak na poboczu autostrady, a co?!) inni kierowcy zatrzymują się, zwalniają i obserwują, co się wydarzyło...Ale nie spodziewaliśmy się (ani nasi przyjaciele z Indii), że w miejscu, które z założenia miało być nie skażone cywilizacją, utkniemy w ponad godzinnym korku...ale nic to, piękne widoki i śpiące z tyłu samochodu Juniory sprawiły, że ze spokojem, ślimaczym tempem poruszaliśmy się w kierunku Ipoh...Nasz spokój ustąpił jednak miejsca irytacji i zupełnemu zaskoczeniu, kiedy co rusz mijaliśmy jakieś dziwne farmy...a to farma warzyw, a to kwiatów, a to pszczółki i miodu...nie wspominając o licznych farmach truskawek, oczywiście. W każdym razie pod każdym takim przybytkiem stały autokary z Chińczykami i turystami, samochody, przez co tworzyły się korki do kwadratu..."Stworzyć Im farmę idiotów, to też tłumnie przybędą!"-skwitował Tata, kiedy lekko zdenerwowani, pod farmą pszczółki i miodu widzieliśmy ok 40-letniego mężczyznę z opaską-czułkami na głowie...:) Kiedy w końcu ruszyliśmy w spokojną drogę, naszym oczom ukazała się urocza, stosunkowo mała plantacja herbaty, na której też niewiele było osób, za to spotkaliśmy tubylców mieszkających tuż przy niej. Zatrzymaliśmy się, obudziliśmy drzemiące Brzdące i wyruszyliśmy na spacer! Było cudnie!!!









* O obchodach Thaipusam w Malezji można przeczytać na zaprzyjaźnionym blogu:
http://fashionmemy.blogspot.com/2012/02/basniowy-horror.html

A tutaj, jak świętowano w Singapurze:
http://azjaodkuchni.blogspot.com/2012/02/thaipusam.html