W sobotę nadrabialiśmy zaległości zakupowe, żałując, że nie możemy ich zrobić w ciągu tygodnia (a wszystko przez gigantyczne korki porą popołudniową i wieczorną!) tak, aby weekend przeznaczyć tylko na przyjemności. Chcieliśmy wybrać się nad morze, ale że lodówka zaczynała już świecić pustkami, co przy Brzdącach nie jest wskazane, zdroworozsądkowo udaliśmy się do centrum handlowego. Na szczęście, mieści się w nim darmowy "salon gier", więc Juniory mogły się wyszaleć!
W drodze powrotnej do domu zaskoczył nas deszcz (bo przecież to pora sucha obecnie jest!), z czego się nawet ucieszyliśmy, bo mogliśmy bez żadnych wyrzutów sumienia oddać się robótkom domowym. Słowem, proza życia. Za to wieczorem odwiedzili nas hinduscy przyjaciele i urządziliśmy sobie pizza party, z pokazem zdjęć z niezapomnianego długiego weekendu, który spędziliśmy razem na wzgórzach herbacianych w Cameron Highlands i na wyspie Penang..."Pan pizza" spóźnił się z dostawą zaledwie 3 minuty i przepraszając wręczył nam bon z hasłem: "Sorry we were late", co oznacza ni mniej, ni więcej, jak tylko następną darmową pizzę! Nie mamy zbyt dużego doświadczenia z pizzeriami i nie wiemy, czy tak jest w każdej w Malezji, czy w Polsce, czy to jakaś wyjątkowa akcja, w każdym razie Domino`s Pizza obiecuje dostawę w ciągu 30minut...a jeśli nie uda im się jej spełnić, zapewniają darmową pizzę! A wracając do sobotniego wieczoru - Brzdące ze swoją przyjaciółką zjadły kawałek pizzy, po czym idealnie zasnęły o zwykłej dla siebie porze, tak, że mogliśmy jeszcze spędzić kilka chwil koncentrując się wyłącznie na indyjsko-polsko-malajskich opowieściach...no i usypiającej Warshini.
| Pizza przyszła! |
| Możemy się już poczęstować? |
W niedzielę wybraliśmy się w tym samym towarzystwie na plac zabaw pod dwoma wieżami. Powolniaki były zachwycone ogromem atrakcji dla dzieci i roztaczającym się z placu widokiem...czy wspominałam, że dla Nich był to pierwszy raz w tym miejscu?!
Wybraliśmy się też na wystawę World Press Photo, lekko wstrząsającą...Co zrobić, kiedy ma się ochotę obejrzeć coś interesującego, ale nie ma się komu zostawić Brzdąców pod opieką?! - trzeba wziąć Je ze sobą, uzbroić się w cierpliwość i nastawienie, że i tak nie uda się zobaczyć wszystkich zdjęć z należytą uwagą, że czasem trzeba będzie przykuć uwagę Juniora jakimś elementem znajdującym się na fotografii ("Patrz, rybka plum-plum!", "O, panowie grają w piłkę!",...), zadać pytania pomocnicze ("A czy Antoś też dzisiaj pływał, robił plum-plum na basenie?", "Tak, Wiki też grał z Tatą w piłkę. I z Bratem też grał. A może dziś jeszcze zagramy w piłkę?",...) przy jednoczesnej analizie zdjęcia, co by się dziecko zajęło, ofiarując chwilę spokoju Rodzicowi i nie protestowało zbyt głośno przeciwko bezczynnemu siedzeniu w wózku lub noszeniu na rękach w miejscu, gdzie ludzi pełno, wszyscy jacyś tacy zapatrzeni i ogólnie nie wiadomo, o co tak dokładnie chodzi z tym, że trzeba być grzecznym...Do tego uśmiechają się, próbują dotykać...
Apropos, pamiętam szok i lekkie oburzenie, jakie towarzyszyło mi podczas pierwszych dni w Malezji, kiedy to wszyscy tłumnie podchodzili do nas i dotykali po buziach Brzdące...tak bez pytania, spontanicznie. Uśmiechałam się, bo i cóż było robić, kiedy tłum też się uśmiechał i dało się odczuć jego sympatię, niemniej jednak dziwne to było wrażenie, nie byłam przyzwyczajona do tego, że tak nagle i bez pytania nieznajoma osoba można podejść na odległość 1 cm i wytłamsić policzki Juniorów...One same chyba też były lekko zaskoczone, ale przyglądając się uważnie poddawały się tym praktykom. Ale teraz...Brzdące nie cierpią kiedy ktoś obcy Ich dotyka, a jak tylko nieznajomy próbuje zbliżyć rękę do Ich buzi, to od razu go odpychają, popychają, ot, taki mechanizm obronny (bynajmniej nie wyuczony!). Nieznajomi śmieją się wówczas, a my jesteśmy równie zaskoczeni reakcją Brzdąców, jak Oni rozbawieni całą sytuacją.