O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

poniedziałek, 20 lutego 2012

W malajskim fast foodzie

Sobotni poranek przywitał nas deszczem, który nie chciał się z nami pożegnać przez cały boży dzień! I tak oto, oddaliśmy się robótkom domowym i zabawom w domowym zaciszu żałując, że nie możemy nawet wyjść z Brzdącami na plac zabaw! Z drugiej jednak strony myśleliśmy o polskiej zimie i - mimo całej szarości malezyjskiego nieba - patrząc na termometr wskazujący 29st. zgodnie stwierdziliśmy, że mimo wszystko nie mamy na co narzekać!

Jak nigdy, długo zastanawialiśmy się, gdzie przy takiej pogodzie wybrać się na obiad. Opcji było wiele, ale nam chodziło o miejsce, w którym Brzdące będą mogły się chwilę pobawić. Nie chcieliśmy jechać do centrum handlowego, aby uniknąć korków i utraty czasu, i energii na stanie w nich. W końcu wybór padł na A&W, malezyjską odpowiedź na McDonalda czy KFC, do których zresztą tubylcy tłumnie zaglądają. Miał być przy rzeczonej restauracji placyk zabaw i piwo korzenne, które to zdecydowały o naszym wyborze. Wybraliśmy się więc tam w strugach deszczu i...cóż, na miejscu zastała nas średnio miła obsługa, charakteryzująca się ślimaczym tempem (ale to nie nowość wśród malajskiej nacji, więc jesteśmy już przyzwyczajeni), tłum Malajów (i tylko Ich!), brudne stoły, tłuste krzesła i placyk zabaw (a właściwie gry), który czasy  świetności dawno ma już za sobą! Ale cóż, postanowiliśmy zostać, nawilżanymi chusteczkami z serii Baby wyczyściłam to, co trzeba i złożyliśmy zamówienie. Burger nie smakował ani jak ten z McDo, ani jak ten z KFC, ani jak żaden inny...i bynajmniej nie jest to komplement! Napój owszem był korzenny, ale do piwa mu jednak daleko, gdyż był bezprocentowy, jedynie zakręcone frytki starały się ratować sytuację..."Jaki dzień, taka restauracja, jaka restauracja, taki posiłek", stwierdził Tata. Nawet Brzdące, którym zawsze podobają się sprzęty do zabawy, nie bawiły się dobrze..."Jaki dzień, taki plac zabaw, jaki plac zabaw, taka zabawa", wtórowałam Tacie ;)



A największą atrakcją okazał się...pociąg, a właściwie LRT (metro), które jeździ nad restauracją...Juniory wyczekiwały nadjeżdżającej kolejki, aż tu nagle "kół nie ma, kół nie ma!" - zaczął mówić głośno i wyraźnie jeden z Brzdąców, a drugi szybko zaczął Mu wtórować, kiedy zobaczył z daleka przejeżdżający pociąg. Do tej pory, kiedy życzyli sobie, abym narysowała Im pociąg, zawsze rysowałam z kółkami. Mea culpa, moja mea culpa ;) Brzdące były w takim szoku, że pociąg kół nie ma i tak głośno manifestowały swoje zaskoczenie, że aż się wzruszyliśmy ;)