Drugiego dnia skorzystaliśmy z pięknej, słonecznej pogody relaksując się na plaży...by potem wyruszyć na zwiedzanie Georgetown (już tylko we czwórkę, nasi znajomi z Indii niespecjalnie lubią spacerować, zwłaszcza w słońcu), w którym...zakochaliśmy się!!! Nie wiem, jak to się stało, że podczas naszej pierwszej wizyty na Penang w Georgetown byliśmy tylko przejazdem...Cóż za zaniedbanie! Tym razem zwiedziliśmy co nieco, spacerowaliśmy po mieście 6 godzin, niemal co krok piejąc z zachwytu:) Klimat i atmosfera tego miejsca, do tego wszystkie kolory i zapachy Georgetown...ech, wraz z Tatą stwierdziliśmy, że jak będziemy już na emeryturze (tylko...kiedy to będzie?), to skorzystamy z programu Malaysia My Second Home i przeniesiemy się tutaj;) Dobrze jest mieć marzenia...Po aktywnym wypoczynku przyszedł czas na chwilkę wytchnienia i kolację w polskim towarzystwie:) Niestety, zdjęć z tych miło spędzonych chwil brak, następnym razem muszę się lepiej w tej kwestii zorganizować! Późny wieczór spędziliśmy w hinduskim towarzystwie, kiedy to panowie próbowali ugotować zupę na sposób chiński (nie chińską zupkę!)...cóż, nie wyszło, ale zabawa była przednia!
Trzeciego dnia myślałam, że zamorduję Tatę moich Brzdąców!!! Obydwoje chcieliśmy jechać do buddyjskiej świątyni Kek Lok Si Temple (największej w Malezji, której początki sięgają 1890r.) - ja wolałam jechać zatłoczonymi ulicami Penang (wówczas obchodzono Thaipusam), Tata wolał opcję: uniknąć korków, przemierzyć wyspę! I tak oto jechaliśmy krętami dróżkami przez dżunglę, gdzie żywej ludzkiej duszy nie było, a Brzdące z tyłu cichutko spały. Ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu stwierdziłam, że jednak podróżnikiem wielkim nie jestem, a ogrom i dźwięki dżungli mnie przerażają, kiedy jesteśmy w niej sami...W końcu, po 36 przejechanych kilometrach, po ponad 1,5-godzinnej drodze, po Juniorowej drzemce w owym czasie i po 3 straconych przeze mnie kilogramach, naszym oczom ukazała się wielka świątynia Kek Lok Si. Stwierdziłam, że plusem tej wątpliwej - jak mi się jeszcze chwilę temu wydawało - atrakcji, jaką była przejażdżka przez dżunglę było to, że zobaczyliśmy inne oblicze wyspy...bardziej dzikie, nieokiełznane, niepoukładane...niczym Langkawi! Sama świątynia nie zrobiła na nas specjalnego wrażenia, może z powodu tłumu Chińczyków odwiedzających ją, może dlatego, że wydała nam się takim malezyjskim Licheniem (za przeproszeniem, choć nie o religię tu chodzi, ale o cały ten przepych i przemysł, który zaczął kwitnąć przy obu świątyniach), choć oczywiście nie można jej odmówić ogromu bogactwa i piękna, i z pewnością warto ją zobaczyć! Podobały nam się również widoki roztaczające się ze szczytu świątyni, tym bardziej, że nadchodził już czas pożegnania z wyspą i powrotu do domu...
| Pa pa, morze! |
A podróż do Kuala Lumpur długa była, tym dłuższa - że Brzdące wyspały się, kołysane na zakrętach drogi przez dżunglę i oczek swych już nie zmrużyły przez całą drogę powrotną! Oj, długa to była podróż, podczas której wciśnięta pomiędzy dwa foteliki czytałam książeczki, opowiadałam, śpiewałam, zabawiałam, zabawy paluszkowe przeprowadzałam, bliskie i dalsze Brzdącom osoby z kraju i ze świata przywoływałam, pokazywałam inne pojazdy na drodze, i drzewka, i chmurki, i małpek przy drodze poszukiwałam, i z siebie wychodziłam, kiedy po 5 godzinach głos odmawiał mi posłuszeństwa...słowem, niczym nie-etatowy nauczyciel edukacji przed-przedszkolnej na wakacjach;) Wróciliśmy szczęśliwie, od tego czasu minęły ponad 2 tygodnie i znowu wielkimi krokami nadchodzi weekend!
| Prawie jak Gniewont ;) |