O nas

Moje zdjęcie
Jesteśmy rodzinką z Krakowa, która rok po przyjściu na świat bliźniaków postanowiła zmienić nieco swoje życie (i tak już wywrócone do góry nogami z tytułu narodzenia się dwóch Brzdąców!) i przenieść się na czas jakiś do Azji. Oto blog o Wróbelkowym świecie - codziennym życiu oraz o podróżach małych i dużych...Na przekór stereotypom, że pojawienie się dziecka (dwójki dzieci naraz) oznacza uziemienie i rezygnację z własnych planów, chęci podróży i poznawania świata...Nie chcemy rezygnować z marzeń, co więcej - teraz zamierzamy realizować je razem! *** Wróciliśmy już z Malezji, obecnie mieszkamy na południowym krańcu Polski...I tylko czasem nam tęskno do azjatyckiego życia! I mamy nadzieję, że wkrótce, choć na chwilę, do niego wrócimy:)

piątek, 24 lutego 2012

O wyprawce na wyspę Penang

Penang jest naszym ulubionym miejscem na mapie Malezji i mamy nadzieję, że jeszcze tam kiedyś wrócimy...Tym razem spędziliśmy na wyspie 3 dni, w towarzystwie indyjskich i...polskich znajomych:) A było to tak: tuż po tym, jak przemierzyliśmy most, który łączy Penang z Półwyspem Malajskim, na jednej z głównych ulic utknęliśmy w korku - a to za sprawą przygotowań do święta Thaipusam - Hindusi byli dosłownie wszędzie, dekorowali domy, sklepy, stawiali ołtarzyki, czemu towarzyszyła bardzo głośna muzyka. Osobiście lubię takie klimaty, więc otworzyliśmy okno i czerpaliśmy z tych przygotowań jak najwięcej (skoro nie dane nam będzie zobaczyć obchodów tego święta). Zatrzymaliśmy się w hotelu Paradise (polecamy) i od razu wyruszyliśmy na plażę! Brzdące z Tatą zażyli morskiej kąpieli, ja skupiłam się na fotografowaniu tego pięknego miejsca przy zachodzie słońca...Później, za namową hinduskich znajomych, wybraliśmy się do Georgetown, do jednej z restauracji serwującej sea food...i to był błąd! Znowu utknęliśmy w gigantycznym korku, już nie z powodu przedświątecznych przygotowań, ale dlatego, że miasto tętni życiem wieczorową i nocną porą, i z całej wyspy zjeżdżają się do niego turyści. Sama restauracja przyprawiła nas o lekki zawrót głowy - na początku wielkim wyborem ryb, krabów, krewetek i im podobnych, które to jeszcze poruszały się w momencie zamawiania dania...i zawrotnymi cenami! I tak oto, za szkielet rybki mini mini zapłaciliśmy 88RM (ok 88zł), z której zjedliśmy po jednym kęsie (hmm, może to był jakiś szlachecki gatunek?!)...Krab, z którym walczono długo i ciężko, również był bardzo cenny...Rachunek zszokował nas wszystkich do reszty, ale cóż...przy nadal pustych sześciu dorosłych brzuszkach pozostał niesmak, bo wszyscy jesteśmy przekonani, że źle nam policzono - podane ceny były za wagę rybki czy innego delikwenta, a nie za sztukę, więc po spożyciu nikt z nas nie mógł już dyskutować, że np. dostaliśmy 200g, a nie 400g...Dostrzegliśmy za to jeden błąd - doliczono nam napój, i to za 15RM, który rzekomo zamówiliśmy...i kiedy Tata próbował tłumaczyć pani, że się pomyliła, ona nawet nie słuchała - od razu poszła po gotówkę i nam ją oddała (apropos, już nie raz i nie dwa próbowano lub oszukano nas w Malezji...na małe sumki, ale jednak: albo pan przy bramce na autostradzie oszukał nas na 10RM (to było jeszcze zanim liczyliśmy dokładnie wydawane pieniądze), albo pani w sklepie obuwniczym, albo pani na stoisku dziecięcym,...Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy są tu nieuczciwi, albo bardziej nieuczciwi niż w innych krajach świata...ale pewne jest, że trzeba wyrobić sobie nawyk przeliczania wydawanych pieniędzy, aby nie zostać oszukanym. I tak z innej beczki: Malezja nauczyła mnie, jak się targować...bo warto!). W każdym razie w restauracji miło spędziliśmy czas, a Brzdące pomimo unoszących się zapachów i głośnych dźwięków pięknie spały w swych wózkach.










Drugiego dnia skorzystaliśmy z pięknej, słonecznej pogody relaksując się na plaży...by potem wyruszyć na zwiedzanie Georgetown (już tylko we czwórkę, nasi znajomi z Indii niespecjalnie lubią spacerować, zwłaszcza w słońcu), w którym...zakochaliśmy się!!! Nie wiem, jak to się stało, że podczas naszej pierwszej wizyty na Penang w Georgetown byliśmy tylko przejazdem...Cóż za zaniedbanie! Tym razem zwiedziliśmy co nieco, spacerowaliśmy po mieście 6 godzin, niemal co krok piejąc z zachwytu:) Klimat i atmosfera tego miejsca, do tego wszystkie kolory i zapachy Georgetown...ech, wraz z Tatą stwierdziliśmy, że jak będziemy już na emeryturze (tylko...kiedy to będzie?), to skorzystamy z programu Malaysia My Second Home i przeniesiemy się tutaj;) Dobrze jest mieć marzenia...Po aktywnym wypoczynku przyszedł czas na chwilkę wytchnienia i kolację w polskim towarzystwie:) Niestety, zdjęć z tych miło spędzonych chwil brak, następnym razem muszę się lepiej w tej kwestii zorganizować! Późny wieczór spędziliśmy w hinduskim towarzystwie, kiedy to panowie próbowali ugotować zupę na sposób chiński (nie chińską zupkę!)...cóż, nie wyszło, ale zabawa była przednia!














Trzeciego dnia myślałam, że zamorduję Tatę moich Brzdąców!!! Obydwoje chcieliśmy jechać do buddyjskiej świątyni Kek Lok Si Temple (największej w Malezji, której początki sięgają 1890r.) - ja wolałam jechać zatłoczonymi ulicami Penang (wówczas obchodzono Thaipusam), Tata wolał opcję: uniknąć korków, przemierzyć wyspę! I tak oto jechaliśmy krętami dróżkami przez dżunglę, gdzie żywej ludzkiej duszy nie było, a Brzdące z tyłu cichutko spały. Ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu stwierdziłam, że jednak podróżnikiem wielkim nie jestem, a ogrom i dźwięki dżungli mnie przerażają, kiedy jesteśmy w niej sami...W końcu, po 36 przejechanych kilometrach, po ponad 1,5-godzinnej drodze, po Juniorowej drzemce w owym czasie i po 3 straconych przeze mnie kilogramach, naszym oczom ukazała się wielka świątynia Kek Lok Si. Stwierdziłam, że plusem tej wątpliwej - jak mi się jeszcze chwilę temu wydawało - atrakcji, jaką była przejażdżka przez dżunglę było to, że zobaczyliśmy inne oblicze wyspy...bardziej dzikie, nieokiełznane, niepoukładane...niczym Langkawi! Sama świątynia nie zrobiła na nas specjalnego wrażenia, może z powodu tłumu Chińczyków odwiedzających ją, może dlatego, że wydała nam się takim malezyjskim Licheniem (za przeproszeniem, choć nie o religię tu chodzi, ale o cały ten przepych i przemysł, który zaczął kwitnąć przy obu świątyniach), choć oczywiście nie można jej odmówić ogromu bogactwa i piękna, i z pewnością warto ją zobaczyć! Podobały nam się również widoki roztaczające się ze szczytu świątyni, tym bardziej, że nadchodził już czas pożegnania z wyspą i powrotu do domu...

Pa pa, morze!














A podróż do Kuala Lumpur długa była, tym dłuższa - że Brzdące wyspały się, kołysane na zakrętach drogi przez dżunglę i oczek swych już nie zmrużyły przez całą drogę powrotną! Oj, długa to była podróż, podczas której wciśnięta pomiędzy dwa foteliki czytałam książeczki, opowiadałam, śpiewałam, zabawiałam, zabawy paluszkowe przeprowadzałam, bliskie i dalsze Brzdącom osoby z kraju i ze świata przywoływałam, pokazywałam inne pojazdy na drodze, i drzewka, i chmurki, i małpek przy drodze poszukiwałam, i z siebie wychodziłam, kiedy po 5 godzinach głos odmawiał mi posłuszeństwa...słowem, niczym nie-etatowy nauczyciel edukacji przed-przedszkolnej na wakacjach;) Wróciliśmy szczęśliwie, od tego czasu minęły ponad 2 tygodnie i znowu wielkimi krokami nadchodzi weekend!






Prawie jak Gniewont ;)